|
Skład: Stephen Pearcy - śpiew, gitara rytmiczna i prowadząca; Erik Ferentinos - gitara rytmiczna i prowadząca, gitara basowa; Matt Thorne - gitara basowa; Fred Coury - perkusja; Scott Coogan - perkusja; Dog Boy - perkusja
Produkcja: Stephen Pearcy
Under My Skin to trzeci solowy album frontmana legendarnej formacji Ratt i muszę przyznać, że o ile poprzedni krążek Fueler nie przypadł mi szczególnie do gustu, o tyle Under My Skin wzbudza już całkiem pozytywną reakcję. Jest to też pierwszy album Pearcy'ego godny polecenia fanom Ratt, chociaż tak naprawdę niewiele zostało z brzmienia płyt Gryzoni.
Pierwszy numer
You're A Lot Like Me nie bardzo mi się podoba i w ogóle uważam, że nieco garażowe brzmienie tej płyty nie pomaga w jej odbiorze, chociaż na szczęście same utwory całkiem przyjemne (w większości). Ale nie ten pierwszy. Mało melodyjny i mało w nim hard rocka jako takiego. Wokal Pearcy'ego typowo sleazowy, ale mam wrażenie, że śpiewa trochę od niechcenia. O wiele lepiej wypada kawałek Big Nothin' i tutaj można doszukać się podobieństw do wczesnego Ratt, podobna linia melodyczna, chwytliwy refren, nawet przybrudzone brzmienie nie jest w stanie popsuć tego numeru. Motoryczny początek Watcha Doin' i świetne partie gitar przywodzą na myśl pewną australijską formację, której nazwy nie zdradzę, proszę się domyślić ;). Dodam dla ułatwienia że po 8
letniej przerwie wracają z nowym staro brzmiącym krążkiem. Może dobrze by było, żeby Pearcy pożyczył sobie od nich brzmienie. W zamian mógłby podać im kilka świeżych pomysłów, których i na tym krążku nie brakuje. Time Slips Away robi tutaj za coś na kształt ballady. To spokojny numer, jednak z pewnym pazurem. Jak dla mnie linie wokalne przypominają słynny utwór Rolling Stones Paint It Black, ale sama muzyka ma zupełnie inne tempo, chociaż podobny klimat. Kawałek spodoba się fanom Ratt, bo jest wystarczjąco melodyjny. Utwór tytułowy jak dla mnie może być, zwłaszcza że pachnie trochę Faster Pussycat gdzieś z okresu Wake Me When It's Over, aczkolwiek brakuje mi tej dynamiki i dobrej produkcji. In Outta Love powiela
schematy gitarowych zagrywek znanych z wcześniejszych kawałków (taki patent mający na celu sprawienie, żeby utwory nie brzmiały zbyt punkowo, więc gitara ma bogatsze brzmienie). Nie jest to jakiś rewelacyjny numer, ale rewelacyjnych utworów to raczej nie mamy się tutaj co spodziewać. Ogólnie są dobre, z tendencjami do bycia hitami (w niektórych przypadkach). Here We Go Again to próba nawiązania do późniejszych płyt Ratt, aczkolwiek jest tutaj
cytat z Slip Of The Tongue Faster Pussycat, co akurat nie jest wadą. Sama kompozycja trzyma klimat, jaki zaprezentowała grupa Mötley Crüe na ostatnim krążku, ale tu nie mamy aż tak dobrego brzmienia. Bottoms Up jak dla mnie to bezmyślny hałas, nie mający nic wspólnego z Ratt, a i sleaze rocka niewiele tutaj. Ewitentna wpadka, która jednak wypełnia te 2 i pół minuty z i tak krótkiej płyty. Are You Ready, taki sobie rock and roll, dynamiczny jest? A jest, chociaż w zasadzie ta motoryka nie przynosi spodziewanego rezultatu, może ze względu na brak pomysłów. Niestety Injector kontynuuje tę złą passę, a szkoda, bo płyta zapowiadała się jako może nie rewelacyjny ale spójny, przyzwoity krążek. No i na deser coś, co sprawi niekłamaną radość fanom Ratt. Piosenka, która zrobiła z Pearcy'ego gwiazdę, Round And Round, największy przebój Gryzoni przedstawiony jest tutaj w niemal niezmienionej wersji, tyle że Pearcy'ego wspomagają The Donnas. Zabawne, jak Pearcy śpiewa w kobiecy sposób, a może to wokalistka Donnas śpiewa po męsku? Czekam zatem na solo i... i okazuje się że całkiem dobrze zagrane, niewiele ustępuje oryginałowi (jeśli w ogóle).
Zatem miły akcent na koniec płyty, płyty może niezbyt równej, ale mimo wszystko udanej. Polecam szczególnie fanom brudnego sleaze rocka i zagorzałym fanom Ratt.
Oficjalna strona artysty: www.stephenpearcy.net
LSDisease wrzesień 2008
|