|
Skład: Justin Hawkins - śpiew, gitara, synteztory, pianino; Dan Hawkins - gitara; Frank Poullain - gitara basowa; Ed Graham - perkusja
Produkcja: Pedro(ck) Ferreira
The Darkness to brytyjska sensacja na skalę światową. Rock'n'roll, który zajmuje czołowe miejsca na listach przebojów. Jaki jest? Moim zdaniem tam, gdzie wszyscy widzą ich największą wadę, znajduje się ich największa siła. Chodzi oczywiście o wokalistę. W pierwszej chwili wydaje się, jakby cała płyta była jakąś zgrywą, a wokalista wydurniał się niemiłosiernie. Budzi to śmiech, ale po chwili przeradza sie w zainteresowanie, by za moment wciągnąć na dobre. Sposób śpiewania Justina Hawkinsa opiera się na ciągłej zmianie modulacji głosu z falsetu na naturalny i odwrotnie. Nie jest to falset w stylu Kinga Diamonda, raczej bliżej mu do Freddiego Mercury (Queen). Gdy wokalista śpiewa naturalnie ma, bardzo podobny głos do wokalisty The Cure. W warstwie "konfekcyjnej" i scenicznej zespół zdecydowanie stawia na Queen, co można zauważyć na teledyskach. W grze instrumentów czy strukturze riffów oczywiste są nawiązania do AC/DC, jednak takie inspiracje są jak najbradziej na miejscu i powodują, że piosenki zyskują niesamowitego ognia. Produkcja i miksowanie są trochę niedopracowane, co może dziwić biorąc pod uwagę fakt, jak dużą promocję zapewnił zespołowi Atlantic Records.
Na płycie znalazło sie 10 numerów, z których wprost bije wielka radość grania i niesamowity żywioł. Nie ma tu dla mnie żadnego wyrachowania. Już otwierający Black Shuck rozpoczynający się riffem wprost do złudzenia przypominającym te z AC/DC, jest niesamowitym utworem. Dostajemy od razu między oczy i naprawdę ciężko się z tego otrząsnąć. Wierzcie mi, że po chwili będziecie śpiewać swym najlepszym falsetem refren do tej piosenki. Dalej jest utwór singlowy Get Your Hands Off My Woman, który szczerze mówiąc nie za bardzo mi się podoba. Nie chodzi tu wcale o to, że jest to kompozycja, na której wokalista najbardziej nadużywa falsetu (może dlatego została wybrana na pierwszy single), ale po prostu jest dla mnie nijaka, melodia taka sobie i te ekwilibrystyki wokalne do niczego nie prowadzą. Jednak już w następnej piosence, Growing On Me (drugi singiel), znów dostajemy fantastycznego killera. Utwór ma świetne riffy i dobrą, naprawde ciekawą melodią. Utwór kończy bardzo dobra solówka. Właśnie, nie napisałem: TU SĄ SOLÓWKI. Czy pamiętacie, kiedy ostatnio w radiu usłyszeliście gitarową solówkę? Ja nie... Następny jest trzeci singiel, I Believe In A Thing Called Love, który jest moim osobistym faworytem. Dużo tu jest tego falsetu, ale naprawdę idzie sie przyzwyczaić, a numer jest wprost nieziemski (chyba dlatego na teledysku chłopaki udają STAR TREKA). No i tu mamy zdecydowanie najlepszą solówkę, wprost genialna. Dalej jest balladowy Love Is Only A Feeling, świetnie wpasowujący się w album i naprawdę nieźle zaśpiewany. Polecam zapoznanie się z plytą od tej pozycji, ponieważ jest chyba najczyściej zaśpiewana. Givin Up To Rock'n'Roll w najczystszej postaci, coś jak rockowy Jerry Lee Lewis. Dużo tu inspiracji glamowymi latami 70-tymi. Stuck In A Rat jest trochę nudny, szczerze mówiącw ogóle mnie nie porwał, za to wokalista szaleje tu niemiłosiernie przeskakując co rusz na falset. Mały minus dla zespołu. Następny song to jakby żywcem przeniesiony przebój zespołu The Cure - piosenka jest osadzona w jednym z ich największych hitów Friday I'm In Love. Jak się wsłuchacie, tekst jest także podobny... Świetny utwór, trochę melancholijny, zdecydowanie można go zaliczyc do najbardziej udanych na albumie. Love On The Rocks With Ice jest najcięższym kawałkiem na płycie, z falsetowym refrenem, zdecydowanie piosenka ma coś w sobie, ten falset wychodzi jej na dobre. Płytę zamyka wspaniała ballada Holding My Own, przy której można się nawet wzruszyć. Świetny numer, troszkę zaskakujący biorąc pod uwagę pozostałe. Ma zupełnie odmienny sound od reszty piosenek, ale mimo to jest jednym z najlepszych na albumie.
Ta płyta może pomóc otworzyć wiele drzwi, mam tu na myśli nawet zmianę klimatu wokół muzyki rockowej, bo skoro teledyski The Darkness ukazują sie między pannami Spears i Aguilera to chyba można mieć pewne nadzieje. Może Atlantic zacznie znowu podpisywać hurtem kontrakty z zespołami rockowymi jak kiedyś...? To jest po prostu wspaniała i warta wysłuchania płyta, jednak trzeba się do niej przekonać. Wokal dla niektórych jest nie do przeskoczenia, naprawdę tym gorzej dla nich. Biorąc pod uwagę dzisiejszy klimat muzyczny, bardzo dobre wydawnictwo.
Oficjalna strona zespołu: www.thedarknessrock.com
Vandervelde październik 2003
|