|
Skład: Mats Levén - śpiew, chórki, instrumenty klawiszowe; Magnus Axx - gitara prowadząca, rytmiczna i akustyczna, chórki; Morgan Le Fay - gitara prowadząca, rytmiczna i akustyczna, chórki; Johnny D'Fox - gitara basowa, chórki; B.C. Strike - perkusja, chórki
Gościnnie: Ole Evenrude - instrumenty klawiszowe w [1-4], chórki w [1,8]; Tony Niva - chórki w [2-10]; John Ballard - chórki w [7]; Siri Dale - kobiecy głos w [2]
Produkcja: Ole Evenrude
Ostatnimi czasy ponownie zrobiło się o nich głośno. W 2005 roku na rynku pojawiło się wydawnictwo zatytułowane Too Daze Gone przypominające o istnieniu tej ciekawej kapeli i w taki właśnie sposób nastąpił mój pierwszy (przyznam, że trochę spóźniony) kontakt ze Swedish Eroticą. Wydawnictwo, które chciałbym w tej chwili trochę przybliżyć jest wydanym w 1989 roku debiutem kapeli. Trzeba przyznać, że nazwę chłopaki wymyślili sobie ciekawą. Przez jej "popularność" w internetowych wyszukiwarkach trudno znaleźć dotyczące ich informacje. Typowe podejście "na google" nie jest żadnym rozwiązaniem i zakwalifikowałbym je jako misję samobójczą.
Oszczędzę więc może Czytelnikom samodzielnego przebijania się przez strony ze szwedzką pornografią wspomnę parę słów na temat tego, w jaki sposób powstała Swedish Erotica, a ściślej rzecz biorąc to, w jakim kształcie pojawiła się Swedish Beauty, czyli pierwsze, trochę grzeczniejsze wcielenie kapeli. Może się to wydać zadziwiające, ale przez szeregi grupy przewinęło się wiele znanych nazwisk. Wymieńmy chociażby Daga Ingebrektsena znanego z TNT (oczywiście sprzed czasów Harnella), no i znacznie bardziej cenionego na świecie Görana Edmana, którego przedstawiać raczej nie potrzeba. Ostatecznie wokalistą ekipy został Mats Levén, który to z kolei po odejściu z kapeli w 1990 roku, rozpoczął współpracę z Treat, Malmsteenem, a także Talisman. Rotacji w składzie zespół doświadczył naprawdę sporo, można się przy tym bez większego trudu pogubić. Człowiekem, który nie miał zamiaru się poddawać i dzięki któremu zespół przeżył trudne momenty, był gitarzysta Magnus Axx. Wspomnieć należy jeszcze o drugim wioślarzu - Morganie Le Fayu, gdyż na równi z Axxem był on współkompozytorem większości kawałków, które można spotkać na debiucie kapeli. Pierwszy utwór na płycie otwiera ją w bardzo przebojowy sposób. Rock'N'Roll City jest dynamicznym, pełnym energii rockerem, w którym wyraźnie zaznaczają się linie basu. W pamięci pozostają jednak przede wszystkim wystrzałowe refreny. Dodam, że współtwórcą kawałka jest Ole Evenrude, producent krążka i zarazem znany skandynawski gitarzysta. Przy okazji nie omieszkam polecić jego solowej, wydanej w tym samym roku płyty. Trzecia piosenka na debiutanckim krążku Swedish Erotiki jest również jego autorstwa. Jest to utwór spokojniejszy od poprzedniego, powiedziałbym, że trochę podniosły i kojarzyć może się przede wszystkim ze skandynawskim graniem. Love On The Line jest numerem bardzo typowym, takich rockerów było tysiące. Wypada dość dobrze, głównie za sprawą black&blueowego refrenu, ale powiedziałbym, że kompozycja jako całość jest bez rewelacji.Hollywood Dreams to ballada napisana tym razem przez J.Scotta i chociaż trąca momentami o banał, to rewelacyjnie się jej słucha. Ma w sobie jakiś urok country, na szczęście nie ma tu żadnego związku z kowbojami typu Bon Jovi, Hollywood Dreams jest o jeden poziom wyżej i unosi się nad nią trudny do sprecyzowania, ciepły urok czy też czar. Jednym zdaniem jest to dobra ballada. Wraz z Lovehunger atmosfera staje się bardziej hard rockowa. Gitary grają w typowym dla lat '80 stylu, powinno się to podobać fanom Dokken. Refreny sprawiają wrażenie, jakbym kiedyś już je słyszał. Nie jest to jednak zarzut, dobra muzyka broni się sama. Chwilę później Szwedzi serwują ciekawy kawałek Love Me Or Leave Me, w którym to Leven pokazuje, że potrafi się wydzierać. Numer utrzymany jest w spokojniejszym tempie, a zagrane w nim refreny przywołują na myśl skandynawskie imprezowe granie. Z drugiej jednak strony kojarzyć się on może ze wspomnianym wcześniej Black&Blue. Jednym z najlepszych utworów, które możemy usłyszeć na debiucie zespołu, jest melodyjne Downtime. Numer kojarzy mi się nieodparcie z twórczością China z okresu ich pierwszego albumu. Trudno o lepszą pochwałę z mojej strony, debiut China to według mnie ścisła czołówka ówczesnego okresu i bezapelacyjnie pierwsza liga. Downtown spodoba się zatem fanom tego szwajcarskiego zespołu, a także wielbicielom (który to ja już powtarzam?) skandywaskiego grania w stylu TNT czy też na przykład Treat. Wraz z She Drives Me Crazy zespół znacznie zwalnia i jeżeli mam być szczery to takie rockery niezbyt mi się podobają. Całkiem interesującą kompozyzcją jest wyposażone w trochę bardziej ostry, motleyowy riff Loaded Gun. Gra klawiszy może kojarzyć się z Prophet, natomiast refreny to to co miłośnicy hard oraz AORu lubią najbardziej. Uprzedzę również, że kawałek ma zabawny tekst, a za najlepszy dowód mogą posłużyć refreny, o których nie sposób nie wspomnieć: "I'm a loaded gun, in the night, ready to explode". To jest właśnie rock&roll! Rip It Off to zapełniacz, którego równie dobrze mogłoby nie być i po którym mało kto by płakał. Ja na pewno bym po nim nie rozpaczał. Dość przeciętnie wypada bonusowe Break The Walls, ale broni się dzięki temu, że wyróżnia się na płycie trochę innym klimatem. Z czasem nawet polubiłem ten marszowy kawałek. Na niektórych wydaniach natrafić można również na przeróbki 4 umieszczonych wcześniej numerów. Hollywood Dreams i Downtown (w wersji Tony'ego Nivy) wypadają dość podobnie do oryginału. Większe zmiany dosięgnęły Rock 'N Roll City, które chwilami wydaje się być innym utworem. Momentami zahacza ono o zupelnie inne stylistyki, ale wciąż może się to podobać fanom. Loaded Rap to przeróbka Loaded Gun, która tak diametralnie różni się od oryginału, że o łączących je cechach dowiedziałem się parę minut temu studiując książeczkę dołączoną do płyty. Numer, jak sama nazwa wskazuje, ma w sobie rapowe momenty, chwilami brzmi dziwnie. Muzycy mieli ochotę się powygłupiać, wybaczałem już gorsze rzeczy innym ekipom, wybaczę i Szwedom.
Debiut Swedish Erotiki okazał się być tak smakowity, jak wskazywała na to nazwa płyty. Skandynawowie pokazali klasę i stworzyli płytę wypełnioną po brzegi hitami. Krążek ten nie jest najłatwiejszy do zdobycia, ale stanowi bardzo pożądany dodatek do kolekcji każdego fana melodyjnych brzmień lat '80. Kolejna ciekawa pozycja wydana w niesamowitym 1989 roku. Polecam, bo po prostu warto.
Brak oficjalnej strony zespołu
Guciomir lipiec 2008
|