Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

TEN - Return To Evermore [2004]
Wydawca: Frontiers Records / Avalon Records / Infinity

  1. Apparition
  2. Dreamtide
  3. Evermore
  4. Sail Away
  5. Temple Of Love
  6. Even The Ghosts Cry
  7. Strangers In The Night
  8. Evil's On Top In The World
  9. The One
  10. Lost Soul
  11. Stay A While
  12. Tearing My Heart Out
  13. It's You I Adore [azjatycki bonus track]
Return To Evermore

Skład: Gary Hughes - śpiew; Chris Francis - gitara; John Halliwell - gitara; Steve McKenna - gitara basowa; Paul Hodson - instrumenty klawiszowe; Greg Morgan - perkusja i instrumenty perkusyjne; Pete Coleman - angielskie piszczałki w [3]; Jason Thanos- chórki

Produkcja: Gary Hughes

Ten to taki skromny i bardzo słabo lub może nawet zupełnie nie znany w naszym pięknym kraju, brytyjski zespół hard rockowy, dowodzony przez znanego wszem i wobec pana, nazwiskiem Gary Hughes. Ten angielski wokalista i autor wielu tekstów ma na koncie całkiem pokaźną liczbę albumów solowych, drugie tyle krążków nagranych z zespołem Ten, a jakby tego było mało, udzielał się także między innymi na płytach Boba Catleya. Żeby było ciekawiej, był także producentem pierwszych trzech LP tego pana.

Historia zespołu Ten zaczyna się gdzieś w okolicach roku 1994, kiedy to Gary Hughes przygotował aż 28 utworów, które miały trafić na jego kolejne solowe krążki. Tak się jednak nie stało. Naszemu wokaliście jednak strzeliło do głowy, by założyć zespół. W sumie czemu nie, tylko z kim? Targi i przepychanki trwały jakiś czas. I nic. Koniec końców za sprawą panów Douga Aldricha, Lanny'ego Cordoli i Ralpha Santolli (tak - TEGO Ralpha Santolli, znanego z gry w takich zespołach jak Obituary, Iced Earth, Death - nie nagrał wprawdzie żadnego krążka z ekipą Chucka Schuldinera, ale pojawił się w teledysku do utworu The Philosopher, Deicide, Millenium i Sebastian Bach) doszło do utworzenia zespołu, krótko nazwanego Ten. Pierwszy album nowego dziecka Gary'ego ukazał się w 1996 roku i został lakonicznie zatytułowany X. Oprócz muzyków ekipy Hughesa, zagrali na nim także goście w całkiem licznym składzie. Bezsensem będzie wymienianie ich przy tej okazji, wszak to nie ten LP jest przedmiotem dzisiejszej recenzji. Album odniósł spory komercyjny sukces, szczególnie w Japonii. Podbudowani tym faktem muzycy ponownie pojawili się w studio celem zarejestrowania kolejnego krążka, In The Name Of The Rose, który swoją premierę miał jeszcze w tym samym roku. Skazana wręcz na sukces formacja nagrywała kolejne płyty i jeździła w trasy koncertowe, które także były wyprzedawane do ostatniego biletu. Zmieniali się tylko muzycy. W końcu nadszedł rok 2004, w którym to ukazał się chyba najlepszy album Ten, zatytułowany Return To Evermore. Jest to siódmy, studyjny wypiek tej ekipy i pierwszy, na którym zagrał nowy nabytek zespołu, gitarzysta Chris Francis. Na płycie znajduje się 12 premierowych kompozycji. Na wydaniu azjatyckim znalazł się bonus w postaci utworu It's You I Adore. W zasadzie nie jest on jakąś tam wielką kompozycją. Ot taka zwykła ballada o kochaniu. Japońce jednak uparci są i dodatek mieć muszą, choćby w postaci niezbyt wymagającej balladziny. Niech im będzie. W każdym razie wiem, skąd Tuomas z Nightwish podpatrzył, czy też podsłuchał, a potem podpieprzył i nieco przerobił melodię do jednego z bardziej znanych utworów swojego zespołu. Return To Evermore wita nas tajemniczymi dźwiękami otwierającego krążek Apparition. Jak przystało na historię o duchu, musiało znaleźć się miejsce na dzwon bijący sobie gdzieś tam w tle. Kompozycja bardzo udana, dynamiczna, z wpadającym bardzo szybko w ucho refrenem i bardzo dobrymi riffami obydwu gitarzystów. Musi się podobać bardzo dobre zwolnienie i następująca po nim ognista solówka. No i ta końcówka! Jak ja lubię takie zakończenia, mlask. Utwór ten płynnie przechodzi w równie udaną kompozycję, jaką jest Dreamtide. Troszkę bardziej spokojniejsza, ale także dynamiczna. Do tego obowiązkowo bardzo dobry i melodyjny refren, którego nie sposób nie zanucić. Podobają mi się rozwiązania zastosowane w tym kawałku. Angielsko brzmiące dudy, na których zagrał Pete Coleman, zwiastują kolejne udane nagranie, zatytułowane Evermore. W tym miejscu należy przytoczyć to wszystko, co napisałem wyżej. Trzeba przyznać, że czołówka płyty jest dynamiczna, może się podobać i robić wrażenie. Dalej mamy wspaniałą balladę Sail Away. Zwrotka może nie robi wielkiego wrażenia, ale refren nadrabia to z nawiązką. No, takie refreny potrafią pisać wyłącznie "Brytole". Ręka do góry, kto nie zanuci. Do tego wspaniała, rockowa solówka, zagrana z ogniem i pazurem. No i wspaniały śpiew wokalisty. Temple Of Love to utwór o (a jakże) miłości i seksie. No i znów ten refren. Trzeba oddać zespołowi, że co jak co, refreny są tu po prostu zabójcze. Nie wiem, który z pary wioślarzy zagrał tu solówkę, ale po prostu czapki z głów. Klasa sama w sobie. Ładna, neoklasyczna miniatura, grana na gitarze, rozpoczyna bodaj mój ulubiony kawałek na płycie, jakim jest Even The Ghost Cry. Strasznie pozytywny kawałek. Osobiście uwielbiam śpiewać sobie jego refren przy goleniu, haha. Strangers In The Night to kolejna, druga już, bardzo udana ballada na tej płycie. Bardzo ciekawy jest utwór Evil's On Top In The World, który opowiada historię bardzo bogatej dziewczyny, czy też kobiety, która w końcu pada ofiarą morderstwa. A ten chóralnie śpiewany refren przypomina mi nieco refreny pisane na potęgę przez Amerykańców z Toto. To tak na marginesie. W podobnym tempie utrzymany jest The One, nagranie bardzo dynamiczne, choć na moje ucho refren chyba nieco kuleje. A może to ja się nie znam. Tak, pewnie to drugie. Lost Soul to taki trochę post-zeppelinowy kawałek i bodaj najcięższy gitarowo na całej płycie. W każdym razie bardzo mi się podoba i nie przeszkadzają mi te podjazdy pod ekipę Planta i Page'a. Jest też tu coś z ducha solowych dokonań Paula Rodgersa i (nie bijcie) lekkie echa Queen. Stay A While to już trzecia ballada, ale nie wiem czy nie najlepsza na całym krążku. Oczywiście za sprawą mega melodyjnego refrenu, jakżeby inaczej. Return To Evermore kończy ciężki Tearing My Heart Out. Taka niby-ballada. Gdyby tu w zwrotce dać panów Iommiego i Butlera to... no, ale już koniec gdybania. Podoba mi się sposób śpiewania Hughesa. Śpiewa nisko, pewnie, nieco mroczniej i z pazurem. Nie ukrywam, że podoba mi się to. I ta dziwaczna, nieco w stylu Satcha solówka.

Bardzo fajna, miejscami dość mocna hard rockowa płyta, która z pewnością niejednemu wpadnie w ucho. Może nie jest łatwa do namierzenia, ale warto się wysilić i odszukać ten krążek. Śmiem twierdzić, że nikt nie powinien być zawiedziony. Polecam gorąco. Ocena maksymalna.

Oficjalna strona zespołu: www.ten-official.com

Vincent
wrzesień 2010