|
Skład: John Prakesh - śpiew; Dominik Pfister - gitara basowa, instrumenty klawiszowe; Roger Tanner - perkusja; Thom Blunier - gitary; Thomas Muster - gitary
Produkcja: Thom Blunier
Shakra to już wyrobiona marka, ciesząca się pewną renomą na szwajcarskim rynku muzycznym, a nawet światowym, jeśli tylko ktoś w hard rocku "siedzi". Tę nazwę zwyczajowo wymawia się jednym tchem obok Krokusa, Gotthard i China. Większość krążków tej ekipy jest udana, małym zgrzytem było wydanie albumu Fall, na szczęście Szwajcarzy szybko się po tym pozbierali i wrócili do tego, co im wychodzi najlepiej.
Infected pokazało muzyków w dobrej formie, a Everest dostarczyło kolejną porcję hitów. Niestety w połowie roku 2009 z szeregów grupy zdezerterował jej wokalista Mark Fox - przyczyną były względy finansowe, gardłowy uważał, że zarabia w zespole za mało, mimo iż członkowie formacji dzielili podobno zyski na pięciu po równo... Głos Marka był dla mnie jedną z firmowych wizytowek Shakry, ale rozumiem fakt, że współpraca z kimś, z kim się ciągle trzeba wykłócać, musi kiedyś się zakończyć. Bałem się, jak sobie poradzi nowy wokalista w zespole, okazało się, że John Prakesh radzi sobie znakomicie i jego głos pasuje do muzyki Szwajcarów równie dobrze jak instrument poprzedniego gardłowego. John urodził się wprawdzie w Indiach, ale został adoptowany przez szwajcarską rodzinę. Z muzyką zetknął się dość wcześnie, pod wpływem siostry zainteresował się Bon Jovi, później został fanem Guns N' Roses. Grał na perkusji, potem na gitarze, frontował nawet grupie, której nazwę wzięto od jego nazwiska, wreszcie trafił do Shakry. Pierwsze dźwięki kawałka B True B You trochę mnie przestraszyły swoją industrialnością, jednak już kolejne riffy uspokoiły mą duszę - zespół gra tak samo jak na dwóch poprzednich krążkach i prezentuje ten sam styl co zawsze. Chyba za to fani tak bardzo lubią tę kapelę. Oryginalność nie jest pożądana, kiedy wszyscy czekają na te same, sprawdzone wielekroć patenty. Dodam tylko, że w solówce słychać postęp, jaki Thom Blunier poczynił przez te wszystkie lata. W I'll Be brzmienie robi się jakby bardziej rozmazane, smutniejsze w wymowie. Numer ma jednak swój klimat i świetnie się go słucha, zresztą w swojej historii grupa miewała już podobne, a ten wcale nie wydaje się gorszy. Truizmem byłoby stwierdzenie, że Crazy też Ameryki nie odkrywa, muzycy trzymają się bowiem swoich sprawdzonych standardów. Struktura ścieżki jest dość standardowa jak na tę grupę, co też gwarantuje, że pewien poziom będzie zachowany. Pozycja moim zdaniem trochę słabsza od dwóch poprzedniczek, za to również uzbrojona w przyzwoitą solówkę. Do nagrania tytułowego nakręcono teledysk i puszczono w świat, by promował całą płytę. Numer ostry, ale to też żadna niespodzianka, Szwajcarzy nie raz serwowali takie dania słuchaczom. Piosenka skonstruowana w prosty sposób, lecz niosąca ze sobą sporą dawkę energii, co zawsze w twórczości Shakry mi odpowiadało. Kotlet wprawdzie odgrzany, ale wciąż zjadliwy. Jasnym momentem płyty jest ballada o tytule When I See You. Również tutaj nowy wokalista sprawdził się wyśmienicie, linie melodyczne dobrze dopasowane do liryków, o jakichkolwiek wpadkach w harmoniach nie może być nawet mowy. Nie wiem, na jak długo gardłowemu starczy pomysłów na takie aranżacje, mam jednak nadzieję, że jeszcze na co najmniej kilka krążków. Dalej numer zatytułowany tajemniczo Mmtwgr. Kompozycja poprawna, na kolana nie rzuca, głównym atutem jest tu głos wokalisty, w miarę niezły riff i tradycyjnie już bardzo udane gitarowe solo. Yesterday's Gone wyróżnia się nieco z zestawu swoim klimatem, choć wciąż czuć, że gra Shakra. Ścieżka bardziej rozlekła, nieco nastrojowa, zresztą bardzo pożądana dla uspokojenia po wcześniejszych cięższych zagrywkach. Fajnie musi się do niej pić browara (niestety w momencie pisania recenzji nie było żadnego pod ręką, ale planuję to nadrobić przy kolejnym odsłuchiwaniu płyty ;)). Kolejna propozycja z zestawu, czyli Someday, jest raczej średnia jak na możliwości tej formacji. Wprawdzie żadnych konkretnych zarzutów jej nie przedstawię, acz padać na kolana też nie będę. Powiedzmy, że to taki niby niezbyt irytujący zapełniacz, ale jednak zapełniacz. Jakże cudnym utworem wydaje się następująca po nim ballada Lonesomeness. Tutaj już czuć kunszt Shakry. Może mało typowy numer jak na tę grupę, ale to bez znaczenia, skoro jest naprawdę dobry. Nie jest to standardowa pościelówka i w tym wypadku też chyba neleży to zespołowi policzyć na plus. Unspoken Truth zdaje się wzorować na tych nowszych dokonaniach Gottharda i w tej roli też nieźle mu idzie. Szczerze mówiąc, jest to jedna z najlepszych kompozycji z tutejszego zestawu nagrań. Wcale mi nie przeszkadza, że z tym stylem grania zazwyczaj wiąże się inne zespoły, Shakrze też się udało. W Brand New Day Szwajcarzy powracają do swojej skóry i robią się bardziej przewidywalni, lecz to nie zarzut. Może nie jest to jakiś genialny kawałek, wciąż jednak miły dla ucha. W ostatnim utworze z setu, Stronger Than Ever, John raz jeszcze udowadnia, że jego przyjęcie w szeregi grupy było najlepszym z możliwych posunięć. Ten facet ze swym głosem idealnie pasuje do stylu gry Shakry. Z ust wielu osób słyszałem, że nowy gardłowy jest najlepszym jak dotąd wokalistą tej szwajcarskiej formacji i z każdym kolejnym odsłuchem tej płyty sam zaczynam pomału przychylać się do tej opinii. A tak wracając do tematu, bardzo dobry numer na zamknięcie krążka.
Zespół kontynuuje drogę obraną na dwóch poprzednich wydawnictwach po kompletnie bezbolesnej wymianie wokalisty. Fani Shakry mogą Back On Track brać w ciemno, to wciąż ta sama kapela i gra dokładnie w taki sposób, za jaki wszyscy ją kochają. Dwie lub trzy pozycje z tego albumu uważam za jedne z najlepszych w karierze Szwajcarów; bez najmniejszych nawet kompleksów dorównują one starym przebojom Shakry. Płytę oczywiście polecam.
Oficjalna strona zespołu: www.shakra.ch
Guitarrizer marzec 2011
|