Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

SONS OF SEASONS - Magnisphyricon [2011]
Wydawca: Napalm Records

  1. Magnisphyricon: Temperance
  2. Bubonic Waltz
  3. Soul Symmetry
  4. Sanctuary
  5. Casus Belli I: Guilt's Mirror
  6. Magnisphyricon: Adjustement
  7. Into The Void
  8. A Nightbird's Gospel
  9. Tales Of Greed
  10. Lilith
  11. Casus Belli II: Necrologue To The Unborn
  12. Magnisphyricon: The Aeon
  13. 1413
  14. Yesteryears
Magnisphyricon

Skład: Henning Basse - śpiew; Oliver Palotai - instrumenty klawiszowe, gitara; Pepe Pierez - gitara; Jürgen Steinmetz - gitara basowa; Daniel Schild - perkusja
Gościnnie: Simone Simmons - śpiew w [4]

Produkcja: Oliver Palotai

Tę płytę miałem w zasadzie ominąć. Nie przyciągnęła mnie ani okładka, ani nazwa zespołu, kompletnie nic. Zastanawiając się, co i kto zacz, dojrzałem skład, jaki gra na tym LP. Kolejny all-star band, tyle, że tym razem z Niemcowni. Tak więc przemówiły do mnie nazwiska udziałowców tego przedsięwzięcia. W szczególności zaś jedno. Wokalisty, pana Henninga Basse, znanego przede wszystkim z lubianego i szanowanego Metalium.

Zespół ten zakończył działalność w roku 2009 i w tym samym roku ukazał się debiutancki album Sons Of Seasons, zatytułowany Gods Of Vermin. Przyznam, że nie znam tego dzieła, ale jak zdążyłem się zorientować, uzyskało całkiem pochlebne noty. Pozostałe nazwiska także robią wrażenie i przyznam szczerze, że zastanawiałem się, jak zabrzmi zawartość tego krążka. Obawiałem się klapy mimo dobrych ocen, jakie dostał LP poprzedni. Jak już wspomniałem, okładka nie zachęca (przynajmniej mnie) do sięgnięcia po to wydawnictwo, niemniej jednak zajrzyjmy do środka. Na początek dwuminutowe intro Magnisphyricon: Temperance. Fajna, nieco podniosła rzecz z udziałem potężnie śpiewającego chóru. Trzeba przyznać, że pan Oliver Palotai, znany z udzielania się w takich ekipach jak Kamelot, Circle II Circle i Doro, bardzo się postarał. Po tym przywitaniu następuje mocarne wejście Bubonic Waltz. Bardzo, ale to bardzo podoba mi się sposób gry pana Pepe Piereza. Ten nieco mniej znany wioślarz (udzielał się dotąd w Ancient Curse) stanął na wysokości zadania i te jego progresywne zagrywki, agresywne shreddowanie i power metalowe harce na gitarce naprawdę mogą się podobać. No i ten wspomniany już wyżej wokalista brzmiący niemal jak sam Andi Deris. W tle udziela się także gość specjalny w osobie sympatycznej Simone Simmons. Zaryzykuję tezę, że całość brzmi jak połączenie Rhapsody z Helloween. Do tego dodajmy progresywne zagrywki. I tak będzie na całej płycie. Dobrze to, czy źle? No cóż, moim skromnym zdaniem bardzo dobrze. Bo mi się najzwyczajniej w świecie zaczęło to podobać. Soul Symmetry brzmi jak najlepsze utwory uznanych firm prog metalowych. A że dodano co nieco symfoniczności? Doskonały zabieg nadający całości rozmachu i przestrzeni. Zaiste dusić musiał się Palotai w swoich zespołach. Tu ma pole do popisu i wykorzystuje je doskonale. Po drugie, posłuchajcie tej dudniącej sekcji. Od razu słychać, że byle kto nie gra. Po trzecie, wsłuchajcie się w wymianę solówek klawiszowca i gitarzysty. Po czwarte, znów ten niesamowity Basse. To naprawdę jest wielkiej klasy wokalista i chyba dobrze się stało, że Metalium zostało definitywnie rozwiązane. Tutaj Henning doskonale się realizuje i ma wszystko, czego mu potrzeba. Mielenie basu i doza nieco nowoczesnych środków otwierają Sanctuary. Mimo, że tego wszystkiego tu wydaje się pełno, to brzmi to bardzo oszczędnie i ładnie wypada na ich tle wspomniana już Simone. Ładnie wypada w duecie z Basse. Całość to nieco wolniejszy utwór, znów nieco w stylu Helloween, ale nie może się nie podobać. Myślę, że fani progresywnego power metalu ze sporą domieszką symfoniczności łykną ten krążek bardzo szybko. Ja nie umiem się do czegokolwiek przyczepić, po prostu chłonę zawartość. A wierzcie mi - naprawdę jest czego słuchać. Casus Belli I: Guilt's Mirror to jeden z najdłuższych utworów na tej płycie. Posłuchajcie tych agresywnych, progresywnych riffów i równie wściekłego wokalu Basse. Czy jeszcze ktoś ma wątpliwości, że w Metalium nie prezentował on pełni swoich możliwości? Tu ma do dyspozycji wszystko: doskonałych muzyków, świetną melodię i absolutnie wolna rękę. Przy tym wypada tak bardzo naturalnie. Jestem pełen uznania dla grającej ekipy. Użyto multum środków, zabiegów z tempem i nie zanudzono słuchacza. Tu ciągle coś się dzieje. Powoli skłaniam się ku temu, by uznać Magnisphyricon za jeden z najlepszych progresywnych albumów Anno Domini 2011. Skoro jest taki wokalista, to musi być coś bardziej power metalowego. No i jest w postaci Into The Void. Znów mam wrażenie, że całość pachnie nieco Helloween, a Basse znów wlazł w skórę Derisa i udaje, że to on. Oczywiście można tutaj doszukać się co nieco z rozmachu Rhapsody Of Fire, ale czy to źle? Posłuchajcie tego zwolnienia i leniwego śpiewu Henninga, a potem wspaniałej solówki. Szybciutko wszystko wraca do progresywnych rejonów i znów można zaczynać od początku. A Nightbird's Gospel (swoją drogą, czy to nie jest fajny tytuł?) mimo swojego łagodnego wstępu szybko przechodzi w progresywne mielenie, a wokalista znów próbuje swoich sił w nieco bardziej leniwym sposobie śpiewania, choć refren jest po prostu wspaniały. Nieco w stylu Metalium, podniośle i królewsko, ale to nic. Oczywiście znów mamy zabiegi z tempem i niesamowicie grającego Pepe Piereza. Jestem pełen uznania dla umiejętności tego faceta. Ale o wiele bardziej podoba mi się taka, hmmm, nieco floydowska, pełna pastelowych barw gra pana Olivera Palotai. Duże brawa. Tales Of Greed to wściekła, power metalowa galopada na początku, a później ładnie wplecione zwolnienie. Jestem święcie przekonany, że słyszałem już gdzieś podobnie śpiewającego wokalistę. Chyba w którymś kawałku Symphony X. Bardzo agresywne nagranie, ale za to przyjemna odmiana w oceanie progresywnych wygibasów. Pora na opowieść o mrocznej Lilith. Co nieco z klimatów Kamelot, power metalowy patos z Metalium i spora doza progresji. Fajnie skonstruowany refren, w którym słychać szkołę "makaroniarzy" z Rhapsody Of Fire. Taki natłok musiał zostać powstrzymany zwolnieniem tempa. No i jest tu takowe, w którym możemy posłuchać sobie ładnie grającej sekcji. Kto zechce, znajdzie coś z Labirynth czy ekipy Allena. Casus Belli II: Necrologue To The Unborn to znów progresywne wymiatanie najwyższej próby. Dodajmy, że ta płyta jeszcze mi się nie znudziła, a to już przecież jedenasty utwór w kolejce. Mimo, że ten LP był realizowany niejako na raty w różnych studiach, to absolutnie tego nie słychać. Wszystko ma tu swoje miejsce i nikt nie wychodzi przed orkiestrę. Znów mamy ładne zwolnienie i bardzo skromną partię gitary akustycznej w tle. Oczywiście to nie może długo trwać i zespół po raz kolejny przystępuje do morderczego ataku. Magnisphyricon: The Aeon to króciutki przerywnik, pora oddechu przed atakiem w najkrócej zatytułowanym 1413. Fajny numer w stylu Symphony X. Znów wspaniale grający zespół prezentujący multum pomysłów i ten niesamowicie śpiewający Basse. Płytę zamyka nieco dziwacznie zatytułowany Yesteryears. Ładna miniatura, tylko pianino i śpiewający Hennings. W sam raz na uspokojenie zmysłów, w sam raz na koniec arcyudanego wydawnictwa.

Na pewno żaden fan nie będzie zawiedziony słuchając propozycji tych panów. Dodajmy - propozycji kompletnej. Bardzo mi się podoba. Ode mnie 9,5/10. Serdecznie polecam. Ta płyta z pewnością znajdzie swoich zwolenników, a kto wie, może nawet znajdzie się w rocznym podsumowaniu? Czas pokaże.

Oficjalna strona zespołu: www.sonsofseasons.com

Vincent
kwiecień 2011