|
Skład: Ian Astbury - śpiew; Billy Duffy - gitary; Chris Wyse - gitara basowa; John Tempesta - perkusja
Produkcja: Martin "Youth" Glover
Od czasu wydania Beyond Good And Evil upłynęło 6 lat. Przyznam się bez bicia, mimo entuzjastycznych ocen wspomnianej płyty, dla mnie The Cult reaktywowało się w nienajlepszym stylu. Po prostu dla kogoś, kto kojarzy ich muzykę z silnikiem diesla i wytyraną skórą, płyta mogła wydawać się nazbyt nowoczesna, metalowa i w sumie mało rajcująca. Tym razem jest nieco inaczej. Born Into This przynosi 40 minut muzyki w bardzo retrospektywnym stylu. Właściwie jedynym, co umiejscawia ten krążek w obecnych czasach, jest brzmienie (czasami słychać, że to nie ta analogowa produkcja cechująca takie Electric powiedzmy) i dwie mętne ballady.
Na początek utwór tytułowy. Bardzo archaiczne podejście... aczkolwiek utwór mimo rock and rollowej energii jest dosyć posępny. Bardzo proste riffy znane już z poprzednich krążków i trochę leniwy tym razem głos wokalisty. Właśnie produkcja wokali moim zdaniem nie jest najmocniejszą stroną tej płyty. Nie rozumiem, po co Astbury majstrował przy wokalach, skoro ma tak dobry mocny głos... ale o tym później. Citizens kontynuuje mało optymistyczny wydźwięk krążka, co nie zmienia faktu, że The Cult gra wciąż ten sam rodzaj
muzyki co na Electric. W sumie to taki stary hard rock, mocno zakorzeniony w latach '70. Nie do końca mam jednak pewność, na ile pomysłowi są panowie z The Cult, skoro z tak prostych riffów nie udaje im się stworzyć czegoś tak zapamiętywalnego jak Lil Devil albo Peace Dog. Diamonds utrzymuje mnie w takim przekonaniu, aczkolwiek tu cały czas unosi się duch rock and rolla, w oparach oleju charaktyzujący duszny klimat albumu. Tak właśnie, Diamonds cuchnie olejem silnikowym... to jest zapach tej muzyki (nie perfumy ;)). Dirty Little Rockstar wybrano, by promować ten album. Myślę, że jest to całkiem uzasadnione. W końcu chwytliwy riff podparty charakterystyczną zagrywką gitary basowej... tylko czy ja kiedyś już tego nie słyszałem? Nie ważne, w końcu Love Removal Machine było zrzynką ze Stonesów. Takie rzeczy się wybacza, jak ktoś potrafi z tego dobrze skorzystać. Dla odmiany Holy Mountain jest czymś na kształt ballady. Nie bardzo mnie to przekonuje. Wychodzi tutaj zresztą cała miałkość popowych produkcji ostatnich lat, bo ten kawałek jest właśnie popowy. Trzeba było dać ten numer do wykonania Leonardowi Cohenowi, zamiast umieszczać go na czymś, co ma tytuł Born Into This. W dodatku Astbury fatalnie tutaj śpiewa (prawie fałszuje, co stawia pod znakiem zapytania obecny stan jego głosu). I Assassin to oczywiście powrót do ostrego rockowego grania. Na początku
jest to mocne. Rwane riffy zwiastują coś stylowego, ale wydaje mi się, że Astbury strasznie niedomaga wokalnie, podpierając się sterylizacją wokalu do granic możliwośći. Na wcześniejszych płytach po prostu śpiewał mocno. Tutaj jego wokal jest bardziej leniwy i w sumie znacznie podgłoszony. I Assassin ma pewne wady początkowych kawałków, bowiem wydaje się, że z braku pomysłów zbagatelizowano rolę refrenów. Błąd, bo w takiej muzyce refreny grają kluczową rolę. Z kolei Illuminated to niemal olśnienie. Mówię "niemal", bowiem obecna forma The Cult daleka jest od szczytowej. Niemniej jednak gitara Duffy'ego jest najjaśniejszym punktem wydawnictwa. Otóż jest wciąż dynamiczna i na szczęście nie mieli on riffów w nowomodnym nu-metalowym stylu. Wokal Astbury'ego
poraz kolejny jednak doprowadza mnie do szału. Zawodzenie to coś, czego powinien się wyraźnie wystrzegać. Ale jest porządny refren, nie da się ukryć zapamiętywalny. Tiger In The Sun ma nam chyba przypomnieć, co The Cult wyprawiali przed nastaniem Elektryczności. Właściwie to tylko pozorne, bo kawałek szybko przekształca się w spokojną rozmytą, monotonną kompozyjcę. Zupełnie bezjajeczną niestety. Tutaj The Cult
faktycznie nie brzmi jak The Cult (za mało oliwy do ognia;)). Savages oczywiście jest znacznie lepsze, nie do końca mnie co prawda przekonuje (znowu brak dobrego refrenu), ale można powiedzieć, że to The Cult. Konćówka tego kawałka niestety tragiczna, zrobiona bez wyraźnego zamysłu, mało kojarząca się z rock and rollowym pazurem. Sound Of Destruction ma chyba zakończyć płytę mocnym akcentem. Wprawne i obeznane ucho dostrzeże podobieństwa z kompozycjami z Electric, niemniej jednak sam styl nie wystarczy. Trzeba mieć jeszcze fajny pomysł, by to podać, a tego tutaj zabrakło i w zasadzie jest to uwaga do całego wydawnictwa.
Oczywiście nie trzeba aż tak surowo oceniać tej płyty. Jeśli przymkniemy oczy na niedociągnięcia wokalne i mało czytelną niestety produkcję, otrzymamy całkiem przyzwoity rock and rollowy krążek. Płyta ma też tzw. edycję deluxe z bonusowym krążkiem, na którym znajdziemy dwa niezamieszczone na właściwym wydaniu utwory. Odrzuty uzasadnione, bowiem nie tylko nic nie wnoszą do całości, ale i sprawiają, że ma się szybko dosyć nowego The Cult. Born Into This to album wyłącznie dla zagorzałych fanów zespołu.
Oficjalna strona zespołu: www.thecult.us
LSDisease październik 2007
|