Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

STRANA OFFICINA - Rising To The Call [2010]
Wydawca: My Graveyard Productions / Jolly Roger Records

  1. In Rock We Trust
  2. Boogeyman
  3. Pyramid
  4. Nightflyer
  5. Beat the Hammer
  6. Gone Tomorrow
  7. Life: When Is Gone
  8. Media Messiah
  9. Amore e Fuoco
  10. Non Sei Normale
Rising To The Call

Skład: Daniele "Bud" Ancillotti - śpiew; Dario "Kappa" Cappanera - gitary; Enzo Mascolo - gitara basowa; Rolando "Rola" Cappanera - perkusja

Produkcja: Strana Officina

Kojarzy ktoś z Was dziwacznie nazwany zespół Strana Officina? Chyba nikt i nie należy się dziwić takiej sytuacji. Do tego panowie pochodzą z Włoch. Nie wiem, co mnie podkusiło do sięgnięcia po tę płytę. Szukałem recenzji, jakichś porównań, odniesień i nic. Nie ma żadnych wieści, co i kto zacz. Z powodu mojej awersji do muzyki metalowej pochodzącej z kontynentalnego buta, miałem nie sięgać po ten LP. Coś mnie jednak podkusiło. Przeczucie? Szósty zmysł? Nie wiem, w każdym razie nie żałuję, bo na Rising To The Call naprawdę jest czego słuchać.

Szkoda, że płyta, która mogła narobić sporo zamieszania w moim i zapewne nie tylko moim rankingu płyt AD 2010, trafia do mnie rok po jej premierze. Jak już wspomniałem, zespół Strana Officina pochodzi z Włoch i wcale nie jest żadnym debiutantem, bo działa już od roku 1970. Różnie układały się losy tej formacji, pierwszy album muzycy wydali bowiem dopiero w 1989 roku. Dziwi to trochę, bo jak się okazuje, ten zespół ma ogromny potencjał twórczy. Działalność grupy przerwała śmierć braci Rolanda "Rola" Cappanera i Dario "Kappa" Cappanera w 1993 roku. Jednak rolę głównych sprawców zamieszania przejęli synowie obu panów i historia tej ekipy potoczyła się dalej. Nie zwojowali jednak wiele i po dwóch wspominkowych płytach typu "best of" formacja poszła w rozsypkę. Niespodziewanie reaktywowała się w roku 2006. Dopiero w 2010 roku, 21 marca, po podpisaniu papierów z lubianą i szanowaną wytwórnią My Graveyard Productions światło dzienne ujrzał jej drugi po wielu latach album, przedstawiany przeze mnie dziś Rising To The Call. Okładka, która jakoś tak kojarzy mi się z pewną kopertą Black Sabbath, nie przyciąga na dłużej oka, ale to nic. Najlepsze jest po odpaleniu równie czarnego jak okładka krążka. Tytuł In Rock We Trust brzmi może dość buńczucznie, ale to jest całkiem fajny, taki nieco motorheadowy otwieracz. Przypomina tu i ówdzie utwory słynnej już ekipy Shagratha, czyli Chrome Division. Przyznam, że byłem przyjemnie zaskoczony takim obrotem spraw, bo wreszcie znalazł się we Włoszech zespół, który umie porządnie grać fajne heavy. Pozytywne wrażenie podtrzymuje Boogeyman. Tu jest jeszcze lepiej, Wokalista ujawnia swój "ozzy-podobny" wokal. Może nie w całości kawałka, ale posłuchajcie tego refrenu! Czyż nie mógłby spokojnie znaleźć się na choćby takim Down To Earth? Nawet brzmienie tu i ówdzie przypomina te z krążków Ozzy'ego. I te gitary, namolnie kojarzące się ze sposobem gry Zakka Wylde'a. No, nie mogę się nadziwić. Świetna płyta! Powoli, nastrojowo i bardzo spokojnie rozpoczyna się jeden z najlepszych utworów na krążku. Pyramid, bo o nim mowa, to jest po prostu przebój. Posłuchajcie tych łagodnych partii gitary, nie bijcie, ale w pewnym utworze Pantery bardzo podobnie grał nieodżałowany Dimebag Darell. Komu ten kawałek się nie spodoba, ten nie ma słuchu i powinien spadać na szczaw i hamować zębami. Spróbujcie wczuć się w sposób śpiewania wokalisty. Jak się okazuje, pan Daniele "Bud" Ancillotti nie jest jakimś tam przeciętnym śpiewakiem. Realizuje się także w innym zespole parającym się heavy/doom metalem. Wracając jednak do tego kawałka - po prostu hit najczystszej wody. Na pewno byłby wysoko w zestawieniu najlepszych utworów roku ubiegłego. Wracając z kolei do płyty, Nightflyer to kolejne, takie nieco w stylu Ozzmana, nagranie. Hmmm, we Włoszech jest już kalka Black Sabbath, czyżby szykował się drugi epigon? Może, jednak moim zdaniem nie do końca tak jest. Utwór ten jest raczej tym wszystkim, czego oczekuje się po bardzo dobrym, heavy metalowym krążku. Bardzo dobre wykonanie, produkcja, dobry pomysł na melodię i zaskakujące zmiany tempa. No i ta końcówka. Beat The Hammer to powrót do radosnego grzania w stylu Chrome Division. Jakże pasuje tu ten wokal! Proponuję mały test: zróbcie go sobie głośno w samochodzie. Noga sama mocniej przyciska pedał gazu. Wierzcie mi, przetestowałem na sobie. Ozdobą jest kapitalna, melodyjna solówka. Jak dotąd ten LP ani mnie nie znudził i co najważniejsze - nie wkurzył. Każdy tego typu album ma swój mega-przebój, najlepszy na płycie utwór, taki do którego wciąż chce się wracać. Nie inaczej jest i tu. Gone Tomorrow, bo o nim mowa, świetnie pasowałby na którykolwiek z wydawnictw Osbourne'a. Głęboko wierzę w to, że Ozzy w formie, z towarzyszącą mu załogą z lat 2001-2007 wycisnąłby z tego kawałka znacznie więcej. Aż strach pomyśleć, ile i co byliby w stanie zrobić, mając na uwadze to, że jest to numer kompletny. Ten refren będzie towarzyszyć mi bardzo długo, jestem tego w stu procentach pewien. Właśnie takie kawałki powinien nagrywać zarówno wiosłowy Zakk i Ozzy. Nareszcie znalazł się ktoś, kto palcem pokazał bardziej utytułowanym kolegom po fachu, jak się robi metalowe przeboje. Life: When Is Gone to już sporo wolniejszy i zamyślony kawałek, ale czy Ozzy i Zakk znów nie mogliby tego posłuchać, podrapać się po głowie, a potem usiąść i nagryzmolić coś podobnego? Mogliby, bo wokal Ozzmana znów pasowałby tu jak ulał. Daniele "Bud" Ancillotti o tym wie i robi doskonały użytek ze swojego głosu. Kazanie telewizyjnego kaznodziei otwiera Media Messiah. I znów: wymienieni wyżej panowie powinni tego posłuchać, bo obydwu by się to przydało. Czyż Wylde tak właśnie nie konstruował swoich kompozycji? Proszę posłuchać tej ognistej solówki - brzmi ona jak w najlepszych utworach Osbourne'a z jego udziałem i właśnie tak jak na solowych wypiekach "Szalonego Zachariasza". Amore E Fuoco to pierwsza z dwóch kompozycji w języku włoskim, zamykających ten niezwykle udany album. Doskonały, energetyczny kawałek, w którym aż się prosi o histeryczny wrzask Hughesa. No, pasowałby tu ten pan jak ulał. Raz, że on się po prostu do takich rockerów nadaje, dwa, że Glenn takie numery bardzo lubi, co udowodnił choćby na wypiekach zrealizowanych do spółki z Iommim. Non Sei Normale to druga ścieżka w języku włoskim. I znów to samo: dajcie ten kawałek wymienionym wyżej panom. Jestem przekonany, że będący w formie Glenn i Tony zmietli by, rozbili w drobny mak konkurencję i zamietli ją pod dywan. Płyta ta kończy się przyjemną niespodzianką. Następuje kilkuminutowa cisza po ostatnim utworze, czas biegnie dalej i w pewnym momencie wchodzi bardzo przyjemny i efektowny blues. Zabieg kapitalny, a wyeksponowany bas po prostu niszczy. Skromnie grająca gitara akustyczna, a na koniec wypasiona solówka. Jaka szkoda, że całość tak krótko trwa, choć może to i lepiej.

Przyznam, że zniszczyła mnie ta płyta. Mogę chyba napisać, że nikomu nieznani muzycy stworzyli dzieło kompletne i zawstydzające swoim poziomem tuzów muzyki metalowej. Rising To The Call to LP wypakowany bardzo dobrymi propozycjami, które powinny zadowolić każdego fana dobrego, heavy metalowego grzania. No i te dwa wyniszczające, mordercze kawałki. Wiecie, słucham tych panów już któryś raz i nie mam dość. Polecam i Wam, nie powinniście żałować czasu spędzonego z tymi "makaroniarzami". Ode mnie ocena maksymalna.

Oficjalny profil zespołu na MySpace: www.myspace.com/stranaofficina

Vincent
marzec 2011