|
Skład: Vince DiCola - instrumenty klawiszowe, gitary, gitara basowa, śpiew; Rick Livingston - śpiew, chórki; Doane Perry - perkusja i instrumenty perkusyjne, chórki; Curtis Taylor - gitary, chórki; Casey Young - instrumenty klawiszowe, chórki
Produkcja: Storming Heaven
Od czasu do czasu pokazują się płyty nagrywane przez uznanych muzyków, udzielających się na codzień w zupełnie innych składach. Panowie (no, czasem panie też) łączą swoje siły, których efektem są płyty udane, czasem mniej, a czasem są zupełną klapą. Zdarzyło się to także w przypadku omawianego krążka.
Trudno dokopać się jakichkolwiek informacji na temat tego wydawnictwa. Źródła mówią, że wszystko zaczęło się już w roku 1992 przy okazji powstania zespołu, czy też projektu Thread. Owocem współpracy był album zatytułowany po prostu Thread. Zespół pracował dalej, zmieniajac nazwę na Storming Heaven. Wtedy już grupa rozpoczęła prace nad utworami, które miały swoją premierę później, w 1996 roku. Ukazały się one jednak jak wspomniałem, już pod szyldem Storming Heaven, którego skład tworzyli: ex-perkusista Jethro Tull Doanne Perry, klawiszowiec Vince DiCola (ten sam, który był nominowany do nagrody Grammy), zagrał tu także na basie, kanadyjski wokalista Rick Livingstone (zmienił na tym stanowisku wokalistę Tower of Power, Ellisa Halla), gitarzysta Curtis Taylor oraz klawiszowiec-sideman Casey Young (pojawiał się na albumach Yes). W 1996 roku ukazał się jedyny album, dziś już niedostępny i niewznawiany - a szkoda, zatytułowany Life In Paradise. Zawiera on przystępną, melodyjną dawkę AOR-u, hard rocka z elementami symfonicznymi, jeśli wolno mi to tak ująć. Jeśli do tego dołożyć elementy, które pojawiały się na albumach Toto czy Pink Floyd, to robi się z tego naprawdę ciekawa mieszanka. LP rozpoczyna się utworem Razor Farm, takiego początku płyty nie powstydziłoby się nawet Van Halen. Ale już zwolnienie przywodzi na myśl to, co robiło na swoich albumach Toto. Nie ma jednak raczej mowy o zrzynce. Można się upierać, że jest to raczej bezpośrednia inspiracja, a panowie robią to z klasą i na odpowiednim poziomie. No i skoro w składzie są uznani klawiszowcy, to i musiało się znaleźć miejsce na bardzo dobrą solówkę. Wanda Wire to z kolei coś zupełnie innego. Oczywiście to nadal bardzo wysoki poziom muzyczny i wykonawczy, ale mamy tu także nie tylko hard rocka, ale coś z Dire Straits (ten początek!) i coś z The Police. No i oczywiście Toto, rzecz jasna. Warto zwrócić uwagę na solówkę Taylora. No i ten mega przebojowy refren. Crossing My Heart to oczywiście musi być ballada. Może się podobać, ale na tym poletku napisano lepsze. Warto jednak czekać na to, co dzieje się dalej. Jessie's Journey - The Suite, bo o nim mowa, to ponad 18-minutowy kolos. Rozpoczyna się jak część utworów Toto, ale pojawiają się w nim także elementy znane z muzyki Pink Floyd (tu przychodzi mi na myśl album A Momentary Lapse Of Reason). I zabijcie mnie, ale jest tu także coś z... Thrillera wiadomo kogo. Warto zwrócić uwagę na zabiegi z tempem oraz mega przebojowe solówki. Curtisowi nie dano wiele miejsca, żeby sobie poszalał, lecz jeśli nadchodzi jego pora, to robi to wyśmienicie. Utwór ten podzielony jest na cztery części: a. Cross the Line, b. Red Knight, c. The Passage, oraz d. Dream House. Części ostatniej nie powstydziłby się na pewno sam Sting, jeszcze za czasów The Police. A końcówka to już jazda na całego w stylu Toto. Dużo tych nawiązań do ekipy Lukathera, bo i w Time Machine też się coś znajdzie. Don't Find It Amusin' to już raczej taki stricte hard rockowy numer, choć podobają mi się bluesowe zagrywki klawiszy ładnie wplecione tu i ówdzie. Tak przysłuchując się temu nagraniu dochodzę do wniosku, że to takie bardziej łagodne Van Halen z bardziej wyeksponowanymi klawiszami i bez gitarowych szaleństw i pościgów. Wspominałem o nawiązaniach do Dire Straits tu i ówdzie. No, czekałem na coś więcej. Robiłem sobie smaka na to przy She-Wolf, ale to po prostu kolejny, hard rockowy numer. Szkoda, że zespół nie znalazł pomysłu na jakieś pociągnięcie tego początku dalej. Oczywiście musiało się znaleźć miejsce na progresywne szaleństwo, a jakże. Album kończy się tytułowym Life In Paradise. Oczywiście ten mega pozytywny utwór utrzymany jest w stylu Toto. Trzeba podkreślić, że jest to kawałek bardzo dobry i nie przynosi on zespołowi wstydu.
Bardzo udany LP i nie mam co do tego wątpliwości. Może nie jest przebojowy od początku do końca, ale myślę, że i nie o to chodziło. Zebrał się po prostu skład sidemanów celem nagrania płyty. I to się udało. Szkoda jednak, że takie albumy ukazują się tak rzadko. Tu mamy to wszystko, czego wymagać się powinno. Uznane w muzycznym świecie nazwiska, bardzo dobre lub dobre utwory i finalny efekt w postaci udanego krążka. Czego chcieć więcej? Polecam.
Brak oficjalnej strony zespołu
Vincent sierpień 2010
|