|
Skład: Tony Mills - śpiew; Robby Böbel - gitary, instrumenty klawiszowe; Hutch Bauer - gitara basowa; Rami Ali - perkusja
Produkcja: Robby Böbel
Na brak dobrych wydawnictw fani melodyjnego rocka w 2010 r. narzekać nie mogą. Nie dość, że na rynku muzycznym pojawiło się kilku zdolnych debiutantów, to i weterani sceny przegrupowują swoje szeregi. Jedną z takich przegrupowanych ekip jest niemiecko-brytyjskie State Of Rock, pod którym to mianem kryją się dobrze znani w branży muzycy.
W cztery lata po ukazaniu się ostatniego studyjnego krążka niemieckiej formacji Frontline, jej lider i gitarzysta Robby Böbel powołuje do życia nową grupę - właśnie State Of Rock i do współpracy zaprasza dwóch kolegów - "Hutcha" Bauera (gitara basowa) i Ramiego Alego (perkusja). Kwestia, kto ma stanąć za mikrofonem, rozwiązała się, gdy Georg Siegl, szef wytwórni Metal Heaven, rozesłał wici i do roli gardłowego pozyskał zapracowanego ostatnio Tony'ego Millsa (Shy, Siam, Tnt). O tym, że był to dobry wybór, grupa wiedziała już po zarejestrowaniu trzech utworów demo. Nazwa kapeli też jest nieprzypadkowa - wzięła się od tytułu debiutanckiego krążka Frontline, zresztą muzycznie formacja jest w prostej linii spadkobierczynią tegoż. Sami członkowie szczerze przyznają, że ich nowe wcielenie to 75% Frontline i 25% Shy (miłośników tego typu muzyki ucieszy zapewne fakt, że Mills nie wygłupia się tutaj jak w TNT, tylko śpiewa jak za dawnych czasów). Te procenty łatwo wyliczyć samemu, znając liczbę muzyków w formacji, tak czy inaczej istotniejszy jest fakt, że mamy tu 100% solidnego, melodyjnego grania. Efekty kompozytorskiej współpracy Millsa i Böbela można podziwiać na debiutanckiej płycie A Point Of Destiny, która ukazała się pod koniec stycznia. Kilka początkowych nut pierwszego w secie numeru Black & Blue może być mylące, bo po hammondowskich klawiszach spodziewalibyśmy się czegoś takiego jak klasyczny hard rock, a tu za chwilę startuje hair metalowy kawałek. Bardzo przebojowy kawałek, dodajmy. Słychać stare, dobre Frontline, plus oczywiście Millsa w równie dobrej jak niegdyś formie wokalnej. Niemal wzorcowe aranżacje podpowiadają mi, że panowie faktycznie długo nie musieli się ze sobą zgrywać, doświadczenie jest po prostu tym, co procentuje i owocuje (dokładnie odwrotnie niż przy produkcji wina, ale końcowy efekt mniej więcej ten sam). W Without My Love stylistycznie mniej już jest zapożyczeń od macierzystej formacji większości obecnego składu, najwidoczniej Niemcy poszli na rękę Tony'emu i pozwolili mu powspominać czasy świetności Shy. Świetny numer, którego pozazdrościłaby grupie niejedna ekipa AOR-owa. Nic tu nie wystaje przed szereg, wszystko jest na swoim miejscu, ścieżki melodyczne gustownie przeplatają partie gitar, klawiszy i wokalne. AOR-owo jest też w Heartless Dreamer, chociaż akurat ta kompozycja już mnie tak nie rusza jak jej dwie poprzedniczki, nawet mimo udanego refrenu. Zwyczajnie stylistyka, w którą teraz wszedł zespół, osłuchała mi się już przy wielu innych okazjach i po prostu ta rytmika wrażenia na mnie zrobić nie może. Tak czy inaczej, fani klasycznego AOR-u pewnie będą zachwyceni. Jeszcze wolniej, jeszcze spokojniej, jeszcze delikatniej - taki patent miała grupa na granie w Don't Make Me Cry. Typowa pościelówa na wzór ballad z lat '80 i skoro jeszcze są zespoły, które chcą tak grać, to może oznaczać, że wciąż są na swiecie ludzie, którzy chcą tego słuchać (i dobrze!). Te dwadzieściaparę lat temu każda szanująca się hair metalowa formacja dbała o to, by mieć na swoich płytach przynajmniej po jednej pościelówce. Przy Hanging In The Balance znów poczują się swojo fani Frontline, chociaż trzeba przyznać, że z głosem Millsa numer wędruje w trochę inny wymiar. Jak dla mnie jest to akurat plus, bo dość podobne do siebie płyty niemieckiej drużyny zaczynały już kostnieć w schematach, a dzięki gardłu Tony'ego tchnięto w to trochę życia. We Freedom znów chłopaki prezentują się w delikatniejszym materiale. Na wpół radiowa ballada, chociaż już nie tak przebojowa jak pozycje wcześniejsze, niestety trochę rażąca generycznością. Co nie znaczy, że nie da się jej słuchać, chociaż muszę uprzedzić, że raczej nie jest to rzecz jakoś szczególnie zapamiętywalna. Count On Me startuje z ostrzejszym, hard rockowym riffem i pewnie dlatego kojarzy mi się z debiutem Evidence One. Dalej kawałek się trochę uspokaja, zresztą sam sposób śpiewania Millsa bardzo odległy jest od maniery Carstena Schultza, więc z natury rzeczy musi to brzmieć inaczej. W zasadzie to mam tu trochę żalu do Tonye'ego, że nie zaśpiewał ostrzej, a wiem, że potrafi (wszak nieźle sobie z tym radził w Siam). Utrzymane w średnim tempie, tytułowe A Point Of Destiny to w zasadzie wizytówka krążka i zarazem spełnienie obietnicy o żeniaczce Frontline i Shy. Sympatycy obu grup mogą śmiało sięgać po ten utwór, chociaż ja przyznam się, że kompozycje z początku albumu lepiej trafiały w mój gust. Najlepsza jest tu solówka, żartobliwie zapowiedziana przez wokalistę dobitnymi słowami "This is a guitar solo". Z ogólnie przyjętego schematu płyty wyłamuje się ścieżka ochrzczona tytułem Friction. Nie dość, że jest szybsza niż typowe średnie tempo prezentowane na wydawnictwie, to jeszcze bazuje na charakterystycznych, rock'n'rollowych riffach i rytmach. Podkłady ze zwrotek przywodzą mi na myśl podobne patenty stosowane przez Pink Cream 69 i Emerald Rain (oraz wielu innych zespołów w jakiś sposób kopiujących twórczość Pinków). Podoba mi się to zagranie, bo dzięki temu płyta nie jest monotonna. Na zakończenie krążka 3/4 składu znów zdominowało wokalistę i postanowiło się przypomnieć ze swymi korzeniami w Somewhere. To zdecydowanie raz jeszcze ukłon i hołd złożony Frontline. Można się tym delektować, bo mam jakieś dziwne przeczucie, że pod tamtym szyldem nic więcej się już nie ukaże.
Wiem, że narażę się miłośnikom zarówno Frontline jak i Shy, ale uważam, że State Of Rock jest finalnie grupą od nich lepszą. Niemiecka formacja miała zbyt dużo podobnych do siebie kawałków, za to Brytyjczycy jak na mój gust grali zbyt łagodnie. Na A Point Of Destiny znajduję za to więcej plusów niż minusów. Tak czy inaczej, fani Frontline, Shy i wczesnego Evidence One mogą krążek sięgnąć w ciemno.
Oficjalna strona zespołu: www.stateofrock.net
Guitarrizer marzec 2010
|