|
Skład: Timo Kotipelto - śpiew; Matias Kupiainen - gitara elektryczna; Jens Johansson - instrumenty klawiszowe; Jörg Michael - perkusja; Lauri Porra - gitara basowa
Produkcja: Matias Kupiainen
Osobiście nigdy nie szalałem specjalnie za tym fińskim zespołem. Oczywiście znałem ich największe "przeboje", jeśli można to tak nazwać, jednak nigdy wielkim fanem tych panów nigdy nie byłem. Zawsze traktowałem Stratovarius jako jeszcze jeden power metalowy zespół, nie wyróżniający się niczym specjalnym wśród innych, grających podobną muzykę. Jeśli chodzi o ulubiony krążek, to już chyba zawsze będzie nim Dreamspace, trzeci w dorobku tych panów długograj, który miał swoją premierę w roku 1994. Na tej płycie podobało mi się absolutnie wszystko. I chyba nie tylko mi, bo wielu recenzentów zwraca uwagę na to, że Stratovarius był bardzo obiecującym zespołem w latach 1994-1998.
Coś w tym jest, bo recenzje płyt wydanych w tych latach oscylują w granicach 8/10. Potem coś zaczęło się psuć. Wielu zwracało uwagę, że te od albumu Infinite, który ukazał się w roku 2000, ten zespół zaczął "grać dla samego grania" stając się faktycznie tym "jednym z wielu". Niewiele lepiej było potem. Oczywiście były próby wyjścia z kryzysu, obszerne wywiady, efektowne teledyski (np. do utworu Eagleheart). Poniosło to wszystko ogólne postrzeganie tej formacji nieco w górę, tylko co z tego, skoro długoletni wioślarz, pan Timo Tolkki ujawnił swoje humorzaste oblicze i rozpoczął kombinowanie na boku ze swoim drugim zespołem, dziwacznie nazwanym Revolution Renaissance, z którym nagrał trzy długograje, nie odnosząc jednak spektakularnych sukcesów. W końcu zrezygnowany, po ukazaniu się ostatniego z nich, zatytułowanego Trinity, zdecydował się zakończyć działalność tej grupy, wydając specjalne, pełne emocji oświadczenie na ten temat. Swoją macierzystą formację opuścił on w roku 2008, trzy lata po ukazaniu się zniszczonego przez krytykę krążka Stratovarius (2005). Pozostali muzycy chyba odetchnęli z ulgą, szybko znajdując jego następcę w osobie niejakiego Matiasa Kupiainena, znanego z udzielania się w innych klimatach muzycznych gitarzystę. Z grupami Fist In Fetus i The Sinkage nie osiągnął on wiele, więc zapewne chętnie przystał na propozycję dołączenia do, było nie było, utytułowanej załogi. Pierwszy LP z jego udziałem ujrzał światło dzienne w roku 2009 i został zatytułowany Polaris. Był to także pierwszy album z udziałem nowego basisty, pana Lauri Porra, który zastąpił na tym stanowisku długoletniego bassmana Jari Kainulainena. Jak przystało na tego typu sytuacje, albumowi towarzyszyła ogromna machina promocyjna. Nie zabrakło oczywiście gości specjalnych, między innymi udziału wokalisty Sonata Arctica oraz limitowanych wydań tego krążka. Reakcją krytyki i fanów było w większości ogólne westchnienie ulgi, co miało swoje przełożenie na recenzje. Były różne, jednym się podobało, innym nie, ale przeważały opinie bardzo pozytywne. Wielu zapewne zastanawiało się także, czy i jaki będzie ciąg dalszy. No i jest. 14 stycznia 2011 miał premierę kolejny LP Stratovarius ładnie zatytułowany Elysium. Przyznam, że z ciekawością po niego sięgnąłem. Z nieco szyderczymi myślami włożyłem srebrny krążek do odtwarzacza, ale zamiast rozczarowania było bardzo przyjemne zdziwienie. Kurde, ten zespół bez tego płaczka Timo brzmi naprawdę świetnie! Stwierdzam, że ci panowie usiedli, pomyśleli i zrealizowali naprawdę dobry album. Po wysłuchaniu całości pomyślałem sobie, że to cholernie spokojny krążek. I nie chodzi o to, ze zawiera same smęty. Nie! Mam tu na myśli raczej to, że nie wyczuwa się tu nerwowości jak na ostatnich krążkach z Tolkkim. To jest bardzo poukładana rzecz, wszystko tu ma swoje miejsce, nie ma niczego zbędnego. Nikt i nic nie wybija się przed szereg. W wersji podstawowej płyta zawiera 9 utworów, na japońskim wydaniu umieszczono jeszcze jeden, zatytułowany Castaway. Płyta trwa niecałą godzinę, ale nie sposób się nudzić słuchając jej. Oko przyciąga estetyczna okładka. Tak więc z ciekawością włożyłem wydawnictwo do odtwarzacza i wcisnąłem przycisk "Play". Przywitał mnie sabbathowy dzwon i dobra melodia otwierająca utwór Darkest Hours. Może i to jest już oklepane, ale refren to już jest coś. Mega przebojowy i na pewno sprawdzi się na koncertach. Mam tu troszeczkę skojarzeń z utworami Sonata Arctica, ale niech tam. Mi się ten kawałek po prostu podoba i tyle. I ta gitara! No proszę Państwa, Timo tak grać nie umie i już. Słychać, że zespół w nowym składzie okrzepł i po prostu robi swoje. Nawet mi, szyderczo nastawionemu do tego krążka, band kłania się nisko i mówi: "Cześć! Posłuchaj sobie naszej nowej płyty!". Dobre wrażenie nie mija w Under Flaming Skies. Oczywiście to jest kolejny standardowy, power metalowy kawałek, ale znów musi podobać się refren. Znów słowa uznania dla wiosłowego. Te shreddowanie bardzo tu pasuje. Pan Matias Kupiainen bez trudu, z wielkim luzem i spokojem zapędza starego gitarzystę do kąta. Tak się gra! Podoba mi się także jego współpraca z klawiszowcem. Fajnie się słucha, kiedy obaj grają razem. Fajnie też wzajemnie się uzupełniają. Spokojnie rozwija się Infernal Maze. Posłuchajcie sobie tego patosu. Czegoś takiego chyba jeszcze na albumach Stratovarius nie było, albo ja nie pamiętam. Troszeczkę album ten trąci progresywnym graniem, ale to nie dziwi biorąc pod uwagę zapędy pana Matiasa, który lubi sobie na tym LP tak pograć i toczyć pojedynki z klawiszowcem. Może to zabrzmi jak bluźnierstwo albo największa głupota, ale chciałbym, żeby następny album Stratovarius właśnie taki był. Na dobrym power metalowym krążku nie może zabraknąć utworów nieco wolniejszych. No i dostajemy Fairness Justified. Znów patos i znów deja vu, że to już gdzieś było. I co z tego? Fajne? Podoba się? O to chyba chodzi, prawda? Proszę posłuchać tej solówki. Takie sola słyszałem dotąd wyłącznie w wykonaniu pana Henrika Danhage (ex- Evergrey). The Game Never Ends to znów jest utwór, który, jak mniemam, świetnie sprawdzi się na koncertach. Znów co nieco z Sonaty, ale podane z manierą iście stratovariusową. Znów świetne klawiszowo-gitarowe pojedynki. Przyznam, że na power metalowych wydawnictwach zawsze szukam utworów nieco wolniejszych, ale z większym "dołem" i mocniejszych. Takich jak Lifetime In A Moment. Świetna gitara i mocarny bas w zwrotkach. Jestem uczulony na grę sekcji i zwracam baczną uwagę na to, jak ona gra. W tym utworze bas po prostu demoluje. Jest to na pewno jedna z najlepszych kompozycji Stratovarius na tym krązku i jedna z najlepszych w ogóle. Do tego to klimatyczne tło i kapitalna gitara. Posłuchajcie, jak śpiewa tu Timo Kotipelto, który z całą pewnością wspiął się w tym utworze na swoje wokalne wyżyny. Świetnym zabiegiem jest umieszczenie ballady Move The Mountain, która w jakiś sposób tworzy spójną całość z utworem poprzednim. Posłuchajcie tego, w jaki sposób Timo śpiewa frazę "Don't know why you had to go..." Za to właśnie lubię tego wokalistę. Po raz kolejny docenić muszę także Matiasa Kupiainena. Doskonale usunął się tu nieco w cień, dając pograć Jensowi Johanssonowi, swoje partie ograniczając do niezbędnego minimum. Żeby nie było zbyt smutno, zespół serwuje znów trącający progresywnymi zapędami utwór Event Horizon. Po raz kolejny nie mam się do czego przyczepić. Może i to jest wtórne i było to już setki razy, ale co tam. Mi się podoba. W szczególności te pościgi i pojedynki klawiszowca z gitarzysta. Posłuchajcie, jak dobrze oni się tu bawią i żaden z nich nie chce ustąpić. Tak na marginesie: czy ktoś zatęsknił za Tolkkim? Ja na pewno nie. Na koniec band serwuje utwór tytułowy, 18-minutowego kolosa Elysium. To jest to, co ta płyta prezentuje jako całość. Jest tu wszystko, o czym pisałem wcześniej. Świetne gitary, klawiszowe tła, doskonale grająca sekcja i bez wysiłku śpiewający wokalista. Do tego wspaniały refren. Aż się tu prosi o więcej. Przydałby się jakiś niezły chór w tym utworze. Jak chciałem, tak dostałem, bo krótka partia chóru pojawia się pod koniec kompozycji. Jakieś melorecytacje. Tego tu brakuje. Wiecie, ta płyta przypomina mi tu i ówdzie kapitalne Silence Sonata Arctica. No, w wielu miejscach wypisz-wymaluj identyko jak na wspomnianym LP. Te zmiany tempa, pojedynki instrumentalistów, świetne klawiszowe plamy, umiejętnie budowany nastrój. No, nijak tu się do niczego przyczepić. Nie spodziewałem się tak dobrej płyty po Stratovarius. Elysium to bodaj pierwsza płyta, jakiej miałem niewątpliwą przyjemność wysłuchać w tym roku. I cieszę się, że nie może być mowy o zawodzie. Świetny gitarzysta, który w całości wypełnił lukę po humorzastym Tolkkim, dodający sporo od siebie. Cieszą mnie te neoklasyczne zapędy w jego grze i ciągoty w stronę progresywnego grania. Fajnie, że pociągnął za sobą klawiszowca, który już nie jest po to, by robić tło. Staje się równorzędnym muzykiem. Doskonale uwypuklono grę sekcji. Wokalista śpiewa niżej, pewniej i mocniej. Nie ma denerwującego piania i wspinania się po niebotycznych, wokalnych skalach. Jedynym zarzutem niech będzie to, że moim zdaniem jest tu ciut za mało głębi i mocy. Ale może to ja się nie znam i narzekam. Tak czy owak, jest to świetny album.
Po latach posuchy mamy wreszcie czego posłuchać. Czytając recenzje tego krążka często napotykałem na stwierdzenie, że jest to najlepszy album od czasów Destiny. Tak, bez żadnych wątpliwości tak właśnie jest. Może jest to nawet najlepszy album tej odmłodzonej, fińskiej ekipy? Tu można się spierać, ale nie zmienia to faktu, że jest to cholernie dobre wydawnictwo. Wykorzystano starą formułę, dodano sporo nowego, pozbyto się tego wszystkiego, co ciągnął za sobą stary wioślarz. Efekt jest bardzo dobry. Elysium na pewno spodoba się wielu fanom. Tak wiec posłuchajcie tego krążka i dajcie się mu porwać! Serdecznie polecam. Ocena maksymalna.
Oficjalna strona zespołu: www.stratovarius.com
Vincent styczeń 2011
|