Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

STRYPER - The Covering [2011]
Wydawca: Big3 Records

  1. Set Me Free (Sweet)
  2. Blackout (Scorpions)
  3. Heaven And Hell (Black Sabbath)
  4. Lights Out (UFO)
  5. Carry On Wayward Son (Kansas)
  6. Highway Star (Deep Purple)
  7. Shout It Out Loud (KISS)
  8. Over The Mountain (Ozzy Osbourne)
  9. The Trooper (Iron Maiden)
  10. Breaking The Law (Judas Priest)
  11. On Fire (Van Halen)
  12. Immigrant Song (Led Zeppelin)
  13. God
The Covering

Skład: Michael Sweet śpiew, gitara; Tim Gaines - gitara basowa; Oz Fox - gitara prowadząca, chórki; Robert Sweet - perkusja; Charles Foley - instrumenty klawiszowe; Tracy Ferrie - gitara basowa

Produkcja: Michael Sweet

Stryper to taki amerykański zespół, który niegdyś w swoich początkach zaczynał od grania heavy metalu, szybko jednak zwrócił się w stronę hard rocka, nagrywając szereg albumów, mniej lub bardziej udanych. Istniał do roku 1992, by powrócić na scenę dopiero w roku 2003. Mimo że muzycy musieli się zmierzyć z miażdżącymi recenzjami, jakie otrzymał album In God We Trust, wydany w 1988 roku, panowie nie załamali się i w 1990 doszło do wydania ich bodaj najlepszego wypieku Against The Law, który słusznie został entuzjastycznie przyjęty i stanowi dziś wyznacznik ich działalności. Mówisz "Stryper", myślisz "Against The Law", tak to właśnie działa.

W swojej karierze band ma kilka całkiem udanych płyt, które wstydu im nie przynoszą. Po reaktywacji w 2003 roku dopiero po dwóch latach ukazał się LP treściwie i lakonicznie zatytułowany Reborn. Czy było to faktyczne powstanie z popiołów? No cóż, album nie był wcale taki zły, ale sporo mu jednak brakowało. Życie po życiu może owszem, ale do lat świetności jednak spora odległość. Na następny krążek trzeba było czekać kolejne cztery lata. Dopiero w 2009 światło dzienne ujrzało wydawnictwo Murder By Pride. O, to było coś. Zdecydowanie lepszy i budzący nadzieje na więcej. Zbierał sporo pochlebnych not. Pamiętam, że i mnie się podobał. Po drodze zdążyły ukazać się dwie koncertówki: Extended Versions w roku 2006 oraz Greatest Hits - Live In Puerto Rico rok później. Nie wolno też zapomnieć o DVD Greatest Hits: Live in Puerto Rico majacym swoją premierę w 2005 roku. Zastanawiałem się, jakie będzie kolejne posuniecie tych panów. Kiedy doszły mnie słuchy, ze Stryper nagrywa płytę z coverami, kręciłem głową z dezaprobatą. Tymczasem po wysłuchaniu singla z ich wersją klasyka Black Sabbath Heaven And Hell wstąpiła we mnie nadzieja, że nie bedzie aż tak źle. Moje optymistyczne przewidywania podtrzymał drugi singiel, cover Kansas, Carry On Wayward Son. Premierę krążka stale przekładano, w końcu ustalono, że ukaże się on na początku roku 2011. Płyta zawiera 12 coverów oraz jeden nowy utwór zatytułowany God. Okładka jak zwykle skromna. Zajrzyjmy więc do opakowania i wyciągnijmy srebrny krążek. Po włożeniu do odtwarzacza wita nas pierwsza kompozycja Set Me Free. Utwór grupy Sweet wypadł po prostu słabo. No, mi się nie podoba i nie tego się spodziewałem. Niestety nie lepiej jest z klasykiem Scorpionsów. Blackout wypadło po prostu kompromitująco. Hmmm, położyć TAKI utwór też trzeba umieć. Bez Klausa Meine i Rudolfa Schenkera to nie mogło się udać. Nie, nie i jeszcze raz nie. Niemniej kolejny minus. Heaven And Hell to bodaj najlepiej wykonany kawałek na tej płycie. Jeśli do czegokolwiek mam się przyczepić, to przede wszystkim do brzmienia. I to nie tylko tego jednego kawałka. Tej płycie zwyczajnie brakuje mocy. Gdyby ten cover miał jej więcej, to śmiało mógłby konkurować z najlepszymi wykonaniami utworów Black Sabbath. Podoba mi się tu kilka rzeczy. Po pierwsze, jest to fajnie zaśpiewane. Po drugie wiosłowi przyłożyli się do swojej roboty i świetnie wypada tu cała gitarowa robota. Myślę, że Tomek Iommi byłby zadowolony, gdyż tu udało się zrobić to, czego nie umiał powtórzyć ten patałach Logan z Manowar. Jest ten charakterystyczny feeling i odpowiednie tło. Aż szkoda, że ta solówka nie trwa dłużej, bo buja jak diabli. Trzecia sprawa to fajnie dobrane tło, pasujące klawisze i klimatyczne, iście sabbathowe dodatki. Za ten cover mocne 4 z plusem. Cover UFO, słynne Lights Out nie wypada aż tak źle, ale jednak bez Michałka Schenkera nie jest to, jako całość zbyt przekonujące. Przynajmniej dla mnie. Obiekt udający UFO zdołał wylądować, choć rzecz jasna to nie to samo. No i teraz słynne Carry On Wayward Son grupy Kansas. To jest drugi kawałek, jaki od początku podoba mi się na tej płycie. I chyba tylko tu pasuje to brzmienie. Po prostu ciepłe, fajne wykonanie. Bardzo mi się podoba. Tu czepiać się nie będę. Podoba mi się tu jeszcze coś. Wokal! Te udawanie Bobby'ego Kimballa, wokalisty supergrupy Toto wypadło kapitalnie i przede wszystkim naturalnie. Zaskakująco dobrze Stryper poradził sobie z super wymagającym Highway Star Deep Purple. Rzecz jasna to znów nie to samo, ale czepiać się zbytnio nie ma sensu. Sprawnie odegrany cover i już. Mi się podoba. Choćby za to, że nie ma tu napinki, tak jak w położonym Blackout. Zdążyłem się już pocieszyć i uspokoić. Cover tapeciarzy i misiów panda z KISS, słynne Shout It Out Loud, choć to znów nie to samo, to jednak wstydu im nie przyniósł. Sprawnie odegrane i całkiem blisko oryginału, choć znów daje o sobie znać ten brak mocy. Tu trzeba czegoś więcej. Gdy już myślałem, że do końca krążka covery nie będą już takie złe, to Stryper musiał znów spieprzyć kolejny z nich. Tym razem nie poradzono sobie z Over The Mountain dziadka Ozzy'ego. Tu brakuje wszystkiego. Sposobu gry Randy Rhoadsa nie da się podrobić, położono riff główny, a poradzono sobie z solówką. Jak to możliwe - nie wiem. Ja nie umiem tego zrozumieć. Po drugie znów brak mocy, tym razem bardzo wyraźny. Po trzecie - nie ten klimat, po czwarte - ja jestem przyzwyczajony do oryginału. Hmmm, może dlatego narzekam? Nieważne. Po tej wpadce fajnie wypada klasyk Dziewicy The Trooper. Troszeczkę zmieniony tu i ówdzie, ale to nie przeszkadza w odbiorze całości. Dziwne jest jednak to, że poradzono sobie z utworem Iron Maiden, a z poprzednim - moim zdaniem dużo prostszym - już nie. Tu nie brakuje mi niczego. Nawet wujka Bruce'a nie. Na wykonanie Breaking The Law będę trochę kręcić nosem. Niby niczego nie brakuje, ale jednak czegoś tak... Szkoda, że nie "pociągnięto" i nie dano większej agresji okrzykowi "You don't know what it's like". No, tego tu brakuje jak cholera. Wzorowym przykładem jak to się robi niech bedzie wykonanie Doro Pesch i Udo Dirkschneidera. Taki zespół jak Stryper w żadnym razie nie powinien porywać się na wykonywanie utworów Van Halen. To nigdy nie będzie takie jak w oryginale. I naprawdę to im się nie mogło udać. I choć w On Fire panowie starają się jak mogą, wychodzą z siebie i grają na 110% swoich możliwości, to jednak cover jest taki sobie. Nie mogło im się udać to, co nie udało się nawet Satrianiemu. I tu wzorem jak to się robi niech będzie Zosia-Samosia, apodyktyczny i wymagający szef Annihilator, Jeff Waters i wykonanie Romeo Delight. Ostatni cover, słynne Immigrant Song Led Zeppelin jest tylko, a może aż poprawnie wykonane. No, chyba można to było zrobić lepiej. Zamykający krążek nowy utwór God to wszystko, czym jest Stryper. Standardowe i tu chyba niezbyt wysokich lotów hard rockowe młócenie. Fajne gitarki i nic więcej.

Podsumowując... Jestem trochę rozczarowany, szczególnie tymi kompromitujacymi wpadkami i porywaniem się z motyką na słońce. Robienie czegoś, czego się nie umie zrobić, nagrywanie klasycznych kawałków dla samego ich nagrywania moim zdaniem mija się z celem. Z kilkoma kompozycjami zespół poradził sobie całkiem dobrze. Zastanawiam się, dlaczego nie zaproszono gości, muzyków tychże zespołów. O, to byłoby coś. Wtedy i te położone kompozycje nabrałyby koloru. A tak jest nijako. Gdyby nie te wpadki, byłby to przyjemny zbiór coverów. Średnia płyta niemłodych już panów z Ameryki. Zainteresowanym polecam...

Oficjalna strona zespołu: www.stryper.com

Vincent
styczeń 2011

W 2009 r. Stryper przypomniał się udanym albumem Murder By Pride. Potem na chwilę o zespole ucichło, by wreszcie lider wyjawił, że grupa w oryginalnym składzie pracuje nad płytą z coverami. Pierwotnie krążek miał ukazać się już w październiku 2010 r., jednak pod naciskami wytwórni datę premiery przesunięto na połowę lutego 2011 r.

No właśnie, płyta z coverami, ale od razu trzeba nadmienić, że dobór repertuaru do przeróbek nie jest czysto przypadkowy. Muzycy wybrali te piosenki, które miały kiedyś wpływ na kształtowanie się muzycznej tożsamości zespołu. Od siebie dodam jeszcze, że zestaw nagrań zaprezentowany przez Strypera bardzo mi odpowiada. Cieszy też fakt, że w nagraniach uczestniczyli wszyscy muzycy zaangażowani w wydany w 1990 r. album Against The Law - mamy więc wszystkich członków kapeli w komplecie, plus zaprzyjaźnionego klawiszowca Charlesa Foleya. Dajmy jednak płycie przemówić samej za siebie... Na pierwszy kontakt zostaje wystawiony Set Me Free, dobrze znany i często przerabiany przebój zaczerpnięty z twórczości The Sweet. Słyszałem już kilka wersji tego utworu i większość z nich mi się podobała. Wykonanie Strypera różni się tu i ówdzie od oryginału, trochę chłopaki dodali od siebie, trochę pozmieniali, ale główne linie melodyczne zostały zachowane. Dobrze sprawdza się Michael w roli wokalisty, choć oczywiście jego barwa głosu jest dość odległa od Connolly'ego. Jedyne co mi tutaj nie pasuje, to samo brzmienie kawałka - może za bardzo przyzwyczaiłem się do wersji pierwotnej i stąd to nieco dziwne uczucie podczas jego słuchania. Zagranie Blackout to zawsze jest wyzwanie. Głos i akcent Klasusa Meinego jest tak charaterystyczny, że chyba tylko niemieckie kapele mogą próbować coverować ten numer Scorpions (myślę, że Bonfire dobrze by w tej roli wypadli). Michaelowi dobrze idzie, ale do tego, by spocząć na laurach, jest jeszcze daleko. Zwrotki ujdą, ale refren niestety leży. Solówka bardzo daleka od oryginału, a szkoda, bo akurat pierwowzór miał świetne solo. Trudnym zadaniem może być przerabianie Heaven And Hell, nie dlatego, że są tam jakieś ultratechniczne zagrywki do powtórzenia, ale dlatego, że Black Sabbath to zespół bardzo klimatyczny i nastrój tworzony przez Iommiego i spółkę jest po prostu unikatowy. No i Dio na wokalu wydaje się być niezastąpiony. Tak czy inaczej, dając duży kredyt zaufania Stryperowi podszedłem do tej ścieżki, wybranej zresztą na pierwszego singla promującego wydawnictwo. Jest nieźle, aczkolwiek ta nowoczesność brzmienia nieco przeszkadza, chyba byłoby lepiej, gdyby całość pachniała "piwniczną stęchlizną". W 1977 r. UFO popełniło nieśmiertelny utwór Lights Out, który kilka załóg postanowiło "wziąć na szlifierkę". Cover ten najlepiej wyszedł chyba amerykańskiemu zespołowi Fifth Angel, ale tam jego siła polegała m. in. na tym, że wszystkie aranżacje brzmiały tak, by pasowały do reszty krążka z autorskim materiałem grupy. Przyszła kolej na Strypera i bomba! Jeszcze jeden udany cover do kolekcji. Ich wersja zdaje się podążać tą samą drogą, którą kroczył Piąty Anioł, w każdym bądź razie brzmi dość zadziornie i tutaj po raz pierwszy studyjne brzmienie dobrze pasuje do piosenki. Kapitalna solówka, tak na marginesie. Przyszedł czas na mojego absolutnego faworyta z tego krążka - singlowego Carry On Wayward Son, w oryginale zagranego przez Kansas. Wykonanie Strypera nadzwyczaj przyzwoite, wprawdzie nie trzyma się pierwozworu nuta w nutę, ale za to posiada mniej więcej tę samą magię co on. Zaprawdę powiadam Wam, przy tym nagraniu warto się zatrzymać na dłużej i zakręcić płytą w odtwarzaczu co najmniej kilka razy z rzędu. To jeden z tych nieśmiertelnych kawałków, których covery chętnie usłyszę przez kolejne sto lat. Ponad dekadę temu doskonałą przeróbkę zrobił i Yngwie Malmsteen, lecz klimatycznie odbiegałaby ona nieco od wersji zółto-czarnych. Co do Highway Star interesowały mnie głównie 2 rzeczy - jak sobie wokalista poradzi z wykrzykiwaniem tytułu w refrenie i co zespół zrobi ze słynnym klawiszowym solo Jona Lorda. Z pierwszej pułapki grupa sprytnie się wywinęła, drugą zastąpiono nieco inna partią, cóż... Gdyby zapomnieć, że to miał być cover Purpli, dostajemy całkiem udaną piosenkę. Shout It Out Loud już w KISS-owskim oryginale jakoś mnie nie powalił na kolana, nie spodziewałem się więc niczego nadzwyczajnego i ze strony Strypera. Słusznie. Numer jako jedyny nie leży mi w tym zestawie, ale to w sumie nie wina zółto-czarnych. Odnośnie Over The Mountain, kultowego kawałka z repertuaru solowego Ozzy'ego Osbourne'a, mam bardzo mieszane odczucia. Przede wszystkim, nie wiedzieć czemu, ekipa braci Sweet postanowiła "uskocznić" riff napędowy i jak słyszymy, nie było to dobrym posunięciem. Tutaj chłopaki dali ciała. Wokalnie też ciężko konkurować z Ozzem, ale jakoś Michael dał radę. Solówka niczego sobie. Zadziwiająco dobrze poradzili sobie muzycy ze szlagierem Iron Maiden, The Trooper. Wokalista nawet nie próbuje wprawdzie udawać, że jest Brucem Dickinsonem, ale jego głos też dobrze do tej kompozycji pasuje. Doskonale zaaranżowane są za to wszystkie partie gitar i sekcji rytmicznej. Jak na dzień dzisiejszy jest to jedna z moich ulubionych pozycji z repertuaru obu zespołów. Podoba mi się, co grupa zrobiła z Breaking The Law, jednym z klasyków Juads Priest. Cudów nie ma, Michael nie zapieje jak Halford, więc do niego pretensji mieć nie będę, jest tu jednak jeden mankament, który nie daje mi spokoju. Chórek w refrenie. Leży i kwiczy. Aż się prosiło, by bardziej się do niego przyłożyć. Całkiem nieźle wyszedł Stryperowi numer On Fire. Idę o zakład, że wioślarz musiał się nieźle nagimnastykować z partiami Eddiego Van Halena, chociaż skądinąd do cienkich gitarzystów Oz Fox przecież nie należy. Dużo zagrywek jakby żywcem grał tu Eddie, stąd i mój podziw dla Oza. Początek Immigrant Song Zeppelinów ekipa braci Sweet zawaliła, bo dźwięk brzmi tak, jakby dobiegał gdzieś z rur w łazience, dalej jednak jest nadzwyczaj przyzwoicie. Żaden cover nie dorównał jeszcze oryginałowi Led Zeppelin, ale ze wszystkich, które słyszałem, ten jest chyba najlepszy. Ja to kupuję. Album zamyka autorska, zupełnie nowa kompozycja zespołu i tytule God. Stylistycznie pasowałaby na poprzednią płytę i cieszy mnie, że panowie kontynuują tamte wątki, bo ten kierunek uważam za słuszny. Jeśli cały kolejny studyjny krążek będzie taki, to będę nad nim piał z zachwytu.

Kilka zgrzytów tu i ówdzie, jednak w ogólnym rozrachunku płyta się wybroni. Co najmniej połowa materiału złożonego z coverów jest bardzo dobra, do tego dochodzi kapitalna kompozycja z końca krążka. Reszta może być, na małe wpadki można przymknąć oko. Dla fanów zespołu pozycja obowiązkowa, a miłośnikom hard rocka również ten album gorąco polecam.

Guitarrizer
styczeń 2011