Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

STAGE DOLLS - Always [2010]
Wydawca: AOR Heaven / Sony BMG

  1. Always
  2. Rainin’ On A Sunny Day
  3. Rollin’
  4. Highway’s Open
  5. Eye Of My Heart
  6. Belter Or Pretty
  7. Taillights
  8. Saturday Night
  9. Where The Blacktop Ends
  10. My Strangest Friend
Always

Skład: Torstein Flakne - śpiew, gitary; Terje Storli - gitara basowa; Morten Skogstad - perkusja; Ronny Wikmark - instrumenty klawiszowe
Gościnnie: Darryl Tookes - śpiew w [2]; Mari Myrholt - śpiew w [10]; Darryl Tookes, Mark Spiro, Lisa Fisher, Vaneese Thomas, Angela Clemmons - chórki

Produkcja: Torstein Flakne i Ronny Wikmark

Co może zrobić grupa muzyków znających się od przeszło 25 lat i czujących, że ich okres burzy i naporu dawno minął? Może albo nadal udawać młodzieniaszków, albo całkowicie zmienić styl swoich utworów, albo... No właśnie, tę trzecią drogę wybrali panowie ze Stage Dolls, norweskiej legendy AOR-u. Nadali swoim nowym piosenkom współczesny, komercyjny szlif, jednocześnie nie tracąc swojej tożsamości. Latka poleciały i teraz są spokojniejsi, bardziej nostalgiczni, po prostu dojrzali - takie wnioski nasuwają się po przesłuchaniu nowego, siódmego studyjnego krążka w ich karierze.

Od razu napiszę, że miłośnicy zadziornych, agresywnych riffów i szaleńczych, pirotechnicznych solówek gitarowych nie znajdą tu dla siebie niczego. Norweska załoga stawia bowiem na budowanie miłej atmosfery, komponowanie urokliwych, a zarazem chwytliwych melodii, tworzenie prostych lecz w pewnym sensie wysmakowanych aranżacji. Z pewnością kontrakt podpisany z dużą wytwórnią płytową ułatwił im wycyzelowanie brzmienia, gdyż jest ono doskonałe. Rozpoczynamy od tytułowego Always, w którym rockandrollowy, bujający riff spotyka się z łagodnym głosem wokalisty. Jego maniera jest tu oczywiście mocno "adamsowata" i tworzy to bardzo udane połączenie z "leppardowym", średnim tempem utworu. Warto zwrócić uwagę na świetne chórki, zresztą tak jest na całym krążku. Od jeszcze łagodniejszej strony Norwegowie pokazują się w balladowym, subtelnym Rainin’ On A Sunny Day. Próżno tu szukać jakichś instrumentalnych popisów, za to można znaleźć fajny klimat (w sam raz do przytulenia drugiej połówki) w konwencji tych bardziej popowych wynurzeń Richarda Marxa. Oparty na bluesowych zagrywkach Rollin’ ma za zadanie wyrwać słuchacza z zadumy i udaje się to tylko częściowo, bo tym razem poza fajnym charakterem kompozycji i takimi chórkami linie melodyczne to nic ciekawego. Ot, podrzędny, barowy numer. Highway’s Open otwierają motywy akustyczne, szybko przechodzące w bardzo współczesny kawałek poprockowy, tym razem wyposażony jednak w niezłą melodię i znakomity refren. Zaaranżowany rasowo, a przygrywka, która zastępuje solówkę, doskonale stapia się z podkładami. Z prawdziwą przyjemnością odbiera się również wilgocącą oczodoły balladkę Eye Of My Heart, zrobioną w estetyce mało inwazyjnej, gładkiej, a jednak bardzo oryginalnej. Nieco żwawiej, choć może nie nazbyt energicznie, jest w Better Or Pretty, tym razem z liniami wokalnymi będącymi jakby skrzyżowaniem wspomnianych Adamsa i Marxa. Jak dla mnie aranżacja trochę za bardzo przypomina współczesny pop rock, ale cóż, mamy czasy w których trudno jest zarobić na chleb taką samą muzyką jak 20 lat temu...Na tle poprzednich, bardzo wygładzonych piosenek Taillights wyróżnia się troszkę mocniejszym riffem i przestrzenną solówką, w której kapeli udało się zbudować nastrój bliski temu obecnemu na ostatnim albumie Giant. Całość brzmi bardzo stylowo i znowu należy pochwalić żeńskie chórki, śpiewające razem z gardłowym. Jeśli chodzi o imprezowy Saturday Night, trudno nie usłyszeć uderzającego podobieństwa charakteru tego utworu do Kids Wanna Rock wiadomego artysty... Takie samo tempo i wokalizy sprawiają wrażenie, że Torstein Flakne stał się alter ego Kanadyjczyka, choć trzeba przyznać, ze aranżacja Stage Dolls z sekcją dętą jest zdecydowanie bardziej przyjazna stacjom radiowym. Za to z Where The Blacktop Ends dumny byłby chociażby John Mellencamp. Mamy tu kołyszące rytmy i kowbojskie zagrywki, podkreślone przez partie skrzypiec; trzeba przyznać, że nasi bohaterowie czują się w tej konwencji jak ryba w wodzie. Umieszczona na samym końcu, zaśpiewana na dwa głosy (z gościnnym udziałem Mari Myrholt), stuprocentowo "amerykańska" pościelówka My Strangest Friend po raz kolejny dowodzi dojrzałości norweskiego kwartetu. Emanuje spokojem, ciepłem, zgodą na rzeczywistość. Można w niej odnaleźć zarówno elementy twórczości The Eagles, jak i tradycyjnego country.

To już koniec? Chyba jedyną wadą Always jest fakt, że płyta trwa zaledwie 38 minut. Z drugiej strony tylko jeden kawałek można tu uznać za wypełniacz. Pozostałe kompozycje z pewnością trafią w gust fanów wyważonej i delikatnej, ale bardzo dalekiej od tandetnego banału odmiany rocka. To wydawnictwo w sam raz do puszczenia w gronie bliskich przyjaciół, albo podczas spotkania we dwoje... Jest na tyle dobre, że w wymienionych sytuacjach na pewno się obroni.

Oficjalna strona zespołu: www.stagedolls.com

Hardlover
marzec 2010