Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

SKULL DAZE - Skull Daze [2010]
Wydawca: Street Symphonies Records / Twilight-Vertrieb

  1. Intro
  2. Back To Hell
  3. Nothin’
  4. Heartbreak City
  5. Believe
  6. Turn It Down
  7. Beware
  8. Heartless Love
  9. Dirty Girl
  10. Nowhere To Run
  11. Sex Drugs And Rock N' Roll
Skull Daze

Skład: Johnny Rainbow - śpiew; Joey London - gitara basowa; Acey Starlight - gitara; Dany Slade - gitara; The President - perkusja

Produkcja: Skull Daze

Ostatnimi czasy przez moje ręce przewinęło się całkiem sporo kapel włoskich. Zazwyczaj traktowałem to jako ciekawostkę, nie przykładając do faktu skąd pochodzą zbyt wielkiej uwagi. Kiedy jednak zacząłem się trochę dokładniej zastanawiać, zorientowałem się, że dobrych, włoskich kapel jest coraz więcej. Kto wie, może właśnie powstaje nowy trend? Czy Skull Daze potwierdzi wysoką formę zespołów z Półwyspu Apenińskiego?

Na wstępie słów kilka na temat samej załogi. Kapela została założona przez Johnniego Rainbowa oraz Joey'a Londona w 2007 roku. Panowie szybko zrekrutowali bębniarza i gitarzystę, a następnie zaczęli koncertować i tworzyć własny materiał. Drogę do stworzenia debiutanckiej płyty otworzyło im zwycięstwo w konkursie organizowanym przez Roxxzone.com. Kapela przeżyła małe zmiany w składzie, wymieniając perkusistę i dokładając drugiego gitarzystę. Nie miałem okazji słuchać wcześniejszych demówek zespołu, ale z całą pewnością mogę stwierdzić, że wyczyny The Presidenta są niesamowite. Rzadko się zdarza, aby gra perkusisty tak bardzo przykuwała moją uwagę. W 2008 roku na rynku pojawiła się czteroutworowe EP o tytule Dangertainment. Nazwa przedziwna, ale podobno tworzenie własnych słów świadczy o bogatej wyobraźni. W końcu kapela trafiła do studia z prawdziwego zdarzenia i w 2010 roku wydała swojego pierwszego longplaya. Jaka jest to płyta? Czego można się spodziewać? Ekipa trochę mnie zaskoczyła, w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Mamy tutaj trochę hard rocka, ale odczuwalne są również wpływy heavy metalu. Zaczyna się od intra, które jest o tyle ciekawe, że słychać w nim smażonych ludzi, tak jakbyśmy mieli za chwilę trafić do piekła. I o dziwo, trafiamy tam wraz z utworem Back To Hell. Jest to potężnie brzmiąca kompozycja, po której przesłuchaniu wiemy już, jakiego rodzaju muzykę prezentuję zespół. Mamy więc tutaj zarówno wspomnianego hard rocka czerpiącego inspiracje z lat '80, ale również heavy metalowe, cięższe wstawki. Moim zdaniem takie rozwiązanie sprawdza się znakomicie, a uszy słuchacza mogą delektować się mocnymi wejściami instrumentów. W Nothin' usłyszymy odrobinę sleazu, ale nie jest to w żadnym przypadku motyw przewodni wydawcnitwa. Podobać mogą się, oprócz gry instrumentów, bardzo melodyjne, łatwe do śpiewania refreny. Odrobinę dokkenowo robi się przy okazji Heartbreak City, które moim zdaniem ukazuje lekko zmienione oblicze zespołu. Słychać wyraźnie, że panowie potrafią budować napięcie. Mocniejsze zagrywki usłyszymy w kolejnym numerze, czyli w Believe. Na uwagę zasługują, standardowo już, wyczyny poszczególnych muzyków. Jedynie wokal nie podoba mi się tutaj tak bardzo jak we wcześniejszych kawałkach. Jest melodyjnie, ale brzmi to trochę sztucznie. Szósteczka to Turn It Down i jednocześnie jeden z najlepszych numerów na płycie. Świetne słowa (bardzo oryginalnie dobrane, ale jednocześnie łączące się w spójną całość), świetna dynamika i melodyjność potrafią przykuć do siebie uwagę. Rock & Rollowy wagon rozpędza się wraz z Beware i gdyby nie to, że tym razem słowa są raczej skierowane do małolatów, to byłoby na prawdę super. Heartless Love przynosi ze sobą zmianę, gdyż zespół odwraca się w kierunku innych aranżacji. Od strony wokalnej brzmi dość smutnie, klimatem kojarząc mi się z bardziej ponurymi płytami Haremów, czy też z dwójką Gemini 5, ale od strony instrumentalnej jest bardziej żywiołowo, odrobinę nowocześnie w refrenach. Efekt jest niemniej jednak rewelacyjny i wzbogaca znacznie różnorodność materiału. Podobnie jest w przypadku Dirty Girl, ale tutaj na słowa pochwały zasługuje basista, który nakręca kompozycję. Mamy sleazowe, pełne życia refreny i Motleyowy klimat. Po prostu rewelka! W numerze dzieje się naprawdę wiele. Nowhere To Run brzmi zdecydowanie ciężko na początku i to głównie za sprawą basu. Wspomnę jeszcze raz, że gra instrumentów jest zdecydowanie plusem wydawnictwa i świetnie się go słucha, nawet jeśli refreny nie zachwycają tak bardzo. Sex Drugs And Rock N' Roll kończą płytę w motleyowym, sleazowym klimacie. Zespół gra minimalnie lżej, dając upust swoim emocjom. Jest nieźle, ale kilka wcześniejszych numerów zrobiło na mnie lepsze wrażenie.

Płytę oceniam jako udaną. Do jej mocnych stron zaliczyłbym brzmienie, ogólnie pojętą produkcję oraz przede wszystkim rewelacyjną grę instrumentów. Warto zwrócić uwagę na solówki. Mocniejsze zagrywki, dobry bas, dobra perkusja są tutaj kluczem do sukcesu. No i te dwie, potężne gitary. Do minusów z kolei wliczyłbym słabsze refreny, gdyż wielu z nich przydałoby się więcej kopa, więcej dynamitu. Tak czy inaczej z krążkiem warto się jest zapoznać i dokładnie przyglądać się przyszłości zespołu. Dobrze, że Street Symphonies zainteresowało się ekipą.

Oficjalny profil na MySpace: www.myspace.com/skulldazeband

Guciomir
maj 2010