|
Skład: Zbigniew Kondratowicz - śpiew; Krzysztof Patocki - perkusja; Maciej Gładysz - gitara; Piotr "Dziki" Chancewicz - gitara; Piotr Urbanek - gitara basowa; Piotr Pruski - instrumenty klawiszowe
Produkcja: Piotr "Dziki" Chancewicz
Szczerze mówiąc poza tym, że Syndia została założona w Warszawie w 1987 roku (za ecyklopedią), nic mi o tej kapeli nie wiadomo. Takich zespołów "meteorytów" w Stanach czy Niemczech były tysiące, u nas dwa, może trzy... Dzięki internetowi Syndia zyskała sobie pewne grono fanów, jednak dalej jest to dalekie jej potencjału. Kilku muzyków zespołu można odnaleźć dziś i są to cenieni instrumentaliści. I tak Maćka Gładysza można usłyszeć na tak róźnorodnych płytach jak album zwyciężczyni Idola Ali Janosz, naszego tenora Marka Torzewskiego (za do boju Polska z Mundialu powinni go wsadzić), grał także na całkiem niezłej skądinąd płycie Edyty Bartosiewicz Shok'n'Show, udzielał się w zespołach Human i IRA. Piotr "Dziki" Chancewicz to ceniony producent i realizator dźwięku, a także członek zespołu MECH (znanego z piosenki promującej grę Painkiller). Piotra Urbanka m.in. możemy zoabczyć u Kasi Kowalskiej (LP Pełna Obaw), czy w Perfect (LP Śmigło). O wokaliście i klawiszowcu niestety słuch zaginął (przynajmniej w sieciowym eterze).
To, z czym mamy do czynienia na, niestety , jedynym wydawnicwtie Syndii, to przebojowy do niemożliwości AOR. Najważniejszym instrumentem są tu klawisze, które nie są tu jedynie dodatkiem, a cześcią składową niejednokrotnie napędzającą cały utwór. Ich brzmienie jest żywcem wyjęte z Ameryki lat '80, brzmienie które dla dzisiejszych wykonawców (nie tylko w Polsce) jest nieosiągalną utopią. Jedyna różnica między Syndią a amerykańskimi odpowiednikami to gorsza produkcja (brzmienie perkusji) i brak mocnych chórów (czasem słychać chóry, jednak są to nałożone wokale wokalisty), jednak w chórkach polska muzyka nigdy nie była mocna i wolę to niż pretensjonalne próby. Najlepszym tego przykładem jest zamykający płytę Spotkajmy Się W Pół Drogi, gdzie klawisze towarzyszą nam w trakcie całego utworu. No i co to za utwór, po prostu coś "to die for"... Od razu rzuca się w słuch niesamowita przebojowość kawałka, po prostu czuje się na głośnikach radość i energię z nich płynącą. Nie wiem, jeśli jest ktoś, kto potrafi usiedzieć przy tym numerze, jestem pełen podziwu. Dla mnie absolutnie piosenka numer 1 w całym dorobku polskiego melodyjnego rocka (przyznam ubogiego, a jednak)... Ilekroć go słucham, to zawsze niemal zatyka dech, to po prostu niesamowite, że u nas ktoś grał taką muzykę. Ale takie myśli się kotłują przez niemal całą płytę, "Spotkajmy..." zdecydowanie nie jest wypadkiem przy pracy. Już opener, mój numer 2 na albumie, jest doskonały i wprowadza w rewelacyjny nastrój. Zaczyna się spektakularnym riffem, powoli, majestatycznie, jakby w zwolnionym tempie. Także tu klawisze odgrywają niebagatelną rolę, jednak w przeciwieństwie do numeru 8, tu większą rolę odgrywają gitary. Doskonały refren i "kosmiczna" solówka. Każdy Kiedyś Robi Błąd, podobnie jak "Spotkajmy...", aż krzyczy, by go umieścić w jakimś filmie. Skoro rozpoczęliśmy i zakończyliśmy dwoma najlepszymi utworami, przyjrzyjmy sie pozostałym. Mamy tu jeszcze dwa mocno klawiszowe kawałki - Plaża Snów i Dynamit I Diament, zagrane w bardzo podobny sposób jak poprzednie dwa "hiciory', jednak jakby z mniej spektakularnymi melodiami. W utrzymanym w średnim tempie Opuszczonym słychać mocno melancholijna estetykę bliską niemieckiemu Kingdom Come. Szczerze mowiąc mógłby być to spokojnie numer Niemców, nikt by sie specjalnie nie zorientował, taki sam trochę psychodeliczny zeppelinowski klimat. Jedyna ballada na krążku, Nie Jesteś Wielkim Panem, jest typową dla Polski lat '80 balladą. Z jednej strony utwór na pewno by chwycił współczesną scenę rockową w Polsce zachwyconą Skórą czy Irlandią, z drugiej trochę nie pasuje do płyty. Podobna stylitykę do "Nie Jesteś..." ma Marriot, szczególnie na początku. Szczerze mówiąc jest to najmniej lubiany przeze mnie utwór Syndii, średnia melodia i refreny, lepsze znacznie zwrotki i niezłej klasy solo gitarowe. W najlepszym lirycznie Cenniejsze Płotno Od Ram zwraca uwagę doskonała... klawiszowa solówka. Prawdziwy popis "parapeciarza". Przypomina to mocno w brzmieniu Van Halenowski Jump.
Płyta jest naprawdę genialna. Szkoda, że przeszła praktycznie bez echa, może polska widownia połknęłaby haczyk i mielibyśmy wysyp takich zespołów i lata '80 byłyby choć w pewnej części tak radosne jak te w Stanach. Co ciekawe, obok Lessdress jest to jedyny poszukiwany i ceniony zespół przez zagranicznych kolekcjonerów. Tu mała podpowiedź dla wydawców - jest bardzo duży popyt na ewentualną reedycję zarówno w Polsce jak i zagranicą, tylko proszę, wydajcie to ładniej niż tragiczne wydanie Polskich Nagrań.
Brak oficjalnej strony zespołu
Vandervelde marzec 2005
|