|
Skład: Sam Carava - śpiew; Mike Parker - gitara prowadząca i rytmiczna, chórki; Brian Unger - gitara prowadząca i rytmiczna, chórki; Jeff Malas - gitara basowa, chórki; Randy Matthiensen - perkusja, chórki
Produkcja: Roy Van-Brach, Johnny K., Mark Messner, Mike Parker, Sam Carava i Stephen Craig
Nazwa tego pochodzącego z Chicago, amerykańskiego kwintetu powstała przez przypadek. Podczas konkursu Battle Of The Bands jego prowadzący omyłkowo podał tytuł jednej z piosenek jako nazwę zespołu i... przyniosło to chłopakom szczęście, bo wygrali. Sweet Sybil to jedna z krótko (bo w latach 1988-1992), ale jednocześnie intensywnie żyjących perełek z lamusa, którym podczas aktywnej działalności nie udało się wydać regularnego albumu długogrającego, pomimo występów jako support ówczesnych gwiazd takich jak Extreme, Alice in Chains, czy Enuff Z’Nuff. Niemniej jednak wydana przez Eonian Records zawierająca 9 utworów reedycja materiału sprzed lat dowodzi, że przedstawiciele Wietrznego Miasta mieli do zaoferowania dobra, które zasługują przynajmniej na uwagę fana hard ‘n heavy.
Pomimo wyczuwalnych, licznych źródeł inspiracji w ich utworach, sleaze rock w wykonaniu Sweet Sybil należy uznać za zjawisko na wskroś oryginalne, co wynika z dwóch przyczyn. Po pierwsze, w kilku momentach krążka zespół stawia na niekonwencjonalne rozwiązania, odważnie zapuszczając się w rejony, o które nie podejrzewalibyśmy artystów z tego kręgu i inkorporując do swojej muzyki pewne elementy ska, czy rocka alternatywnego. Drugim powodem jest niezwykły głos wokalisty - szorstki, matowy, a jednocześnie melodyjnie brzmiący wokal Sama Caravy ma w sobie coś z Taime Downe’a, Axla Rose’a, a czasem... Anthony’ego Kiedisa. Już zagrany w średnim tempie, otwierający wydawnictwo Remember When konfrontuje słuchacza z niepodrabialnym feelingiem załogi, tj. glamowe riffy a’la Dangerous Toys podbarwiono tu brzmieniami akustycznymi, a specyficzny głos faceta stojącego za mikrofonem zestawiono z zawadiacko chwytliwą melodyką. #69 to intrygujący kolaż sleaze rocka z rytmami ska, czyli rzecz w sam raz na parkiet dla tych nieortodoksyjnych. Za ciekawy pomysł należy uznać tu wykorzystanie sekcji dętej, zgrabne solo doskonale uzupełnia całość. Za to Downtown Suicide powinien przypaść do gustu właśnie tradycjonalistom, lubiącym atmosferę bezkompromisowego glam metalu lat '80. Potężne, dające prosto w twarz riffy o wyczuwalnym wpływie Dokken przeplatają się z całkiem poważnymi, nawet gniewnymi wokalizami - niemalże skandowany refren kojarzy się z tymi komponowanymi przez Faster Pussycat. Mamy tu również świetną partię solową gitary. Walkin’ Talkin to już zupełnie inna historia. Ciężki, smętny, marszowy, przytłaczający - to przymiotniki, które opisują go najlepiej. Trochę zainfekowany wpływami Jane’s Addiction, czy Alice in Chains, stanowił chyba rodzaj eksperymentu, który choć trzeba docenić, definitywnie nie jest moją działką. Piąty z kolei Someone In Your Eyes świadczy o tym, że ekipie z Chicago zależy na ciągłym podtrzymywaniu uwagi słuchacza. I zaskakuje bardzo melodyjnymi gitarowymi motywami i ciepłymi partiami wokalnymi, przywodzącymi na myśl te wyśpiewywane przez Axla Rose’a w Sweet Child O’Mine. Szkoda tylko, że poprzeczka, wysoko ustawiona przez dotychczasowe rewelacyjne kawałki, dalej trochę się obniża. Takiemu Jump Black niby nic nie brakuje, chociaż na dobrą sprawę powiela on w mniej udany sposób patenty z Downtown Suicide. W Burning House ciekawie wypadają zmodulowane brzmienia gitar, niezłe riffy i tempo zachęcają do zakręconej zabawy, ale sama kompozycja wpada jednym uchem, a wypada drugim. Znacznie spokojniejszy Alone With You oznacza powrót do wysokiego poziomu. I chociaż unosi się nad nim duch lat '90, jego łagodna melodia i wplecione brzmienia akustyczne ciekawie kontrastują ze zdecydowaną pracą gitary rytmicznej. Dograny w 2009 roku, pozbawiony instrumentów perkusyjnych, kameralny You & I nie za bardzo pasuje do reszty, chociaż ze względu na swój przyjemny charakter jednak się broni. Maniera w głosie Caravy sprawia, że tej balladce blisko do wynurzeń Red Hot Chilli Peppers.
Eponimiczny debiut Sweet Sybil zadedykowano tragicznie zmarłemu perkusiście grupy, Randy’emu Mathiessenowi. Obecnie możemy się przekonać, że po latach ta muzyka nie straciła niczego ze swojej siły rażenia, pozostając miksturą rasową, dającą porządnego kopniaka, a jednocześnie zapadającą w pamięć. Pomimo dwóch-trzech słabszych kawałków jest to bardzo przyzwoity album, chociaż za krótki.
Oficjalna strona zespołu na MySpace: www.myspace.com/sweetsybil2008
Hardlover grudzień 2010
|