|
Skład: Jeff Keith - śpiew; Frank Hannon -gitary, pianino; Dave Rude - gitary, chórki; Brian Wheat - gitara basowa, chórki; Troy Luccketta - perkusja i instrumenty perkusyjne
Produkcja: Terry Thomas
Na wstępie powiem, że jeśli chodzi o okładkę, to z góry mówię, że to mój album roku. Tak pięknej kombinacji nie widziałem już od dawna na obwolucie żadnego albumu. Tesla to zespół, który nagrywając swoje kolejne dzieła nie zszedł poniżej pewnej wysoko postawionej poprzeczki. Zawsze lubiłem ich porównywać do Queensryche i myślę, że te dwa zespoły, choć nieco różne style prezentujące, mają podobne podejście do muzyki. Liczy się absolutny profesjonalizm i wysoka jakość nagrań. 4 lata temu panowie wrócili udaną płytą Into The Now, która może nie dorównywała ich najlepszym albumom, ale pokazywała nieprzemijającą jakość nagrań grupy. Prawdę mówiąc nie oczekiwałem kolejnego krążka zespołu ze szczególną niecierpliwością. Zapowiedź
o publikacji nowego albumu jesienią tego roku przyjąłem spokojnie i też nie wątpiłem ani trochę, że Tesla w dobie świetnych hard rockowych powrotów zawiedzie.
Pierwsze dźwięki nie pozostawiają złudzeń, że będziemy mieli do czynienia z wyśmienitym krążkiem. Doskonałe melodyjne gitarowe harmonie wprowadzają jakiś niesamowcie romantyczny klimat, który fakt faktem pryska jak bańka mydlana, kiedy wchodzi wokal. Posępna melodia w tle, niby ciężka gitara, ale i sporo przestrzeni dla drugiego gitarzysty zostaje, a ten tworzy posępne, spokojne dźwięki w tle. Do produkcji wokali mam spore zastrzeżenie, jest ona mało czytelna i zastanawiam się, dlaczego obecnie prawdziwe rockowe zespoły posiłkują się tanimi efektami z przybrudzaniem wokalu. Sam głos Keitha nie traci jednak na jakości, to dalej ta niesamowita chrypa i rockowy feeling. Solo w tytułowym kawałku jest genialne, typowe dla hard rocka lat '80, czyli Frank Hannon też się spisał i pokazał tym samym, że wciąż można grać techniczne solówki w nowocześnie podanym hard rocku. Podobnych solówek jest oczywiście więcej na całej płycie, także to nie jest jakiś wyjątek. Dwa następne utwory nie są już tak bardzo udane, lecz oczywiście trzymają w miarę wysoki poziom. I Wanna Live zobrazowano wideoklipem, ale myślę, że teledysk należał się czwartemu na płycie So What! To mój osobisty faworyt na albumie. Zastosowano tutaj parę ciekawych eksperymentów, jednak nie mącą one ogólnego przebojowego charakteru kompozycji. Z takich ciekawostek warto wsłuchać się w partię klawiszy w tle. Imitujące melotron dźwięki przypominają znany motyw ze Strawberry Fields Forever The Beatles. Mamy też do czynienia z ciekawymi zagrywkami gitary w refrenie (nie wiem co za efektu użyto, brzmi trochę jak wah wah), chociaż pojawiają się też balansujące na dźwiękach riffy przypominające dokonania grupy Winger. A So What! to kawałek o tym, że życie jest pięknę i zarazem do dupy ;). Tak czy owak, nie należy się załamywać. Niby banalny temat, ale podany w bardzo fajny i optymistyczny sposób. Just In Case też nie rozczarowuje. To zgrabna ballada w najlepszym rockowym stylu. I to jest właśnie cała Tesla. Słuchasz pierwszy raz - zwykła ballada, drugi raz - fajna ballada, trzeci raz - kandydat na przebój. Ten kawałek mógłby promować to wydawnictwo obok So What!. Fallin' Apart też zasadniczo spokojne, może nie tak udane, ale nie można powiedzieć, że złe. Breakin' Free to juz numer pierwsza klasa. Może kojarzyć się ze starą Teslą z Great Radio Controversy, aczkolwiek niekoniecznie taki był zamiar. Tesla ma swój styl, lecz cały czas się rozwija, a Breakin' Free to nie za szybki,
ale za to masywny, melodyjny kawał hard rocka. Chciaż takie The First Time to utwór ocierający się o mainstreamowy rock, ale o dziwo udało się zespołowi zrobić porządną kompozycję, która jest jedną z lepszych w zestawie. Refren pozostaje w każdym razie w pamięci. Z kolei zupełnym przeciwieństwem tego kawałka jest In A Hole Again. To mroczny, momentami psychodeliczny utwór, który nie jest taki zły, pod warunkiem że ma się ochotę na takie klimaty. Ciężko go oceniać w zestawieniu z całością, niezbyt mi tutaj bowiem pasuje, ale i tak lubię posłuchać. Z przytupem zrobiono natomiast ostatni na płycie The Game, który też mi się podoba, chociaż zespół wydaje się juz grać na zupełnym luzie. Mimo to jakimś trafem i ten kawałek zaliczam do udanych. Na krążku są jeszcze co prawda dwa numery, o których nie wspomniałem, ale nie ma to większego znaczenia, bowiem oba niczego szczególnego nie wnoszą do obrazu płyty, a i nie są jakimiś gniotami, żeby się nad nimi pastwić.
Summa summarum Forever More to płyta jak najbardziej udana i jak dla mnie to jak narazie kandydat do płyty roku. Jakość, precyzja, finezja aranżacyjna, klasa muzyków. Czy ktoś mógłby się po nich spodziewać słabego krążka?
Oficjalna strona zespołu: www.teslatheband.com
LSDisease październik 2008
|