|
Skład: Adam "Blackie Blackheart" Bała - śpiew; Andrzej "Andy McCartney" Domżoł - gitara; Tomasz "Tommy Red" Cedzyński - gitara basowa; Mateusz "Mazir" Mazur - perkusja
Produkcja: Paweł Kluczewski
Silver Samurai... cóż, w zasadzie to mogę całkiem sporo o tej kapeli napisać. Byłem jednym z pierwszych ludzi, którzy im kibicowali. Wzięło się to zapewne z mojej znajomości z Adamem Blackheartem, ale prawdę mówiąc nie potrzebowali takich for, bowiem ich muzyka przemawiała do mnie, niezależnie kto tam akurat występował. Że był to kolega, tym lepiej. Pamiętam jak przesyłał mi teksty do utworów, które nie były jeszcze gotowe, pamiętam te koncerty, po których bywało, że dyskutowaliśmy o muzyce przy piwie do białego rana. To było jakiś czas temu i wiele się od tamtej pory zmieniło.
Zmienił się też skład grupy. Pierwszego perkusitę mało już kto chyba pamięta, co zaś się tyczy basisty, to nieodżałowana jest postać Belushiego, który mimo swojego awangardowego spokoju był bardzo oryginalną twarzą kapeli. Nie ma to oczywiście większego znaczenia dla samej muzyki, gdyż jego następca niejaki Tommy Red (swoją drogą sympatyczny człowiek) radzi sobie całkiem dobrze i różnica, przynajmniej w samym graniu jest niewyczuwalna. Co innego image sceniczny, ale o tym nie będziemy się zbytnio rozpisywać. Silver Samurai ma dwa filary i od samego początku są to wokalista Adam 'Blackheart' Bała oraz utalentowany gitarzysta Andy 'McCartney' Domżoł, zwany także Rybą. Prawie całość materiału zawartego na debiucie Silverów to kawałki, z którymi zetknąłem się w wersjach koncertowych. Wiem, że grali później też inne, niemniej jednak ostatnio widziałem ich w lutym tego roku. Płytę otwiera dynamiczny Na Zawsze Szaleni. Styl ten mówi wszystko, melodyjny hard rock spod znaku Van Halen, tudzież bardziej technicznego KISS. To Silver Samurai dokładnie w takiej postaci, jak na samym początku. Zakonserwowali się chłopaki, co oczywiście jest zjawiskiem dobrym biorąc pod uwagę takie granie, natomiast wydaje mi się, że
produkcja studyjna zabiła trochę ducha rock and rollowego żywiołu. Są tego oczywiście plusy, brzmienie bardzo selektywne i dokładne, wykonanie perfekcyjne... choć nie wiem, czy dobrym pomysłem były te nakładki wokalne. Ktoś, kto nie widział Samuraja na żywo, może jednak przymknąć na to oko, ja się osłuchałem z tym materiałem, na długo zanim został wydany i mam dziwne wrażenie, że z deka przedobrzono. Bardziej to słychać w Ogniu, który jest jednym z moich ulubionych utworów Silverów i który na koncertach brzmiał niemal metalowo. Tutaj właśnie tego tytułowego ognia jest za mało. Zastanawiam się, jakby ten utwór brzmiał z dwoma gitarami... hmm mięcho. Ale i tak nieźle można przy tym poszaleć. Adam bardzo rozwinął się wokalnie od momentu, kiedy po raz pierwszy widziałem zespół na żywo, co miało miejsce... no właśnie... chyba kiedyś w latach 80's ;). Nie Zmienisz Mnie to również ich stały numer z repertuaru koncertowego. Andy ma swój wypróbowany zestaw riffów, albo jak kto woli, styl kształtowany w oparciu o stare sprawdzone przez Eddiego Van Halena wzorce. Bestii Miłości nie poznałem wcześniej, gdyż to nowszy z ich numerów. Blackie śpiewa tutaj trochę inaczej niż zwykle, demonstrując niższe rejestry swojego głosu i myślę, że brzmi on całkiem profesjonalnie. Chętnie usłyszałbym więcej kawałków w takowych klimatach, a że refren to niemal Lady Pank? Cóż, wstydu to chłopakom nie przynosi. Alone to jeden z pierwszych nagrań, jakie zrobili i pierwsza wersja tego numeru była bardzo popowa. Tutaj mamy do czynienia z czymś na kształt AOR-u i to bardzo ładna kompozycja, chociaż trochę drażnią mnie tutaj mechaniczne wokale w refrenie. Na koncercie Blackie zdzierał gardło, na płycie chyba zbytnio się nie wysilał. Zresztą śpiewa każdą sylabę identycznie, co właśnie sprawia wrażenie, że brzmi to sztucznie. Ostatni Buntownik trochę na siłę, a co gorsza pojawia się u mnie niepokojące wrażenie deja vu. Utwór w sumie mógłby być mocniejszy. To w zasadzie coś z pogranicza hard rocka i AOR-u (tutaj refren zdradza takie ciągotki). Na szczęście po nim ostrzejszy i jeden z lepszych kawałków, jakie chłopaki nagrali. Co prawda o wiele bardziej wolałem wersję live, ale nie będę już marudził. Ta ścieżka mogłaby być prawdziwym hitem. Blackie trochę zmienił tekst, jeśli porównać z pierwotną wersją, no i w sumie mogę powiedzieć, że zainspirowałem ten tytuł, więc w jakimś stopniu czuję się z tym kawałkiem emocjonalnie związany. Mam wrażenie, że live szybciej to szło. No nieważne. 69 Pocałunków. No cóż, też hicior, też jedna z kluczowych kompozycji Samurajów. Utwór można powiedzieć autobiograficzny. Zresztą podobnie jak kilka innych w tym zestawie, z czym Blackie specjalnie się nigdy nie krył. Andy gra płynnie i ma świetną artykulację. Dzięki temu wszystko brzmi selektywnie, nawet w mocniejszych fragmentach. Tak Jak Lubię to szybki utwór, którego wcześniej nie znałem. Sama muzyka nie robi na mnie specjalnego wrażenia, natomiast tekst Blackiego... coż, życzę mu, żeby kiedyś tę kasę faktycznie przeliczał i było mu do śmiechu. "Przyjaciele z dawnych lat których tyle miałem, ręki nie podają mi za to czym się stałem". W sumie to powinienem to skomentować, ale zamiast tego napiszę, że nie jest to do końca zgodne z prawdą. Na koniec kolejny killer She's From High School. Nie wiem, dlaczego dano go na samym końcu, ale widać taki był koncept autorów. Utwór ma bardzo przebojowy riff i generalnie czuć, że we wczesnym okresie twórczości chłopaki mieli niesamowicie wiele świeżych pomysłow. Tym bardziej szkoda, że nie nagrano na ten album tak znamienitych kawałków jak Lips czy Silver Samurai i nie umieszczono zamiast Ostatniego Buntownika i Tak Jak Lubię (Blackie tak naprawdę to nie jest samo zło ;)). Skupiając się na zawartości artystycznej albumu należy dodać, że produkcja płyty jest całkiem niezła, muzycznie chłopaki wiedzą, co jest grane i co ważne, wiedzą, co chcą grać. Dlatego mamy tutaj miks hard rocka z AOR-em. Może gdyby dostawić drugą gitarę, zrobiłby się z tego sleaze gdzieniegdzie, ale i tak nie ma co narzekać, bo takie płyty to obecnie rzadkość na naszym rynku.
Jeśli mnie ktoś pyta, czy krążek dorównuje zachodnim standardom, to przynajmniej w kwestii samych utworów powiem, że tak. Oczywiście Silver Samurai to nie Van Halen, a Blackie to nie David Lee Roth. Myślę jednak, że pewne rzeczy są nie do przeskoczenia. Płyta w każdym razie jest udana, bo taka być musiała. Nad tymi kawałkami pracowano wszak kilka lat. Chłopaki podobno pracują już nad następcą Back To The 80's i mam nadzieję, że może wykorzystają parę starych kawałków, które z jakichś względów na ten album nie trafiły.
Oficjalna strona zespołu na MySpace: www.myspace.com/silversamuraiband
LSDisease listopad 2009
|