Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

SLAUGHTER - Stick It To Ya [1990]
Wydawca: Chrysalis / Capitol / EMI

  1. Eye To Eye
  2. Burnin' Bridges
  3. Up All Night
  4. Spend My Life
  5. Thinking Of June
  6. She Wants More
  7. Fly To The Angels
  8. Mad About You
  9. That's Not Enough
  10. You Are The One
  11. Gave Me Your Heart
  12. Desparately
  13. Loaded Gun
  14. Fly To The Angels [acoustic version]
  15. Wingin' It
Stick It To Ya

Skład: Mark Slaughter - śpiew, gitary, instrumenty klawiszowe; Tim Kelly - gitara prowadząca, chórki; Dana Strum - gitara basowa, chórki; Blas Elias - perkusja i instrumenty perkusyjne, chórki

Produkcja: Dana Strum i Mark Slaughter

Nazwa kapeli może czasami mylić. Wydawać by się mogło, że ekipa występująca pod szyldem Slaughter powinna grać coś, jeżeli nie krwiożerczego, to przynajmniej chociaż dość ciężkiego. Zamiast obiecywanej przez muzyków brutalnej rzeźni otrzymujemy gitarowy hair metal grany przez przystojnych (zgodnie z dawnymi standardami) chłopczyków. Kontrast pierwsza klasa. Celem uściślenia - nazwa kapeli nie była wynikiem chorej wyobraźni członków zespołu, lecz pochodziła ona od nazwiska jej frontmana.

Zespół powstał na zgliszczach Vinnie Vincent Invasion i świecił duże sukcesy na początku lat '90, w okresie największej popularności hair metalu, kiedy to grungeowy kataklizm zbliżał się wielkimi krokami. Debiut kapeli - Stick It To Ya sprzedawał się jak ciepłe bułeczki (podobno ponad 2 mln egzemplarzy), a teledyski grupy często gościły na małym ekranie. W samym USA krążek oblał się potrójną platyną, a Slaughter przez wielu byli wymieniani wśród pierwszoligowców. Zostali zaproszeni do nagrania części soundtracka do filmu "Bill & Ted's Bogus Journey" i stworzony przez nich Shout It Out stał się hitem. Za grupą podążały hordy grouppies i po prostu wypadało ich znać. Byli na topie. I szczerze mówiąc nie wiem dlaczego. Slaughter nie prezentowali wtedy niczego nadzwyczajnego. Byli solidną ekipą, ale nie wyróżniali się znacznie na tle innych, podobnych zespołów. Nawet ich kompozycje, choć momentami bardzo dobre, nie były aż tak porywające. Cechą rozpoznawczą zespołu był napewno Mark Slaughter. Wokalista ten wzbudza mieszane uczucia. Znam kilka osób, które nie mogą ścierpieć jego głosu. Fakt faktem jest on dość skrzekliwy, choć można się do tego przyzwyczaić, a z czasem nawet polubić. Dla niektórych może to być jednak bariera nie do przeskoczenia. Szkoda, że Mark tworząc swój zespół nie włożył do niego więcej brzmienia charakterystycznego dla Vinnie Vincent Invasion. Zespół chwilami grał faktycznie niczym ekipa z pierszej półki, a popularność zawdzięczał głównie kawałkom, które promowały wydawnictwo. Było ich mnóstwo. W dzisiejszych czasach mało która ekipa może pochwalić sie tyloma teledyskami nagranymi na potrzebę reklamy swojego debiutu. Up All Night jest potężnym rockerem, który uderza z głośników niezłą siłą. Większą rolę od gitar pełnią w nim bas i perkusja, a to stanowi ukłon w stronę oryginalności. Słowa piosenki nie są głębokie, co z jednej strony nie powinno stanowić zarzutu, ale z drugiej nie zaszkodziły by zmiany. Moim zdaniem zawodzi solówka gitarowa, przydałoby sie w niej trochę więcej pomysłowości i wymiatania, ale i tak kawałek jako całość może się podobać, a pozytywny efekt końcowy to zasługa wspomnianej wcześniej mocy. Nieźle wypada Spend My Life. Jest to przyjemna dla ucha półballadka, z ładnymi partiami klawiszy i miłą melodią. Kawałkiem, który zapewnił dużą sprzedaż wydawnictwu jest rasowa ballada - Fly To The Angels. Daje ona możliwość delektowania się w pełni ciekawą barwą głosu Marka Slaughtera, a poza tym jest ona po prostu bardzo dobra. Razić może trochę brak oryginalności i niektórzy mogą czuć pewien niedosyt. Mnie jednak kawałek się podoba. Na płycie możemy znaleźć również jego akustyczną wersję, lecz moim zdaniem stanowi to niepotrzebne zapychanie miejsca. Kolejnym świecącym triumfy kawałkiem było Mad About You ukazujące bardziej dynamiczne, może trochę kixowe oblicze kapelki. Brzmiało to nieźle (te lekkostrawne refreny!), choć nie rewelacyjnie. Wszystkie cztery opisane do tej pory numery dostały się do pierwszej 30-tki Billboardu i dzięki temu zespół prześcignął popularnością (lepsze moim zdaniem) Vinnie Vincent Invasion. Wadą płyty była moim zdaniem duża ilość zapełniaczy, których nie dało się uniknąć przy 15 kompozycjach na płycie. Gdyby była ona krótsza, gdyby parę kawałków z niej wyrzucić na bank bardziej by mi się podobała. Tym bardziej, że znaleźć można na niej jeszcze parę bardzo dobrych numerów, chwilami nawet lepszych od promowanego materiału. W You Are The One wokalista zapomina o skrzeczeniu i śpiewa bardziej czysto. Refren kawałku jest cukierkowy, ale w pozytywnym znaczeniu tego słowa. Fajne są takie pogodne numery, a ten w dodatku jest najbardziej AORowy z całej płyty. Gave Me Your Heart to taki Slaughter, który z łatwością daje się pokochać. Jest przebojowo, cukierkowo i melodyjnie, a do śpiewu wokalisty nie powinni się przyczepić nawet przeciwnicy zespołu. Bardzo dobrym kawałkiem jest Desperately. Chłopaki grają chwilami niczym Def Leppard. Zespół świetnie wypada w takim repertuarze i szkoda, że nie ma tu zbyt wielu tego rodzaju kompozycji. Przechodząc do omawiania wypełniaczy natrafiamy na takie kawałki jak chociażby otwierający płytę Eye To Eye. Być może narażę się tutaj niektórym fanom zespołu, ale utwór ten po prostu mnie nie rusza. Co z tego, że składa się z ciekawych fragmentów, kiedy nie łączą się one w spójną całość? Może gdyby refren był ciekawszy... Zawiodłem się trochę na She Wants More, choć wypada on lepiej od wcześniejszego kawałka. Ma niezły rytm, ale brakuje mu czegoś. Nie obraziłbym się, gdyby z płyty zniknęło That's Not Enough, podobnie zresztą jak nudne i nieporywające Louded Gun. Płytę kończy sadomasochistyczny żart i chyba trzeba mieć bardzo specyficzne poczucie humoru, żeby uważać go za śmieszny. Żeby nie kończyć recenzji marudzeniem, wspomnę jeszcze o numerze Burning Bridges, który był jednym z pierwszych kawałków z płyty, jaki miałem okazję poznać. Taki żywiołowy rock&roll bardzo pozytywnie nastawił mnie do krążka i po dziś dzień wracam do tego utworu z przyjemnością. Na płycie można również natrafić na instrumentalne Thinking Of June upamiętniające zmarłą na raka siostrę gitarzysty.

Płyta jest moim zdaniem dość ciekawa. Po pierwszym przesłuchaniu niespecjalnie mi się spodobała, z czasem jednak zacząłem doceniać jej fragmenty. Pomimo tego, że jest na niej kilka wypełniaczy, znalazłem na niej utwory, które uważam za niezłe. Brakuje mi tutaj jednak paru killerów, które wyjaśniałyby komercyjny sukces ekipy. Wydawnictwo jakby nie było zostało nominowane w 1991 w kategorii najlepszy metalowy album w ramach American Music Awards. Tak czy inaczej, przesłuchać nie zaszkodzi.

Oficjalna strona zespołu: www.slaughterweb.com

Guciomir
maj 2008