Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** STEVE PRIEST - "Jakkolwiek postrzega nas historia- przynajmniej możemy być jej częścią..." ***

Dekada lat '70 był to czas prawdziwej muzycznej eksplozji - idealny moment na "brytyjską inwazję" hard rocka i heavy metalu. Deep Purple, Uriah Heep, Led Zeppelin, Jethro Tull - żeby poprzestać na wymienieniu tylko kilku nazw... Po "drugiej stronie" brytyjskiej muzycznej sceny także działo się w tamtym czasie mnóstwo. Nie zapominajmy przecież o brytyjskiej eksplozji glam rocka, z której wyłoniło się wiele znakomitych zespołów - wykonawcy tacy jak Sweet, Slade, T. Rex, David Bowie czy Queen zaczynali od błyszczącego makijażu i przedziwnych scenicznych kostiumów, by na późniejszym etapie kariery rozwinąć swój styl i udowodnić muzyczną kompetencję. Bądźmy jednak szczerzy - niewiele z tych zespołów przetrwało próbę czasu. Powrotem na muzyczną scenę Sweet udowodnili jednak, że tak naprawdę nigdy nie zniknęli z naszych głośników i serc fanów. Wystarczy choćby wrzucić do odtwarzacza nowe, koncertowe wydawnictwo zespołu Live In America i podkręcić głośność, by przekonać się, że basista oryginalnego składu Sweet Steve Priest i jego na nowo zreformowany zespół zdecydowanie nie spoczęli na laurach! Choć zajęty koncertowaniem w Stanach Zjednoczonych i planowaniem przyszłości Sweet - specjalnie dla Hard Rock Service Steve Priest zgodził się jednak poświęcić chwilę na opowiedzenie nam o czasach oryginalnego The Sweet, glamowym etapie kariery, zmianach zachodzących w muzyce oraz swoich młodzieńczych inspiracjach. Oczywiście, zapytaliśmy także rockową legendę we własnej osobie o jego plany na przyszłość.

HARD ROCK SERVICE: Cześć Steve! Dzięki za możliwość rozmowy. Zacznijmy niekoniecznie tradycyjnie - w 2008 roku minęła czterdziesta rocznica Twojego zaistnienia w muzycznym przemyśle. Jak się z tym czujesz, wspominając dekady chwały, ale także - dekady ogromnych zmian, tak w samym zespole, jak i na rynku muzycznym? Czy odnosisz się do minionych dni, szczególnie, do czasów największej popularności Sweet w latach '70 - z sentymentem, czy czujesz się zażenowany wspomnieniem tamtych czasów i ery glamu?

STEVE PRIEST: Nigdy nie czułem się zażenowany czymkolwiek, co udało nam się zrobić. Czasem chodziło po prostu o zdobycie środków do życia - mieliśmy żony, dzieci. Jakkolwiek postrzega nas historia- przynajmniej możemy być jej częścią.

Steve Priest HARD ROCK SERVICE: Do zespołu - wtedy jeszcze nazwanego Sweetshop - dołączyłeś jako trzeci muzyk. Wcześniej grywałeś w lokalnych zespołach, nim w 1968 roku- poznałeś Briana Connolly'ego i Micka Tuckera wówczas jeszcze grających w zespole Wainwright's Gentlemen. Opowiedz o początkach tego składu, o tym, jak powstała idea nazwania zespołu Sweetshop, skąd kolejny pomysł zmiany nazwy...

STEVE PRIEST: Poznałem Micka i Briana na koncercie w Ealing, kilka dni przed pojawieniem się pomysłu o graniu razem. Grałem wtedy w zespole o nazwie The Army. Mick został tamtej nocy wyrzucony z Wainwright's Gentlemen, a Brian zrezygnował z grania z nimi dzień później. Właśnie tamtego dnia Brian zadzwonił do mnie i zaproponował założenie nowego kwartetu; zgodziłem się.
Właściwie nie można powiedzieć, że wtedy, w 1968 roku, dołączyłem do Sweetshop - wtedy ten zespół formalnie jeszcze nie istniał, przynajmniej pod tą nazwą. Mówiąc ściśle - na początku stworzyłem z Mickiem, Brianem i Frankiem [Torpey'em] bezimienny skład. Po kilku próbach doszliśmy do wniosku, że to może się udać, więc zaczęliśmy szukać odpowiedniej nazwy; ktoś wpadł na pomysł, by nazwać zespół Sweetshop. Wkrótce jakaś grupa wydała singla pod taką samą nazwą, co zmusiło nas do skrócenia własnej - zmieniliśmy ją wówczas na The Sweet.

HARD ROCK SERVICE: Porozmawiajmy teraz o pierwszym etapie kariery The Sweet - zmiany na stanowisku gitarzysty, pierwsze wydawane single - słodkie, wyszlifowane popowe pioseneczki w rodzaju Lollipop Man czy All You'll Ever Get From Me, wreszcie - wstąpienie w szeregi grupy przez Andy'ego Scotta, nowy kontrakt płytowy z RCA i współpraca z wówczas jeszcze nieznanym duetem songwriterskim, składającym się z Nicky'ego Chinna i Mike'a Chapmana. W 1970 roku wychodzi Wasz pierwszy singiel dla RCA - Funny Funny. To wyznacza prawdziwy początek historii The Sweet; mówi się, że brzmienie, które wtedy osiągnęliście - będące połączeniem popu i hard rocka - miało wiele wspólnego z narodzinami hair metalu ponad dekadę później.

STEVE PRIEST: Jeśli chodzi o Funny Funny - Chinn i Chapman chcieli wypuścić na rynek murowany hit i dopięli swego. Funny Funny było oczywiście kopią Sugar Sugar [przebój The Archies z 1969 r.], ale w tamtym momencie postrzegałem to jako jedyny sposób, by zapłacić czynsz i rachunki. Andy nie uczestniczył jeszcze w Funny, Funny, tylko pozostała trójka, którą tam słychać. Jeśli chodzi o tło muzyczne - naszą ideą zawsze było osiągnięcie kompromisu pomiędzy mocnym brzmieniem, a zapamiętywalnymi, przyjemnymi dla ucha melodiami. Przez cały okres trwania zespołu tę właśnie ideę konsekwentnie realizowaliśmy.

HARD ROCK SERVICE: Mówiąc o duecie songwriterskim Nicky'ego Chinna i Mike'a Chapmana - jak wspominasz współpracę z nimi? Z informacji, do których dotarłam, wynika, że nie byliście zbyt zadowoleni z narzuconego Wam muzycznego stylu - stąd brzmiące ciężej, pisane przez Was utwory na stronach B singli. Jeśli o tym mowa - czy to prawda, że Chinn i Chapman ograniczali wolność artystyczną zespołu w tamtym czasie, zastępując Was podczas sesji nagraniowych muzykami sesyjnymi?

STEVE PRIEST: Wkraczając w muzyczny biznes, Chinn nie miał pojęcia, w co się pakuje, Chapman zaś był już dość uznanym autorem piosenek w rodzinnej Australii. Obaj nie mogli się jednak obyć bez Phila Wainmana, który tkwił w tym biznesie od wieków i znał go od podszewki, zarówno z pozycji świetnego perkusisty, jak i znakomitego producenta nagrań. To prawda, często przyprowadzali muzyków sesyjnych na nagrania - chcieli, by praca szła szybciej i by zaoszczędzić jak najwięcej czasu w studio. Wreszcie jednak, obserwując nas przy pracy nad stronami B singli, Chapman zdał sobie sprawę, że to było idiotyczne.

HARD ROCK SERVICE: Czytałam, że Wasze setlisty koncertowe w tamtych czasach składały się głównie z B-side'ów i utworów z longplayów...

STEVE PRIEST: To prawda; chcieliśmy po prostu grać czystego rocka. Gdy sukcesy na listach przebojów odnosił Co-Co, my zaczynaliśmy nasze koncerty Done Me Wrong Alright, które było B-side'em singla Co-Co. Publiczność reagowała na ten utwór najpierw osłupieniem, potem zachwytem.

HARD ROCK SERVICE: W pierwszej połowie lat '70 popularność grupy zaczęła rosnąć, a single jeden po drugim osiągały szczyty list przebojów; promowaliście wtedy swoją muzykę wieloma występami w programach w rodzaju Top of The Pops. Jeden z takich występów w Top of The Pops przeszedł do historii zespołu jako wyjątkowo kontrowersyjny - wykonując utwór Block Buster!, pojawiłeś się ubrany w mundur hitlerowski z czasów II wojny światowej, z opaską opatrzoną swastyką na ramieniu. Czy w tym niecodziennym "kostiumie" chodziło o proste skojarzenie z tematyką piosenki, która z kolei stanowiła aluzję do bomb "blockbusterów" (bomb o wagomiarze ok. 1814 kg, które zrzucane były przez RAF w II wojnie światowej)? Dla wielu ludzi ten występ wciąż pozostaje sporą kontrowersją.

STEVE PRIEST: Ten akurat występ w Top of The Pops był jakąś rocznicą, czymś w rodzaju pięćsetnego wydania programu... Wystąpiłem w mundurze SS i hełmie z czasów I wojny światowej, wyglądając zupełnie jak dziwaczna odmiana żołnierza jednostki szturmowej SS (śmiech). W gruncie rzeczy zawsze chciałem szokować publiczność, ale nikogo nie chciałem obrazić tym ani innym występem. Wiele lat później także jeden z brytyjskich książąt popełnił tę samą gafę z nazistowskim mundurem, czyż nie?

HARD ROCK SERVICE: Jeśli mówimy o Block Buster! - riff piosenki jest bardzo podobny do The Jean Genie Davida Bowie i vice versa. Czy to czysty przypadek?

STEVE PRIEST: Najwyraźniej tak. Gdy Block Buster! okupowało przez sześć tygodni szczyt brytyjskiej listy przebojów, The Jean Genie znajdowało się dwie pozycje niżej - na trzecim miejscu. Prawdę mówiąc, oba te utwory to kopia I'm A Man Bo Diddleya.

Steve Priest HARD ROCK SERVICE: Przełomowym momentem dla The Sweet był rok 1974 - zerwaliście wtedy twórczą współpracę z Chinnem i Chapmanem, a - co za tym idzie - ukazujący się właśnie album Sweet Fanny Adams zawierał wreszcie długo oczekiwane piosenki autorstwa członków zespołu. Niedługo potem zerwaliście także z glamowym wizerunkiem, co zbiegło się w czasie z zajęciem się produkcją i udowodnieniem światu muzycznych kompetencji grupy.

STEVE PRIEST: To prawda. Wydając Sweet Fanny Adams wciąż mieliśmy zdecydowanie glamowy image, ale wkrótce nadszedł czas zmian - wraz z wydaniem późniejszych singli i zajęciem się produkcją.

HARD ROCK SERVICE: Również w okresie wydania Sweet Fanny Adams rozpoczęły się kłopoty w obozie Sweet - wraz z obrażeniami poniesionymi przez Briana w bójce ulicznej i pogorszeniem się jego wokalnych możliwości. Musieliście wtedy dokończyć album bez niego, z Tobą za mikrofonem. Również wtedy (czerwiec 1974 r.) przez wypadek Briana nie udało Wam się wystąpić wspólnie z The Who. Czy był to pierwszy moment, gdy zdałeś sobie sprawę z faktu, że przyszłość zespołu może nie być tak różowa, jak wydawało się wcześniej?

STEVE PRIEST: Kłopoty, jeśli tak to nazwać, wiązały się z bójką, o której mówisz - Brian został ranny w gardło przez jakichś gangsterów, z powodów, których nigdy nie poznaliśmy. Chinn i Chapman byli akurat gdzie indziej, więc musieliśmy sami dokończyć album; część utworów zaśpiewał Brian, część - m.in. No You Don't - ja. Wielu fanów sądziło, że wypadek Briana był tylko przykrywką, pretekstem, by nie zagrać z The Who; w gruncie rzeczy jednak, taki występ przysporzył by nam sporo sławy.

HARD ROCK SERVICE: Kolejny album The Sweet, Desolation Boulevard, zawierał piosenkę Turn It Down. Utwór ten był zabroniony w części stacji radiowych, przez - uznane za kontrowersyjne - wyrażenia z tekstu "God-awful sound" i "for God's sakes, turn it down" . Jaka była Twoja reakcja na uznanie piosenki "nieodpowiedniej dla słuchania w gronie rodzinnnym"?

STEVE PRIEST: W gruncie rzeczy to BBC zabroniła emitowania tej piosenki - wszędzie indziej była ona sporym przebojem... Do dziś uważam, że całe to zamieszanie z Turn It Down było totalną bzdurą.

HARD ROCK SERVICE: Na Desolation Boulevard został umieszczony także cover piosenki The Who - My Generation. Jaki był powód nagrywania jej przez Was - forma hołdu złożonego zespołowi, który bardzo na Was wpłynął?

STEVE PRIEST: Tak, i forma podziękowania im.

HARD ROCK SERVICE: Wreszcie, Sweet ostatecznie zerwało współpracę z Chinnem i Chapmanem i zaczęło się skupiać na pisaniu własnego materiału - rezultatem było nowe, cięższe i ostrzejsze brzmienie Waszej muzyki. Jak wspominasz moment tamtego przełomu?

STEVE PRIEST: Turn It Down zostało zablokowane. Jako singiel wyszło The Six Teens, które nie odniosło wielkiego sukcesu w Wielkiej Brytanii. Kolejny singiel - I Wanna Be Committed również został zabroniony przez BBC, choć mówił przecież o tym, o czym mówiło także Crazy Train Ozzy'ego Osbourne'a... Tematyka chwiejności zdrowia psychicznego u Ozzy'ego jakoś nie raziła, więc Crazy Train nie zabroniono. Zaczęło nam się gorzej powodzić, potrzebowaliśmy przeboju, którego nie mieliśmy już od wieków... Wtedy wpadłem na pomysł nagrania na nowo czegoś, co już mieliśmy - wielu oczywiście będzie przypisywać ten pomysł sobie, ale to nieprawda. Uparłem się również, że nagramy tylko jedną piosenkę - wiedziałem, że jeśli damy wytwórni wybór, zaczną się wahać i decyzja nigdy nie zostanie podjęta... Rezultatem tych wszystkich działań było ponowne nagranie Fox On The Run. Sprzedało się w trzech i pół milionach kopii i ta liczba wciąż rośnie.

HARD ROCK SERVICE: W kolejnych latach brzmienie Sweet stawało się coraz cięższe. Albumy takie jak Give Us A Wink! i Off The Record były zdecydowanie najcięższymi w dorobku grupy, wraz z ostrzej brzmiącymi singlami, takimi jak Action (później nagrane także przez Def Leppard). W 1977 roku po raz kolejny zmieniliście styl - po rozstaniu z wytwórnią RCA i zyskaniu nowego kontraktu pod szyldem Polydor, kolejny album Sweet Level Headed stanowił pole dla eksperymentów z łączeniem rocka i muzyki klasycznej. Może się to poniekąd kojarzyć z dorobkiem angielskiej grupy Electric Light Orchestra... Opowiedz o tamtym okresie i kolejnej zmianie stylistyki w muzyce The Sweet.

STEVE PRIEST: Give Us A Wink to mój ulubiony album, choć minęło już tyle lat od jego wydania... Bardzo lubię też Cut Above The Rest. Jeśli chodzi o podobieństwo naszej ówczesnej muzyki do tej tworzonej przez Electric Light Orchestra - wielu ludzi wciąż sądzi, że to oni wykonywali Love Is Like Oxygen, wielu też na tej podstawie zaczyna się zastanawiać, kto komu zwinął pomysł. Sądzę, że to oczywiste - my byliśmy pierwsi. Choć w gruncie rzeczy nie mówię, że nie mogła to być kwestia wspólnych inspiracji - The Hollies, Yardbirds i tak dalej... W gruncie rzeczy wyprzedziliśmy nawet erę punka z Live For Today, które znalazło się na Give Us A Wink, a które było utrzymane właśnie w punkowej stylistyce, choć w tamtym momencie Johnny Rotten wciąż chodził jeszcze do przedszkola... (śmiech) Złagodzenie stylistyki na Level Headed było w dużej części także wpływem wytwórni - sukcesy odnosiły albumy zespołów takich jak Fleetwood Mac, więc nasz tak zwany management pchnął nas w stronę delikatniejszych brzmień.

HARD ROCK SERVICE: Tobie i Andy'emu Scottowi zdarzało się już w przeszłości śpiewać główne partie na płytach Sweet, ale od czasu Level Headed przestało to być wyłącznie okazjonalne. Na tym właśnie albumie Brian Connolly zaśpiewał tylko połowę utworów... California Nights, które zaśpiewałeś Ty, wyszło jako singiel, a niedyspozycja Briana - przede wszystkim jego uzależnienie od alkoholu - zaczęła sprawiać coraz większe kłopoty zespołowi. Jak wspominasz te ciężkie czasy w historii Sweet, poprzedzające odejście Briana z zespołu?

STEVE PRIEST: Brian był chory, i nie chodziło tylko o alkohol. Nigdy tak naprawdę nie doszedł do siebie po tamtych obrażeniach gardła, wszyscy chcieli, by odszedł i stawali się dla niego bardzo nieprzyjemni... Stracił poczucie własnej wartości, swoją pewność siebie. Żałuję, że nie udało mi się wtedy mu pomóc, ale osobiście również znajdowałem się w ciężkim okresie swojego życia - kokaina, alkohol, do tego uwikłanie w nieudane małżeństwo. Gdy powstawało Cut Above The Rest, Brian był wciąż w strasznym stanie. Próbował śpiewać kilka utworów, nagrać coś przez ładnych parę tygodni. Wreszcie postanowił pójść własną drogą... Chcę zaznaczyć jedno - nigdy nie został wyrzucony z zespołu.

HARD ROCK SERVICE: Czy to prawda, że w styczniu 1979 Ronnie James Dio - wówczas jeszcze znany tylko z Rainbow - miał dołączyć do Sweet? Takie plotki podsyca Andy Scott.

STEVE PRIEST: Nie, to nieprawda. Andy chciał go w zespole, ale nic z tego nie wyszło. Osobiście przyjaźnię się z Wendy Dio, która wciąż jest menadżerką Ronniego; zapytałem ją kiedyś, czy Ronniemu została złożona podobna propozycja, a ona zaprzeczyła.

HARD ROCK SERVICE: W 1979 roku, bez Briana w szeregach zespołu - grając jako trio, wydaliście album Waters Edge. Jak oceniasz dziś ten album? Dlaczego odnosisz się z niechęcią do teledysku Sixties Man?

Steve Priest STEVE PRIEST: Waters Edge było świetnym albumem, ale nasz angielski menadżer, nazwiskiem Walker, grywał z nami w różne nieczyste gierki...Choćby przy okazji teledysku do Sixties Man - to ja śpiewałem tę piosenkę, ale - według pomysłu Walkera - kamera nieustannie śledziła tylko Micka. Czułem się z tego powodu dość głupio.

HARD ROCK SERVICE: Identity Crisis był ostatnim albumem, na który materiał stworzyliście w trójkę - Ty, Andy Scott i Mick Tucker. Później nadszedł moment, by zakończyć współpracę pod szyldem The Sweet. Jak wspominasz pracę nad ostatnim albumem tamtego składu The Sweet, co sądzisz o tej płycie?

STEVE PRIEST: Nienawidzę okresu, w którym powstawał album - tyle powiem. Mieszkałem wtedy w Nowym Jorku, ale musiałem opuścić dom i rodzinę, by wyzwolić się z koszmaru - więc podczas gdy Andy i Mick wciąż mieszkali w swoich domach w Anglii, ja tkwiłem w przytułku w Chelsea, który nazywaliśmy Chelsea Barracks.

HARD ROCK SERVICE: Kiedy Sweet formalnie przestało istnieć?

STEVE PRIEST: Było to w 1981 roku.

HARD ROCK SERVICE: W latach '80 i '90 nastąpiło kilka prób zreformowania zespołu w różnych składach, nic konkretnego jednak z tego nie wyszło. Brian miał jednak "swoją" wersję Sweet, Andy również - Ty zaś nie uczestniczyłeś w żadnej z tych prób...

STEVE PRIEST: Zgadza się. W tamtym okresie grałem w zespole The Allies w Nowym Jorku, kapela ta jednak miała spore trudności z wybiciem się na szerokie wody showbiznesu... Bardzo ważne wtedy stało się dla mnie także wychowywanie mojej córki, Danielle, której dorastania nie chciałem przegapić.

HARD ROCK SERVICE: Dziedzictwo Sweet jest niezaprzeczalne - to jeden z najczęściej coverowanych zespołów w historii. Można godzinami wymieniać zespoły i wykonawców, którzy podjęli się nagrania Waszych utworów na nowo - choćby Saxon, Vince Neil, Ace Frehley, Red Hot Chilli Peppers, AC/DC, The Ark, Krokus, Metallica, Def Leppard, Scorpions (w wersjach niemieckojęzycznych)... Co sądzisz o coverowaniu cudzego materiału, o nagrywaniu przeróbek znanych już piosenek? Jak odnosisz się do nowych wersji przebojów Sweet?

STEVE PRIEST: Gdy inni artyści coverują nasze piosenki, poczytuję to sobie za komplement. Jeśli jednak chodzi o coverowanie - zostawił bym to Van Halen z Lee Rothem, którym - jak mi się wydaje - strasznie się to podobało.

HARD ROCK SERVICE: Z dawnego składu The Sweet na placu boju pozostaliście tylko Ty i Andy Scott. Andy prowadzi obecnie swój zespół pod tą samą nazwą, co Ty - tzw. UK Sweet. Co sądzisz o dwóch konkurencyjnych wersjach The Sweet?

STEVE PRIEST: Nigdy nie słyszałem, jak grają, więc trudno mi oceniać, czy są dobrzy, czy nie.

HARD ROCK SERVICE: Co z przyszłością The Sweet? Podobno w najbliższej przyszłości zamierzacie nagrać koncertowe DVD oraz studyjny album. Czy mógłbyś zdradzić jakieś szczegóły dotyczące nowego wydawnictwa?

STEVE PRIEST: Nie zdradzę ani detalu, póki materiał nie zostanie napisany i nagrany. Mogę jedynie obiecać, że nie będzie to coś, czego moglibyście wyłącznie oczekiwać po Sweet... Nowa płyta będzie oparta o wiele różnorodnych gatunków muzycznych.

HARD ROCK SERVICE: Skoncentrujmy się teraz trochę na Twojej osobie. Co zainspirowało Cię do zostania muzykiem, basistą? Czy to prawda, że sam złożyłeś swoją pierwszą gitarę basową?

STEVE PRIEST: Zobaczyłem Jeta Harrisa [The Shadows] w telewizji, jak podczas występu grał na Fenderze Precision; od razu pomyślałem, że to coś dla mnie. Co do gitary - to prawda, pierwszy bas złożyłem z pomocą mojego taty.

HARD ROCK SERVICE: Jakie były Twoje młodzieńcze inspiracje? Wymień kilku wykonawców, którzy wpłynęli znacząco na Twoje muzyczne preferencje i styl gry.

STEVE PRIEST: The Shadows, Tornadoes Santo, Johnnie Johnny Kid and The Pirates. Później byli także Stonesi, Yardbirds, Stevie Marriot, Cream i trochę bluesa - Willie Dixon, Mudddy Waters, Chuck Berry, Jerry Lee Lewis, Bo Diddley i mnóstwo innych - od artystów spod szyldu Motown po Stax.

HARD ROCK SERVICE: W 2006 roku wydałeś płytę zatytułowaną Priest's Precious Poems, zawierającą materiał z rozmaitych projektów muzycznych, w których brałeś udział. Co konkretnie się tam znalazło?

STEVE PRIEST: Głównie rzeczy, które napisałem z Marco Delmarem i Davidem Arkenstonem.

HARD ROCK SERVICE: Czy jest cokolwiek, co chciałbyś dodać na koniec wywiadu? Może słówko lub dwa dla czytelników Hard Rock Service, lub dla fanów Sweet w Polsce?

STEVE PRIEST: Bardzo żałuję, że oryginalny skład nigdy nie mógł przyjechać do Waszego wspaniałego kraju. Teraz jednak, gdy runęły mury i zmieniła się sytuacja polityczna, wiem, że mogę powiedzieć w imieniu całego zespołu - bardzo chcielibyśmy tu przyjechać w ramach trasy koncertowej. Jest tu wiele historycznych miejsc, które chciałbym odwiedzić, i oczywiście - chciałbym zagrać dla Was wiele wspaniałych koncertów.

HARD ROCK SERVICE: Dziękuję raz jeszcze za wywiad, to był dla mnie wielki przywilej i zarazem wspaniała przygoda, jako dla wielkiej fanki Sweet. Miejmy nadzieję, że niedługo zespół zawita do Europy. Dzięki i wszystkiego najlepszego!

STEVE PRIEST: Dziękuję Tobie i wszystkim, którzy przeczytają wywiad. Jeśli w Polsce mówi się o mnie lub o dokonaniach zespołu - to dla mnie prawdziwy zaszczyt.

Oficialna strona Sweet: www.thesweetband.com

Twisted
13.11.2009

(Wszystkie fotografie pochodzą z oficjalnej strony artysty i zostały użyte za jego pozwoleniem)

English version / wersja angielska