|
Skład: Russell Allen - śpiew; Michael Romeo - gitary; Michael Pinnella - instrumenty klawiszowe; Thomas Miller - gitara basowa; Jason Rullo - perkusja
Produkcja: Steve Evetts i Eric Rachel
Symphony X długo stało w kolejce rzeczy oczekujących na zrecenzowanie, wreszcie nadszedł czas, by tym legendarnym już progmetalowcom uczynić zadość. Jako pierwszy krążek zrecenzuję ich trzecią płytę studyjną. Wybór bardzo subiektywny, po prostu ta podoba mi się najbardziej i ze względu na ten fakt jestem z nią najlepiej osłuchany.
Na początek trochę historii. Wkrótce po wydaniu swego solowego krążka w 1994 r. wirtuoz gitary Michael Romeo powołał do życia w Middletown (New Jersey) grupę Symphony X. Znaleźli się w niej basista Thomas Miller, bębniarz Jason Rullo, wokalista Rod Tyler i klawiszowiec Michael Pinnella, który grał już z Romeo na jego solowym wydawnictwie. Pierwszy, eponimiczny album formacji pojawił się jeszcze tego samego roku i zyskał sobie spore uznanie, fakt, że głównie w Japonii (Ameryka i Europa podniecała się wtedy grungem). Drugie dzieło też nie kazało na siebie długo czekać i zaledwie po ośmiu miesiącach ukazało się The Damnation Game, gdzie można już było usłyszeć głos nowego wokalisty, Russella Allena. Chociaż pierwsze dwie płyty były dość udane, to moim zdaniem dopiero na trzeciej, The Divine Wings Of Tragedy grupa pokazuje, jak powinien brzmieć dobry, symfoniczno-neoklasyczny progmetal. Pierwszy strzał i pierwsze trafienie między oczy (lub uszy). Of Sins And Shadows to jedna z najlepszych kompozycji w całej dyskografii zespołu i zarazem jedna z moich ulubionych. Najbardziej w uszy rzuca się charakterystyczny riff podłożony w zwrotkach pod wokale - o jego potędze może świadczyć fakt, iż w poźniejszych latach wiele kapel będzie ogrywało podobne patenty w swoich utworach. Warto zwrócić uwagę na głos Allena, bo podobny jest on barwą i artykulacją do Marka Boalsa i Jeffa Scotta Soto, gardłowych Malmsteena. Chyba nie trafił do zespołu przypadkowo, bowiem sporo tu zagrywek neoklasycznych, a do nich właśnie taki głos pasuje. Poza wspomnianym riffem w piosence wyróżniają się też solówki, zarówno gitarowe, jak i klawiszowe. Wcale nie gorszą jazdę mamy w Sea Of Lies, które rozpoczyna się od intrygującej partii pulsującego basu i trzyma poziom dalej. Znów barokowe, chciałoby się rzec "bachowe" struktury, a neoklasycznych zagrywek jeszcze więcej. Ze względu na galopujące tempa numer spodoba się nie tylko maniakom progresu, ale też miłośnikom power metalu. Są i wolniejsze momenty, ale jest ich relatywnie mniej. Niezły jest też kawałek Out Of The Ashes, aczkolwiek jego początek zmasakrowany został przez ogrywanie odpustowych melodyjek. Strukturalnie też wydaje się prostszy od swoich dwóch poprzedników, przez co nieco traci. Parę grupa odzyskuje w epickim i długim, bo prawie 10 minutowym nagraniu The Accolade. Klimat nagrania iście średniowieczny, ale i takowe słowa, bowiem Russell Allen inspirował się swoją wcześniejszą pracą w Medieval Times Dinner Theater. Tak więc mamy mieszaninę ballady, średniowiecznych melodyjek i ostrzejszego grania. Po Pharaoh można by się spodziewac z kolei jakichś melodycznych nawiązań do starożytnego Egiptu, ale nawet jeśli takowe tu występują, to nie są jakoś szczególnie wyraźne. Wiadomo, ciężko przeskoczyć malmsteenowską "Piramidę Cheopsa" ;). Niemniej jednak w klimacie kawałka jest coś dawnego, co pasuje do ogólnego nastroju płyty. Przyczepiłbym się tylko do partii wokalnych Russella, bo śpiewa tutaj dość łagodnie i brakuje mi zadziorności (pojawia się wprawdzie później, ale na krótko). Druga połowa utworu lepsza od pierwszej. W The Eyes Of Medusa przewaga grania progresywnego, wpływy symfoniczne i neoklasyczne gdzieś nikną. Szczerze mówiąc, czyni to kompozycję mniej atrakcyjną. Tutaj granie ekipy pana Romeo kojarzy mi się ze stylem formacji Magnitude Nine, która zaczynała swoją karierę w okresie podobnym do czasu wydania opisywanej płyty. Za to na brak neoklasycznych wstawek narzekać nie można przy pozycji kolejnej, czyli The Witching Hour. Myślę, że tego numeru nie powstydziłby się Yngwie Malmsteen, zwłaszcza w późniejszym okresie swej działalności, kiedy to sukcesywnie wyostrzał brzmienie wiosła. Klawiszowiec Symphony X też ewidentnie zapatrzony był na Szwecję i mógłbym się założyć, że jednym z jego idoli był Jens Johansson. Nadszedł czas na monumentalną kompozycję tytułową. The Divine Wings Of Tragedy trwa ponad 20 minut i formalnie dzieli się na kilka części. Na początku mamy chórki, których nie powstydziłoby się Queen, dalej trochę mrocznego grania i śmiganie na klawiszach. Nieco grania balladowego, szczypta "groźnych" dźwięków, nawet solówka w stylu fusion, no i klimaty, hmm, coś na wzór Savatage. Wartość artystyczna poszczególnych fragmentów jest różna, słuchacze nieprzywykli do ultradługich kawałków mogą momentami poczuć się znużeni, ale całościowo nagranie trzeba uznać za udane. Na uważnych fanów czekają też ekscerpta ze "Mszy w B Moll" Bacha i z "The Planets" Gustava Holsta (tych drugich nie znałem wcześniej). Grupa przyznaje się też do inspiracji "Piekłem" Dantego i dwoma poematami MIltona - "Raj utracony" i "Raj odzyskany". Album zamyka ballada Candlelight Fantasia. Oczywiście nie jest to pościelowka na wzór ballad hard rockowych z lat '80, ale niewykluczone, że spodoba się płci pieknej. Powinna za to spodobać się fanom bardowskich pieśni.
Płyta posiada wszystkie zalety i wady grania progresywnego, ale każdy fan tego gatunku znajdzie tu coś dla siebie. Klasyka, do której jeszcze przez długie lata będą odwoływały się inne zespoły próbujące penetrować te same terytoria co Symphony X. Jeśli jeszcze ktoś nie zna tej grupy, a planuje poznać, to wybór tego krążka na pierwszy kontakt będzie bardzo trafny. Polecam.
Oficjalna strona zespołu: www.symphonyx.com
Guitarrizer listopad 2010
|