|
Skład: Gary Hughes - śpiew, gitary, chórki; Neil Fraser - gitary, gitara prowadząca; John Halliwell - gitary; Paul Hodson - instrumenty klawiszowe, programowanie; Mark Sumner - gitara basowa; Mark Zonder - perkusja i instrumenty perkusyjne
Gościnnie: Johnny Gibbons - dodatkowe partie gitar; Jason Thanos - chórki
Produkcja: Dennis Ward
Zacznijmy od początku. Tej płyty miało nie być. Zespół był bardzo bliski rozwiązania w roku 2007 i chyba tylko dzięki uporowi muzyków i samego Gary'ego Hughesa, grupa powróciła raz jeszcze, tym razem oferując wszystkim swoim fanom i wielbicielom gatunku swój dziewiąty album długogrający.
Do składu dołączyli długoletni członkowie w osobach gitarzysty Johna Helliwella i klawiszowca Paula Hodsona. Hughes ponownie zajął się pisaniem utworów, a do współpracy zaproszono także gitarzystę Neila Frasera, basistę Marksa Sumnera i znakomitego bębniarza, znanego z Fates Warning oraz Warlord, Marka Zondera. Jakby tego było mało, to okładkę przygotował nie kto inny jak sam Luis Royo (to nie pierwszy raz zresztą - przygotował on także prace zdobiące krążki Babylon i Spellbound, a za gałkami w studio zespół posadził znanego producenta Dennisa Warda. Oczywiście chodzi o członka Pink Cream 69 oraz tego samego, który maczał paluchy w produkcji płyt Angry, Place Vendome, Sunstorm, czy wreszcie Edenbridge. Wydawcą tego LP jest oczywiście Frontiers Records. Czy coś się zmieniło? Nic. To ciągle jest Ten, które znamy i lubimy. Można powiedzieć wręcz, że jest to po prostu kolejna płyta tego zespołu. Tak czy owak, ja bardzo cieszę się, że znów mam okazję posłuchać jednej ze swoich ulubionych formacji. I tak z perspektywy czasu (mam tu na myśli bieżący rok) uważam, że mamy do czynienia z jednym z najlepiej wyprodukowanych krążków Anno Domini 2011. Po raz kolejny dostajemy do rąk wydawnictwo, które da się lubić od początku do końca. Znów mamy fajne, łatwo wpadające w ucho melodie, przebojowe refreny i świetne gitarowe solówki. Bylem bardzo ciekawy formy Gary'ego Hughesa. Zupełnie niepotrzebnie, bo facet brzmi tak dobrze, jak chyba nigdy dotąd. Może nie tak, jak na mojej ukochanej Return To Evermore z roku 2004, ale naprawdę nie ma na co narzekać. Nie będę Was po raz kolejny zanudzać historią zespołu, bo zrobiłem to w recenzji poprzedniej, więc pozwólcie, że od razu przejdę do rzeczy. Nowy wypiek Ten rozpoczyna Endless Symphony. Utwór leniwie się rozwija, ale już od momentu pojawienia się dość mrocznych klawiszy wiadomo, że to będzie bardzo dobra płyta. I czy tylko mi się wydaje, czy zespół pokusił się o zapędy w stronę grania bardziej progresywnego? Potem wchodzą gitary i wokal Hughesa i już wiadomo, że jest to Ten. Tylko czy mi się wydaje, czy ten nowy album rzeczywiście będzie taki bardziej zamyślony, nieco depresyjny, by nie rzec - mroczny? Słuchając tego kawałka liczyłem, że w pewnym momencie wybuchnie bomba i nastrój diametralnie się zmieni. A tu nic. Trzeba przyznać, że ta ścieżka doskonale komponuje się z okładką Royo. I choć to jest ciągle Ten, to nie jest taka sama płyta jak poprzednie, co dobitnie udowadnia Centre Of My Universe. Bardzo podoba mi się tu gra nowego perkusisty. Pasuje on do reszty grupy, ale czy jest właściwym facetem na właściwym miejscu? No cóż, nie jestem tego taki pewien. I chyba już wiem, skąd wzięły się te ciągoty w stronę grania progresywnego. W końcu to bębniarz Fates Warning... Sam utwór może się podobać, choć oczywiście cały czas jest ciężko, duszno, mroczno, co nie przeszkadza zespołowi spokojnie budować jego przebojowości. Hughes jednak mnie nie zawiódł i przygotował utwór dokładnie taki, jakiego od niego oczekiwałem. Bardzo podoba mi się ten leciutki, rozmarzony Kingdom Come. No i nareszcie jest troszkę energii na koniec. Zaskoczył mnie natomiast w Book Of Secrets, który doskonale pasowałby na moją ukochaną płytę tego zespołu. Zresztą Frontiers zapowiadał tę płytę jako między innymi będącą czymś na kształt powrotu do Return To Evermore. No cóż, panowie z tej wytwórni czasem lubią mówić o swoich płytach z przesadną emfazą, pompować atmosferę i podniecać żądną sensacji publikę. Szkoda tylko, że często z tych zapowiedzi niewiele wynika w praktyce. No, ale zostawmy to. Podoba mi się ten kawałek. Bardzo melodyjny z przebojowymi solówkami i fajnie grającą sekcją. I co najważniejsze, dający się bardzo łatwo zapamiętać. Tytułowy Stormwarning ciągle pozostaje w atmosferze płyty z 2004 roku. Zniknęła gdzieś ta duszna atmosfera i mrok z początku albumu. Przestało się chmurzyć i wyjrzało słońce... Tak sobie jednak słucham tego wypieku i czegoś mi brakuje. Albo może... kogoś? I chyba nawet wiem kogo - znakomitego wioślarza w osobie Vinny'ego Burnsa. Nie zrozumcie mnie źle. Obydwaj obecni tu gitarzyści zrobili świetną robotę, ale żaden z nich nie ma tego "czegoś", co ma Vinny. Tego leciutkiego uroku, jeśli wiecie, co chcę powiedzieć. Może z nim w składzie ten album byłby jaśniejszy. Z kolei Invisible, choć także radośniejszy, to przypomina mi utwory z In The Name Of The Rose. No i ja bardzo lubię takie refreny jak w tym kawałku i właśnie tak grającego w tle bębniarza. No i to jest taki bardzo "rockowy" momentami numer. Szczególnie gdy Gary pozwala sobie na nieco luźniejszy sposób śpiewania i dopowiadanie tekstu. Oczywiście na okrasę mamy wspaniałą solówkę. Jednego nie mogę jednak Hughesowi wybaczyć na tym LP - jego teksty zwyczajnie do mnie nie docierają. Za jednym wyjątkiem, którym jest Love Song. Może dlatego, że on zawsze potrafił i lubił pisać takie numery, co wielokrotnie udowadniał. Przybyło trochę chmur, ale słońce świeci nadal. Nie śmiejcie się, ale początek następnego w kolejce The Hourglass And The Landslide bardzo przypomina mi pewien znany przebój Tiny Turner. To nie ma być zarzut i nie chcę się czepiać, bo ta ścieżka, choć taka może nawet nieco zbyt słodka, to bardzo mi się podoba. A tak właściwie to czego i po kiego ja się czepiam? Jeszcze niedawno narzekałem, że jest zbyt ponuro i nic się nie dzieje. No więc mam, czego chciałem. Fajny kawałek i tak sobie myślę, że jeden z najlepszych na tym wydawnictwie. Komu mało nawiązań do starszych płyt, to ma tu coś na kształt utworów z The Robe. W tej chwili nie pamiętam, o jaki utwór chodzi, ale to, co dzieje się w Destiny, już gdzieś było. Tak czy owak, bardzo mi się podoba. Nie bylo jeszcze ballady, wiec najwyższa pora by się ona pojawiła. The Wave to taka miła, ciepła i bardzo przytulaśna balladka, która na pewno spodobałaby się niektórym, tym bardziej romantycznym, paniom. Tu mogą podobać się nienachalne orkiestracje i ładnie grające w tle gitary. Do tego ładna solówka, która udanie ozdabia cały utwór. Na koniec ponuro zatytułowany The Darkness. Czy jednak jest aż tak mrocznie? Oj nie, bo to całkiem wesoły kawałek. No i mam tutaj bardzo przyjemne deja-vu, tym razem jeśli chodzi o gitary. Gdzieś już słyszałem podobnie zaaranżowane tło. Bezsensowne jest dociekanie kto i gdzie, bo ścieżka ma się po prostu podobać. Szkoda tylko, że mam nieodparte wrażenie, że zamknięcie tej płyty jest takie nieco na siłę. Chcę przez to powiedzieć, że to bodaj najsłabszy kawałek na Stormwarning.
Hmmmm, ostrzeżenie przed burzą? Raczej chyba nie, może tylko na moment się zachmurzyło i parę razy zagrzmiało. Jest to bardzo udany powrót Ten po 4 latach milczenia i to w sytuacji, gdy nikt już chyba nie dawał im na to szans. Dająca się słuchać, w wielu miejscach przyjemna płyta i jako taka zasłużyła sobie na notę 8,5/10. Kto lubi melodyjne granie, Gary'ego Hughesa i kumpli, kto lubi Ten, temu z pewnością nowa propozycja tych panów przypadnie do gustu. Mi się podoba.
Oficjalna strona zespołu: www.ten-official.com
Vincent czerwiec 2011
|