|
Skład: Chris Robinson - śpiew, harmonijka; Rich Robinson - gitary; Luther Dickinson - gitary; Steve Gorman - perkusja; Adam MacDougall - instrumenty klawiszowe; Sven Pipien - gitara basowa
Produkcja: Paul Stacey
Nigdy jakoś nie przepadałem za tym zespołem, gdyż od samego początku wydawało mi się, że grają za lekko, bez choćby cienia szansy na wyjście poza klasyczny rock and rollowy schemat prezentowany przez pionierów w latach '50 czy '60. Nie mniej jednak płyta Shake Your Moneymaker zawierała kilka naprawdę udanych utworów, a i była świetnie wyprodukowana.
Na późniejszych produkcjach grupa starała się nieco zaostrzyć brzmienie, ale same kawałki były jakieś bezpłciowe. I oto w tym roku pojawia się kolejne dziecko
Czarnych Kruków o obiecującym tytule i okładce, po którego przesłuchaniu miałem nadzieję napisać kilka ciepłych słów o powrocie zespołu. Niestety kiedy wybrzmiały dźwięki ostatniego numeru, zastanawiałem się, czy w ogóle o tym albumie pisać. Napiszę jednak ku przestrodze, wszak nie tylko świetne płyty trzeba recenzować. O ile mnie pamięć nie myli, mamy rok 2008 i większość gigantów rock and rolla wraca z mocnym mięsistym brzmieniem. Po The Black Crowes jednak nie ma się tego co spodziewać, gdyż album Warpaint ma brzmienie stare i przytępione. Takie płyty nagrywał Bob Dylan 40 lat temu. 40 LAT TEMU!!! Nie jest to żadna przesada, gdyż o ile siła rock and rolla została potwierdzana pewną progresją, jeśli chodzi o proporcje i aranżacje, o tyle gdyby tkwić przez lata w założeniu takim jak Czarne Kruki, rock and roll nic by dzisiaj nie znaczył. Smutne to trochę, bo wydawało się, że zespół całkiem dobrych muzyków potrafi trochę odświeżyć styl i nie chodzi już o nowoczesność, ale do diabła przynajmniej zagrać z większym nerwem i czadem. Nie wyróżnię żadnej kompozycji, bo są one równie mizerne, no może poza zamykającym płytę Whoa Mule, gdyż ten jest naprawdę beznadziejny. Muzycy bratają się tutaj z muzyką country, z tym że o ile ktoś twierdził, że Bon Jovi na ostatniej płycie zbratali się z tym gatunkiem, dodam, że Bon Jovi przy The Black Crowes to muzyka z pogranicza hard and heavy.
Jeśli ktokolwiek zastanawia się nad zakupem tej płyty, niech lepiej zaopatrzy się w stare krążki The Rolling Stones, The Who czy Led Zeppelin. Tam to przynajmniej klasyka, a tutaj mamy niepotrzebny nikomu album, od którego czuć potężnie zgnilizną. Zdecydowanie nie polecam.
Oficjalna strona zespołu: www.blackcrowes.com
LSDisease czerwiec 2008
|