Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

THE QUIREBOYS - A Bit Of What You Fancy [1990]
Wydawca: EMI / Capitol

  1. 7 O’Clock
  2. Man On The loose
  3. Whippin’ Boy
  4. Sex Party
  5. Sweet Mary Ann
  6. I Don’t Love You Anymore
  7. Hey You
  8. Mislead
  9. Long Time Comin’
  10. Roses & Rings
  11. There She Goes Again
  12. Take Me Home
  13. Heartbreaker [Live] [w reedycji]
  14. How Do You Feel [w reedycji]
  15. Mayfair [w reedycji]
  16. Misled [Demo Version] [w reedycji]
  17. 7 O'Clock [Demo Version] [w reedycji]
  18. Long Time Comin' [Demo Version] [w reedycji]
  19. Pretty Girls [Demo Version] [w reedycji]
  20. I Don't Love Anymore [Demo Version] [w reedycji]
  21. Stop Right There [w reedycji]
A Bit Of What You Fancy

Skład: Spike (Jonathan Gray) - śpiew; Guy Bailey - gitary; Guy Griffin - gitary; Nigel Mogg - gitara basowa; Chris Johnstone - instrumenty klawiszowe; Ian Wallace - perkusja Gościnnie: Kevin Savigan - aranżacje instrumentów smyczkowych; Lee Thornberg - instrumenty dęte; Myrna Mathews, Clydene Jackson i Julia Walters - chórki

Produkcja: George Tutko i Jim Cregan

Cały tydzień haru-haru, a w sobotę - hyc do baru... Chyba nie muszę kończyć tego niecenzuralnego wierszyka, żebyś, Drogi Czytelniku, zorientował się, w jakich klimatach jest utrzymana płyta, którą za chwilę opiszę. The Quireboys (za oceanem znani jako The London Quireboys) powstali w Zjednoczonym Królestwie w 1984 roku z inicjatywy wokalisty Jonathana Graya (pseudonim Spike) i gitarzysty Guya Baileya. Po licznych przetasowaniach w składzie i wydaniu kilku singli zespołowi udało się podpisać kontrakt z wytwórnią EMI, który w 1990 roku zaowocował debiutanckim albumem. Kochanym przez jednych, znienawidzonym przez innych. Zaraz postaram się napisać, dlaczego.

Źródła internetowe często wprowadzają w błąd poszukiwaczy muzycznych wrażeń, sugerując jakoby twórczość Brytyjczyków miała coś wspólnego ze sleaze rockiem. Pomimo sleazowego wizerunku scenicznego tej szóstki ich wesołe kawałki tkwią swoimi korzeniami w głębokich latach 70-ych, podążając ścieżkami wytyczonymi przez artystów brytyjskiej sceny glamrockowej, takich jak Faces, Humble Pie, czy Mott The Hopple, a chwilami nawet The Rolling Stones. Spike dysponuje wokalem bliźniaczo podobnym do głosu Roda Stewarta, co jeszcze dodatkowo pogłębia skojarzenia z tamtymi kapelami. The Quireboys grają muzykę bardzo przewidywalną, generyczną i prostą jak drut, ale nie prostacką. Wbrew pozorom odnajdziemy tu dosyć bogate aranżacje, gdyż w instrumentarium, poza wszechobecnymi pianinem, gitarami i klawiszami, znalazło się również miejsce na harmonijkę ustną, skrzypce, wiolonczelę, a nawet instrumenty dęte. A to wszystko jest ze sobą doskonale zgrane, nie słychać żeby którykolwiek z instrumentalistów wychodził niepotrzebnie przed szereg. Jeśli więc jest już siódma, czas na imprezę, jak zachęca wokalista w niezbyt poważnym numerze otwierającym wydawnictwo. Cóż można jeszcze napisać o chwytliwym, kołyszącym 7 O’Clock? Chyba to, że trzeba się przyzwyczaić do tego westernowego pianina, barowych aranżacji i luzackiej atmosfery, gdyż będą nam towarzyszyć przez najbliższych kilkadziesiąt minut. Nieco szybszy, bazujący na bardziej wyrazistym riffie, mocno "stonesowski" Man On The Loose z pewnością wprawi słuchacza w jeszcze lepszy nastrój (u mnie wywołuje nieodpartą chęć sięgnięcia po browar...). Poza riffem podoba mi się tu podrasowane klawiszami zwolnienie po drugim refrenie. Z zupełnie innej beczki jest Whippin’ Boy, wolniejszy, z dominującą rolą pianina, mocno inspirowany amerykańskim southern rockiem. Na pochwałę zasługują tutaj: perfekcyjna aranżacja z subtelnymi, grającymi w tle gitarami i instrumentami smyczkowymi oraz świetne chórki. Tytuł kolejnego kawałka - Sex Party - właściwie mówi o nim wszystko. Oznacza powrót do nieskrępowanej, luzackiej zabawy, oczywiście w towarzystwie przedstawicielek płci pięknej. Szczerze mówiąc, jest najsłabszy w całym zestawie, ale stanowi dobry łącznik pomiędzy poprzednim i następnym. Akustyczny wstęp Sweet Mary Ann z pianinem podrasowanym klawiszami, country’owym rytmem i zachrypniętym głosem Spike’a wywołują oczywiste skojarzenia z dokonaniami Roda Stewarta z czasów Faces (linie wokalne są niemal identyczne jak w jego piosenkach). Nie ma w tym nic złego, bo autor Sailing nie powstydziłby się tej melodyjnej kompozycji. Jeszcze bardziej inspirowana utworami Stewarta jest ballada I Don’t Love You Anymore, spokojna, wyciszona i, co tu mówić, bardzo ładna, chociaż podkłady znów bardziej przypominają country niż rock. Zwraca uwagę świetna aranżacja i doskonałe chórki. Po wypiciu pięciu piw można się przy tym kołysać nad blatem niczym żaglowiec przy siedmiu stopniach w skali Beauforta... Z tego chwilowego letargu przebudzi nas przebojowe Hey You z riffami uzupełnianymi zagrywkami slide, swego czasu ilustrowane wideoklipem. Nic dziwnego, bo stworzenia tak idealnego refrenu wiele innych formacji może tylko pozazdrościć sekstetowi. To istne mistrzostwo świata w kategorii chwytliwego party rocka. Westernowy Mislead właściwie powtarza patenty zastosowane w Sweet Mary Ann i poza porcją dobrej zabawy niewiele wnosi. To przez tego typu pienia przeciwnicy zarzucali The Quireboys prymitywizm, brak muzycznych ambicji i pomysłów (biedacy nie rozumieli, że chodzi tu o wszystko, tylko nie o ambicje). Rockandrollowy Long Time Comin’ ze wstępem ukradzionym z The Golden Age Of Rock & Roll Mott The Hopple, frywolnym pianinem i harmonijką ustną oraz zagrywkami slide prowokuje do tego, żeby natychmiast wyskoczyć na parkiet i potańcować z laskami. Co prawda złośliwcy twierdzą, że Spike po charakterystycznym zwolnieniu powinien dośpiewywać "I love you honey", ale numer jest tak hiciarski, że darujmy mu to... Roses & Rings to trochę wyciszająca, półballadowa przytulanka w stylu mocno zahaczającym o country, szczerze powiedziawszy niezbyt wyrafinowana. Inaczej jest z kolejnym party rockerem, There She Goes Again, w którym występuje fajne rozwinięcie do refrenu i równie fajna, uzupełniająca podstawowe instrumenty sekcja instrumentów dętych. I na końcu mamy jeszcze jeden bardzo zalatujący Stewartem utworek, Take Me Home Tonight, w którym znajdziemy wszystkie wyróżniki stylu naszej rozrywkowej ekipy - prosty, chwytający riff, zachrypnięty wokal, przebojową melodię mimo dość spokojnego charakteru piosenki.

Swego czasu ten krążek sprzedawał się bardzo dobrze i wcale mnie to nie dziwi, jest on bowiem kopalnią potencjalnych hitów. Fani popisów instrumentalnych i pokręconych riffów raczej nie mają tu czego szukać, natomiast dla zwolenników dobrze skomponowanego, pełnego wigoru party rocka A Bit Of What You Fancy okaże się miodem dla uszu. Konia z rzędem temu, kogo to wydawnictwo nie zachęci do zabawy.

Oficjalna strona zespołu: www.quireboys.com

Hardlover
sierpień 2009