Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

STRIKE TWICE - Strike Twice [2009]
Wydawca: Eönian Records / Nightmare Distribution

  1. Tuff Luck
  2. Intoxication
  3. Never Let Go
  4. Get It
  5. Dirty Lover
  6. One Night With You
  7. Undress Me
  8. Wake Up Cryin'
  9. Tango
  10. D.F.W.M
  11. Back Door
Strike Twice

Skład: Michael Hayes - śpiew, chórki; Randi Price - perkusja i instrumenty perkusyjne, chórki; Rob Luv - gitary; Chaz Domino - gitara basowa, chórki; Trixx - gitary

Produkcja: Steve Amend, Strike Twice i Danny Whaller

Niektórzy po prostu mają pecha. Strike Twice z pewnością nie brakowało talentu i ambicji. W czasach popularności hair metalu zespół odrzucił kilka ofert od mniejszych wytwórni, czekając na podpisanie kontraktu z większym graczem. Szereg nieszczęśliwych przypadków pokrzyżował jednak plany formacji. Tak się jakoś złożyło, że występy zespołu mijały się z wysłanymi przez majorsów łowcami głów. A później nadeszła grungowa apokalipsa i upadek muzyki jako takiej.

Zdaję sobie sprawę, że historia Strike Twice nie jest niezwykła i podejrzewam, że zespołów, które znalazły się w podobnych tarapatach, było znacznie więcej. Amerykanów coś jednak wyróżnia na tle masy "pechowych" formacji. Takich czynników mógłbym wymienić właściwie kilka. Po pierwsze, na wydanym po przeszło 20 latach debiucie znajduje się kilka hitów, dzięki którym kapela mogłaby zawojować rynek, gdyby tylko zespół został odnaleziony kiedyś przez odpowiednie wytwórnie. Po drugie, chłopaki wiedzieli co to znaczy tworzyć oryginalne show. Cieżko mi stwierdzić, czy są to jedynie czcze przechwałki, ale jeśli im wierzyć, kapela posiadała rzesze lojalnych fanów, z hordami groupies włącznie. Faktem jest z pewnością to, że Strike Twice wygrali trójstanową rywalizację o miano najlepszej kapeli. Jako ciekawostkę dodam, że nieodłącznym elementem koncertów Strike Twice były panienki (co akurat oryginalne nie jest) oraz telewizory, w których były wyświetlane sceny z filmów przyrodniczo-przygodowych ;). Ciekawe jak kapela dogadałaby się ze Swedish Erotica ;). Wracając do fanów kapeli, zgaduję, że groupies szalały, kiedy Strike Twice grali jeden ze swoich przebojów Undress Me odziani jedynie w swoje instrumenty (oby to były jedynie plotki!). Kontynuując temat ciekawostek, grupa przestała eksperymentować z pirotechniką dopiero po tym, jak jednemu z muzyków zapaliła się fryzura. Ehh, musiało się dziać! Przejdźmy może do zawartości recenzowanego krążka. Pomijając jedną wadę, o której wspomnę później, byłoby to wydawnictwo wyśmienite, z wysokiej półki. Zespół gra inspirując się Mötley Crüe z ich bardziej komercyjnego okresu i biorąc pod uwagę to, że utwory zostały nagrane w latach 1989-1991 myślę, że jest to bardzo trafne porównanie. Do listy inspiracji dodałbym również Poison, która to inspiracja nie wyraża się może w brzmieniu, ale w melodyjności i klimacie niektórych utworów oraz Tuff, z którym kojarzy mi się pierwszy z kawałków na płycie Tuff Luck. Nie wiem, czy czasem nie sugeruję się tu podświadomie nazwą, ale słyszę Tuff. Numer dwa jest wolniejszy, sunie ciężko, czuć od niego mnóstwo barowej atmosfery i chwilami można odnieść wrażenie, że kawałek przenosi nas do zadymionego pubu. Z drugiej strony w zwrotkach znajduję całkiem dużo melodii, trochę leppardowych. Never Let Go zaczyna się identycznie jak niektóre nagrania Roxy Blue, ale w dalszej części jest bardziej wesoło, bardziej imprezowo i zespół kieruje się w stronę poisonowych melodii. Co by nie mówić, bawić przy takiej muzyce można się wyśmienicie. Get It jest bardzo żywiołowe i zarazem radosne. Napędzane jest przede wszystkim siłą gitary, nadającej odpowiedniego tempa i klimatu. Chórki same się śpiewają i o to właśnie chodzi w tej muzyce. Bardzo fajnie wypada Dirty Lover idealnie wpisując się w rolę typowego, wybuchowego, hair metalowego rockera. Wbrew pozorom typowość nie jest zła, jeśli tylko zostanie wykonana w tak dobry sposób. Mamy tu do czynienia z jazdą bez trzymanki. One Night With You jest długo oczekiwaną balladą i od razu uprzedzę, że spełnia pokładane w niej oczekiwania. Plusem kapeli jest z pewnością to, że stworzyli wpadające w ucho bujańce i szkoda, że nie mieli okazji pozabijać się trochę w listach przebojów. Opisywany kawałek miałby okazję wskoczyć na jakieś słabsze chartowe pozycje. Przeszkodą mogłoby być jedynie granie bardzo oklepanego tematu, ale niektórym zespołom coś takiego się przecież udawało. Undress Me to wspominany wcześniej kawałek-rozbieracz, który z pewnością świetnie wypadał na koncertach i który umożliwiał grupie szokowanie publiczności. Pod względem studyjnym nie jest jednak dla mnie faworytem. Przechodzimy bowiem do końcówki płyty, która zawiera moim zdaniem najlepszy materiał. Przede wszystkim ballada. One Night With You było trochę banalne, oklepane i w przypadku Wake Up Crying te przymiotniki nadal są aktualne. Numer ma w sobie jednak siłę gotową burzyć mury. Takiej mocy w balladzie nie powstydziliby się ani Gunsi, ani Slaughter. Tango jest z kolei rockerem, przy którym bledną wszystkie wcześniejsze rockery formacji. Na wszelki wypadek przypomnę, że bardzo mi się podobały, Tango jest jednak utworem najwyższego sortu. Energii jest tutaj co nie miara, przede wszystkim motleyowej. Ah ta agresja! D.F.W.M, czyli wulgarne "Don't Fuck With Me" może z nim śmiało konkurować i odnoszę wrażenie, że zespół realizował się najlepiej grając właśnie trochę ostrzej, jak w dwóch ostatnich numerach. Do grzeczniejszych hair metalowych brzmień wracamy wraz z ostatnim utworem, który ponownie mógłby stać się przedstawicielem epoki.

Zgaduję, że czytelnik przeczytawszy niniejszą recenzję będzie odpowiednio zachęcony do kupna wydawnictwa. Płyta ma jednak jeden, jedyny feler, o którym do tej pory starałem się nie wspominać. Mowa o produkcji, która sprawia wrażenie, jakby album nagrano korzystając z taśmy magnetofonowej. Inżynier odpowiedzialny za jakość dźwieku z pewnością czynił co mógł, nie udało mu się jednak osiągnać idealnego efektu i żeby w pełni cieszyć się muzyką, trzeba się przyzwyczaić do paru trzasków. Po kilku przesłuchaniach jest to możliwe.

Oficjalna strona zespołu: www.striketwicerocks.com
Oficjalny profil na MySpace: www.myspace.com/striketwicerocks

Guciomir
kwiecień 2010