Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

SHAKE CITY - Shake City [2009]
Wydawca: Eönian Records / Nightmare Distribution

  1. One Good Reason
  2. Hot Love
  3. Betty Blue
  4. Get It While It's Hot
  5. Submarine
  6. Little Lianne
  7. Lust & Love
  8. Psychedelic Ride
  9. Sweet Dreams
  10. Can't Get Over You
  11. Game Of War
  12. Bad On Wheels
Shake City

Skład: Adam Shore - śpiew; Don E. Sachs - gitary, chórki; Michael Blair - gitary; Ray Bayley - gitara basowa, chórki; Jaycee Cary - perkusja
Gościnnie: Ethan Gladstone - gitara w [5, 8 i 12]

Produkcja: Stephen Craig, Tommy Thayer i Erik Turner

Przewrotna nazwa tego zespołu wywodzi się ponoć od ruchów sejsmicznych, tak charakterystycznych dla zachodniego wybrzeża USA, choć jednocześnie sugeruje ona charakter granej przezeń muzyki. Kapelę stworzyli w drugiej połowie lat 80-ych na spółkę: oryginalny wokalista Warrant, Adam Shore i gitarzysta Don E. Sachs, do których stopniowo dołączali kolejni instrumentaliści. Mimo licznych występów w rockowych klubach, załodze nie udało się nagrać longplaya, a tę stratę wyrównuje teraz Eönian Records, wydając piosenki zarejestrowane w latach 1990-1991.

Eponimiczny album formacji można opatrzyć określeniem "radosny hair metal z mnóstwem zapożyczeń z twórczości bardziej znanych kolegów z branży" i wcale nie będzie to stwierdzenie pejoratywne. Otwierający wydawnictwo, zagrany w średnim tempie, bardzo "warrantowy" One Good Reason ogrzewa energią skumulowaną w bardzo przyzwoitym riffie przewodnim i luzackim, imprezowym śpiewie Adama Shore’a, uzupełnionymi niezłą pracą sekcji rytmicznej. Dobrą zabawę kontynuuje kołyszący Hot Love, tym razem nie tak przekonujący na poziomie melodii, ale i tak wychodzący obronną ręką. Włosy były wielkie, gacie ciasne... Znacznie szybszy, rockandrollowy Betty Blue ma w sobie zadziorność i jednocześnie pewną dezynwolturę, które charakteryzowały wczesne dokonania Black N’Blue i Poison, stanowi bowiem miksturę młodzieżowej melodii i rasowych, 80sowych riffów. Zupełnie inny charakter ma Get It While It’s Hot, oparty na bluesowych rytmach, "pijanym" wokalu oraz aranżacji budzącej skojarzenia z atmosferą zadymionych, nocnych klubów. Szkoda, że nie ma lepszej melodii. Zdecydowanie ostrzejszy, szybki, pulsujący punkowym nerwem Submarine przywołuje ducha wczesnego Mötley Crue i może być propozycją dla fanów tego ostatniego; jak dla mnie wypada średnio (najciekawsza jest tu lekko psychodeliczna wstawka w środku). Obowiązkowa ballada Little Lianne ze swoją akustyczną zwrotką i spokojną linią melodyczną była chyba wyrazem zapatrzenia chłopaków w Warrant i Poison, które dało efekt poprawny, aczkolwiek nie wywołujący dreszczy. Styl tej drugiej grupy przebija przez cały Lust & Love, zarówno jeśli chodzi o riffy, jak i linie wokalne: tym razem brzmi to jednak jak typowa strona B singla... O wiele ciekawsze są kolejne dwa numery, noszące w sobie pewne zapożyczenia z twórczości Enuff Z’Nuff - posłuchajmy choćby charakterystycznych riffów, gitarowych smaczków i harmonii Psychedelic Ride, pożenionych z melodyką pełną odniesień do brytyjskiej inwazji, a jednocześnie przetworzoną na jankeski sposób. W podobnym kierunku idzie prościutka, ale stylowa ballada Sweet Dreams, ze specyficznie rozmytymi wokalami, łączącymi w sobie muzyczne światy lat 80-ych i 60-ych. Jeszcze jeden wolny numer mamy na pozycji dziesiątej. Delikatny Can't Get Over You jest jednak zbyt banalny, by zrobić jakiekolwiek wrażenie, po prostu szybko nuży. Na znacznie wyższą ocenę zasługuje napisany przy współudziale Janiego Lane’a, energetyczny Game Of War, okraszony chwytliwymi riffami i zawierający bardzo fajne przejścia ze zwrotki do refrenu, pełen tzw. haczyków. Nie da się ukryć, to murowany materiał na hit, którego nie powstydziłyby się znacznie bardziej znane ekipy. Bad On Wheels, pomimo że bazuje na typowo hairmetalowych kliszach, przynosi ze sobą taką dawkę świeżości i kopa, że każdy fan rzeczonej muzyki od razu go zaakceptuje (mi przypadły do gustu nienaganna współpraca gitar i bezczelny refren).

Chociaż materiał zawarty na tej kompilacji nie był w stanie wstrząsnąć posadami mojego świata, uważam, że może on stanowić interesujący dodatek do kolekcji płytowej maniaka glam metalu. Liczba przyzwoitych kawałków równoważy tu bowiem ilość bezczelnych wypełniaczy, a bez tych ostatnich nie docenilibyśmy tych pierwszych. Dlatego płytę umieszczam w kategorii "nie musisz mieć, ale warto".

Oficjalny profil na MySpace: www.myspace.com/shakecity11

Hardlover
maj 2010