Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

THE PSYCHICS - The Psychics [2009]
Wydawca: Krescendo Records / Marquee Avalon

  1. Portent
  2. Ghosts
  3. We Rock
  4. Here Comes The Rain
  5. 21st Century Whipping Boy
  6. Call My Name
  7. Time We Tried Again
  8. Change
  9. In The City
  10. Dream Man
  11. Mama Pitie (japoński bonus track)
  12. Portent (video)
The Psychics

Skład: Steve Owers - śpiew; Mark Owers - gitary; Ian Corlett - gitara basowa; John Manners - perkusja Gościnnie: Rob Drayson - instrumenty klawiszowe

Produkcja: Steve Owers i Mark Owers

Pamiętacie może braci Owers? Niegdyś ich talent eksplodował we wspaniałym Lionsheart, potem odeszli z tego zespołu i słuch po nich zaginął na wiele lat. Na szczęście teraz wyłaniają się z niebytu, powracając na debiutanckim albumie założonej przez siebie nowej formacji o wdzięcznej nazwie The Psychics i jednocześnie dowodząc, że niczego nie zapomnieli, zmieniły się tylko ich role - Steve występuje w roli wokalisty, a Mark - gitarzysty. Okazuje się, ze ta zmiana była strzałem w dziesiątkę, zaraz napiszę, dlaczego. A więc zapnijcie pasy. Jedziemy!

Już po kilku pierwszych minutach słuchania tego debiutu szczęka opadła mi do samej ziemi i pozostała tam do samego końca krążka. Kapela stworzyła bowiem istną orgię smakowitych riffów, kąśliwych solówek i głęboko osadzonych w hardrockowej tradycji melodii. W swoich poczynaniach jej członkowie podpierali się dokonaniami rozmaitych tuzów tej muzyki, czego efekt stanowi przemiły dla ucha koktajl wpływów Led Zeppelin, Badlands, Whitesnake, Lionsheart i Blue Murder. Steve Owers jest moim zdaniem jednym z wokalnych odkryć roku, brzmiącym jak hybryda Davida Coverdale’a, Johna Sykesa i Raya Gillena, ale w większości numerów całe show kradnie jego brat bliźniak, wyczarowując spod palców zmyślne riffy i atakując wirtuozerskimi popisami w partiach solowych. Innymi słowy pokazuje, że Bozia obdarzyła go niepospolitym talentem. Na otwarciu mamy tu Portent, rozpoczynający się południowym, nieco pustynnym motywem, przechodzącym w mocarny riff przewodni. Całość bazuje na blues rocku, przetworzonym w taki sposób, jak robiły to niegdyś nieodżałowane grupy Badlands i Blue Murder, czyli linie wokalne wybijają się na pierwszy plan, aczkolwiek w ogóle nie przeszkodziło to Markowi Owersowi we wtrąceniu znakomitego, shredderskiego solo w czwartej minucie. Miłe dobrego początki. Ghosts jest zdecydowanie ostrzejszy od poprzednika, tutaj gęstwina riffów przypomina podejście do komponowania charakterystyczne dla Lionsheart, natomiast epickie partie wokalne i wtrącane w zwrotkach klawisze nawiązują do jakże lubianej przeze mnie ostatniej płyty White Wolf. Olbrzymie wrażenie robi tu niesamowita solówka z neoklasycznymi wtrętami. Funkowy We Rock cofa nas w czasie do przepełnionych stadionów lat siedemdziesiątych, pełnych pulsującej, gorącej energii. Wyraźne wpływy Trapeze jeśli chodzi o melodię i rytm połączono tu z zabójczym riffem przewodnim i gitarowymi wstawkami, jakby wymykającymi się spod kontroli. Solówka tym razem jest krótka, ale znów mistrzowska. W "letnim", trochę odrealnionym początku Here Comes The Rain gardłowy z powodzeniem naśladuje manierę wokalną Roberta Planta, którą pożeniono z nietypowo rozwiązanymi harmonicznie, powyginanymi liniami gitar (po raz kolejny kłania się Badlands, takie bardziej z okresu Voodoo Highway...). Sześciominutowy 21st Century Whipping Boy jest nieznanym kuzynem słynnego Kashmir Ołowianego Sterowca - tajemniczym, okraszonym bardzo specyficzną, dziwaczną pracą gitary prowadzącej, bliskowschodnimi motywami i takimi samymi klawiszowymi tłami. Utrzymany w podobnym klimacie Call My Name balansuje z kolei gdzieś między dokonaniami Whitesnake (typowe dla nich staccato w riffie) a Blue Murder (śpiew Steve’a, zwłaszcza w bombastycznym refrenie). A to wszystko ubarwia kosmiczne wręcz, orientalnie brzmiące solo, momentami zagrane tappingiem, zawstydzające większość współczesnych, młodych szarpidrutów, mieniących się gitarzystami. Time We Tried Again spokojnie mógłby się znaleźć na 1987 Białego Węża, jako jeszcze jeden radosny, przebojowy singiel i nie umniejszyłby wartości tamtego albumu. Chyba The Psychics spróbowali zdyskontować sukces artystyczny Here I Go Again, gdyż pan stojący za mikrofonem dosłownie wszedł w skórę Davida... Głośne, gęste od riffów Change to rodzaj fuzji muzyki Jimmy’ego Hendrixa z wokalnymi odjazdami Led Zeppelin. Tę pierwszą słychać w gitarowych frazach, te drugie w hippisowskim zwolnieniu po drugim refrenie. Solówka trzyma poziom poprzednich wykwitów Pana Wioślarza, a jest to poziom stratosfery. W In The City formacja powraca do granego z klasą funk rocka, w starym, dobrym stylu początku lat 70-ych, z tym że na większym turbodoładowaniu. Fajnie wypadła tu rozdygotana, zmuszająca do przytupywania sekcja rytmiczna i soulowo zabarwione chórki w refrenie. Na samym końcu mamy jakby pochodzący z zupełnie innej bajki, w pełni instrumentalny, przesycony melodyjną słodkością Dream Man. Dzięki wolnemu tempu i nałożeniu na siebie kilku ścieżek gitar w "refrenie" utwór nabrał podniosłego, powiedziałbym że nawet hymnowego charakteru, przywodzącego na myśl Opus Pocus Jasona Beckera. Uff...

Pomimo braku oryginalności eponimiczny debiut The Psychics zwala z nóg i długo nie pozwala się podnieść. Jego brak w zestawieniach najlepszych płyt roku można tłumaczyć jedynie tym, że dotarł on do bardzo niewielkiej grupy fanów hard rocka. Którym oznajmiam, że powinni dołożyć wszelkich starań, aby się z nim zapoznać.

Oficjalna strona zespołu: www.thepsychicsband.com
Oficjalna strona zespołu na MySpace: www.myspace.com/thepsychics

Hardlover
styczeń 2010