|
Skład: Gianni Pontillo - śpiew, chórki; Bruno Spring - gitara elektryczna i akustyczna, chórki; Andrej Abplanalp - gitara basowa, chórki; Mauro "Tschibu" Casciero - perkusja, instrumenty perkusyjne, chórki
Gościnnie: Frank Winkelmann - śpiew; Theo Jeker - gitara
Produkcja: The Order, Frank Winkelmann i V.O. Pulver
Szwajcaria mnie zadziwia. Ten mały, alpejski kraj jest kolebką co najmniej kilku doskonałych zespołów muzycznych, które jakimś dziwnym zrządzeniem losu nie zdobyły światowego rozgłosu. Za przykład niech posłuży The Order - kapela uformowana przez grupę instrumentalistów-wyjadaczy, którzy grają ze sobą od ponad 20 lat (aczkolwiek występowali w składach raczej mało znanych przeciętnemu fanowi hard rocka, takich jak GURD, Baumann, czy Frozen Mind), aby dopiero w bieżącym dziesięcioleciu dokooptować charyzmatycznego gardłowego Gianniego Pontillo. Do tej pory kwartetowi udało się wydać trzy płyty - debiutancką Son Of Armageddon z 2006 roku, opisywaną w niniejszej recenzji Metal Casino i ubiegłoroczną Rockwolf.
Po jej wysłuchaniu zachodzę w głowę, jak to się stało, że została w dużej mierze zignorowana przez muzyczną prasę internetową. Cóż, łaska pańska... Grupa, czerpiąc całymi garściami z rozwiązań zapoczątkowanych przez Victory, Krokus, Dokken, XYZ i paru innych firm, wykreowała bowiem mieszankę wybuchową, prawdziwy ogień bizantyjski. Głos wspomnianego Pontillo stanowi jakby krzyżówkę wokali Marca Storace’a i Jessego Jamesa Dupree z domieszkami Paula Stanleya i Terry’ego Ilousa. Twarda praca gitar Bruno Springa nadaje utworom szorstką fakturę, łagodzoną przez melodykę i estetykę typowe dla lat '80. A sama zawartość krążka? Odrzućcie w wyobraźni wszelkie plastikowe umizgi do współczesnej młodzieży wychowanej na miałkim popie, cofnijcie się w myślach mniej więcej do roku 1987, a będziecie mieli nań dobry pogląd. Tu nie ma miejsca na smerfopodobne modulacje wokali, rozrzedzanie brzmienia, czy inne tricki tego typu, jest za to czysty, mięsisty rock and roll! Po krótkim, informacyjnym intro zorientujecie się, że żartów nie ma. Zaatakuje Was solidny, wyeksponowany na pierwszym planie, glamowy riff Mama, I Love Rock 'n' Roll - numeru tyleż zawadiackiego i surowego, co zakorzenionego w tradycji Bonfire/Victory. Chłopaki rżną równo i do przodu, tylko na moment zatrzymując się przy krótkim solo zagranym hammeringiem. Tempo Satisfaction jest wyraźnie wolniejsze, ale sam kawałek jeszcze bardziej złowieszczy i nie mniej energiczny, a to dzięki znakomitym riffom i wokaliście wydzierającym się tu trochę w stylu Paula Stanleya. Gitarzysta dowodzi zaś, że o ile do wirtuozów trochę mu brakuje, swoje rzemiosło opanował dobrze. Natomiast z prostej konstrukcji Bridges Burning zadowoleni byliby rodacy naszych bohaterów z Krokus - ta dynamiczna kompozycja nie sili się na jakieś wyrafinowanie, po prostu wali po uszach, a facet obsługujący mikrofon robi wszystko, żeby dowieść, że wokalizy a’la Marc Storace nie są mu obce. Pora na wyciszenie, które nadchodzi wraz ze ścieżką numer cztery. Tym razem natraficie na My Last Goodbye - łagodną, wysublimowaną balladę w estetyce trochę zbliżonej do dokonań Dokken, z fajnymi, nieco wytłumionymi podkładami, do których w pewnym momencie dołącza metalicznie, ostro brzmiąca gitara rytmiczna. Natomiast In The Heat Of The Lonely Night łączy w sobie wpływy Dokken i XYZ; te pierwsze usłyszycie w miękkich, aksamitnych partiach wokalnych zwrotki, a te drugie w przeciąganych z specyficzny sposób liniach rozdzierającego refrenu. Całość robi spore wrażenie i nie wyczuwa się tu żadnej niespójności. W Let The Good Times Roll mamy powrót do klimatów w deseń wczesnego Victory, z twardym, kwadratowym riffem przewodnim i, trzeba przyznać, dość banalnymi wokalizami. Specjalnego wrażenia nie robi też początkowo Down With The Rain ze swoją "Shakro-podobną", monotonną aranżacją. Plusem jest jednak rasowe wydzieranie się Pontillo i inspirowana rockiem neoklasycznym solówka... W Forever ekipa z krainy czekolady dowodzi, że wcale nie straciła weny. Jego gęste, metalowe riffy od razu podnoszą ciśnienie i ciekawie kontrastują ze spokojnym śpiewem. Najwyraźniej grupa lubi takie patenty, a że przy okazji tworzy wpadające w ucho melodie, słucha się tego wyśmienicie. Szybko galopujący Broken Days, jeśli pominąć większą surowość na poziomie aranżacji, bardzo przypomina kawałki Bonfire z płyty Point Blank - spotkacie tu takie same harmonie i eksplodujące nagle solo. Zamykający zestaw Little Wings stanowi wycieczkę w zupełnie innym kierunku, niż pozostałe piosenki. To dramatyczna w warstwie lirycznej pościelówa z walcowatym rytmem i pod względem melodyki niewielkimi (ale tylko niewielkimi) ukłonami w stronę Pearl Jam. Czyli w sumie rzecz bardzo oryginalna, z intrygująco "migocącą" solówką.
Poker, ruletka, czy może tylko jednoręki bandyta? Obojętnie co wybierzecie, w takiej jaskini hazardu jak szwajcarskie Metal Casino możecie wyłącznie wygrać. Warto postawić na tę solidną, doświadczoną załogę, a na pewno przekonacie się do jej szczerego, pełnego ognia materiału.
Oficjalna strona zespołu: www.theorder.ch
Hardlover grudzień 2010
|