Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

SHADOWLAND - Ring Of Roses [1992]
Wydawca: Si-Wan Records / The Verglas / Zero Corporation

  1. The Whistleblower
  2. Jigsaw
  3. Scared Of The Dark
  4. Painting By Numbers
  5. Hall Of Mirrors
  6. The Kruhulick Syndrome
  7. Ring Of Roses
  8. Dorian Gray [bonus track]
  9. I, Judas [bonus track]
Ring Of Roses

Skład: Clive Nolan - instrumenty klawiszowe, śpiew; Ian Salmon - gitara basowa; Karl Groom - gitary; Nick Harradence - perkusja

Produkcja: Clive Nolan i Karl Groom

Shadowland to neoprogresywna grupa powstała na początku lat '90. Filarami zespołu byli Clive Nolan (znany przede wszystkim z występów w Pendragon oraz zespole Arena, gdzie grał razem z byłym perkusistą Marillion Mickiem Pointerem) oraz Karl Groom (który występował także w Threshold). Muzyka grupy nie odbiegała od typowego neoprogresywnego szablonu, jaki prezentowało Pendragon i można śmiało uznać, że większość brytyjskich grup progowych w owym okresie grała w tym właśnie stylu.

Pierwszy utwór, The Whistleblower, jest na to dowodem. Muzyka to raczej żywiołowa, lekka, aczkolwiek jednoznacznie rockowa, z wyraźnie zarysowaną sekcją rytmiczną i synkopowym brzmieniem gitary. Takie granie może spodobać się fanom muzyki AOR, o ile zaakceptują oni długie formy często przerywane solowymi wstawkami. Chociaż The Whistleblower nie jest jakimś długaśnym utworem, bowiem trwa 6 i pół minuty jak większość kawałków tu zawartych. Po nim następuje prawie dwa razy dłuższy Jigsaw. Wiem, od razu przypomni się Wam Marillion, chociaż numer Shadowland nie ma nic wspólnego z klasykiem legendy neo progresu. To kompozycja raczej spokojna i można powiedzieć, że szablonowa, jeśli o takie granie chodzi. Optymistyczny klimat, bajeczne sola, jednak bez technicznych sztuczek (coś a'la David Gilmour), ale mimo pewnego spokoju nie brak tu i nutki dramatyzmu. Nie znudzi on z całą pewnością fana progresu, bo to żadne smęty. Oczywiście fani innych gatunków mogą poczuć się lekko znużeni... cóż progres wymaga cierpliwości. Wszystko to kwestia podejścia, bo albumik można potraktować także jako tło do codziennych zajęć, ot mało nachalna rockowa muzyka, świetnie wyprodukowana i zagrana. Dla mnie Jigsaw to jeden z lepszych numerów w zestawie. Scared Of The Dark ma tajemniczy klimat i kojarzy się trochę z marillionowym Slainte Mhath. Niestety nie rozwija się w ten sam sposób i brakuje tego impetu pod sam koniec kawałka. Nie, że jest to jakaś nieudana kompozycja, a po jakimś czasie wydaje się integralną częścią krążka, bez której Ring Of Roses byłby albumem niepełnym. W Painting By Numbers Nolan udawadnia, że podobne pomysły może wykorzystać zarówno w Pendragon, jak i w Shadowland. Co ciekawe, jego wokal momentami brzmi dokładnie jak kopia stylu Nicka Barretta. Nie przeszkadza mi to, bowiem tak się składa, że lubię Pendragon. Painting By Numbers to w stosunku do wcześniejszych utworów bardziej przebojowa kompozycja, chociaż oczywiście o AORowym hiciorku nie ma mowy. Po prostu jeśli progres kiedykolwiek uderzał w przebojowe nuty, to robił to właśnie w takim stylu. No więc przechodzimy do 14 minutowego Hall Of Mirrors. Tutaj też słychać pendragonowe naleciałości. Może ciut szkoda, że Barrett nie wykorzystał tych pomysłów na płytę The World, może była by ona ciekawsza. Z drugiej strony może dobrze, że Nolan postanowił założyć nową, świeżą grupę, gdzie mógł nagrywać to, co nie zmieściło się w repertuarze Pendragona. Można powiedzieć, że kawałek został chyba skrojony pod popisy klawiszowe Clive'a i całkiem słusznie. W 1992 roku wygrywał on bowiem takie rzeczy, jakich ówczesne Marillion nie grało od dobrych kilku lat. Ponieważ jak dla mnie forma Pendragon na początku lat '90 była taka sobie, krążek Shadowland przywracał nadzieję w klasyczny neo progres z początku lat '80. Żeby nie było, że Hall Of Mirrors to jedynie popisy klawiszowe, dodam, że i gitarowych solówek Grooma jest tu sporo. Ot, po prostu możemy śmiało uznać Ring Of Roses za płytę Nolana i Grooma, gdyż to ich partie wiodą prym i cała myzyka skrojona jest pod gitarowe solówki i keyboardowe pasaże. Doprawdy nie wiem, co kryje się za tytułem The Kruhulick Syndrome (choć brzmi intrygująco i interesująco), ale utwór rozpoczyna piękna klawiszowa partia ukazując kunszt Nolana. Kto wie, być może był on nawet lepszym klawiszowcem niż Mark Kelly, no a z całą pewnością bardziej eskponował swoje partie przez cały czas trwania swojej muzycznej kariery. W dalszej części mamy ciągle popisy Clive'a, ale i także nieśmiałe wtrącenia gitarowe Grooma (hiszpańska gitara pojawiająca się w pewnym momencie), które przechodzą w końcu w zapierające dech popisy (piękne gilmourowskie solo). Kawałek w całości jest instrumentalny i po prostu powala na kolana. Czegoś podobnego nie udało się zrobić żadnemu neoprogresywnemu zespołowi, łącznie z Marillionem (chociaż Marillion w latach '80 nie nagrywał instrumentalnych ścieżek, później zaś... a szkoda gadać). Na początku nagrania rządzi Nolan, pod koniec Groom, a obaj panowie to geniusze i nawet jeśli ktoś nie słucha progresu, powinien zapoznać się z tym albumem dla tego kawałka (słowa kieruję w szczególności do sympatyków utworów instrumentalnych). A dalej hicior. Najbardziej przebojowy i być może najlepszy fragment płyty. Fani AOR powinni być usatysfakcjonowani, co nie oznacza, że fani progresu mogą zrobić skip. Numer to w stylu Pendragona z czasów Kowtow, ale od razu mówię, że nie w stylu kawałka Saved By You. Bliżej mu raczej do Total Recall, a momentami do The Mask. Refren tego utworu to coś tak zapamiętywalnego, że spokojnie nadaje się do puszczenia w eter, chociaż pośród tego co się tam najczęściej znajduje, byłby i tak rzeczą niebywale ambitną. Szkoda, że zespół nie zadbał, by nakręcić wideoklip do tego numeru. To nic, że 6 i pół minuty, w końcu spece od edycji skróciliby go do 4 minut. Zmarnowano tak wyśmienity numer, który mógł być lokomotywą krążka i pozwolić mu uzyskać zainteresowanie nie tylko wśród fanów progresu. Tutaj oficjalnie album się kończy, jednak w reedycji z 1997 roku dodano jeszcze dwa bonusy. Pierwszy, najkrótszy na płycie kawałek Dorian Grey, to ledwie niecałe 3 minuty, ale widać nie trzeba było więcej by opowiedzieć tę ciekawą historyjkę, opartą zresztą na literaturze Oscara Wilde. Utworek w całości potraktowany na fortepian i wokal (Blind Gardian zrobili później utwór The Eldar utrzymany w tej poetyce). A na koniec I, Judas - fajowy tytuł, a kawałek rozpoczynają hard rockowe dźwięki gitary, które przechodzą w łagodne, solowe partie a'la Marillion. Te hard rockowe momenty wracają w dalszej części utworu, no i pojawiają się klawiszowe popisy Clive'a. Sama kompozycja jest niczego sobie, nie psuje obrazu całości, a jej żywiołowość nadaje odpowiedniego kolorytu płycie, gdyż na Ring Of Roses mamy do czynienia tak i z łagodnymi partiami, jak i ostrzejszymi (choć naturalnie nie żaden metal) więc dobrze, że ten numer dodano.

Krążek przestaje się kręcić, ponad godzina upłynęła, wystarczy. A ja powiem szczerze, że o wiele bardziej wolę płytę Ring Of Roses niż konkurencyjne The World Pendragona. Pewnie większość fanów się ze mną nie zgodzi, ale jak dla mnie dzieło Barretta & Co. jest potwornie nudne przy tym albumie i myślę, że Nolan nieco nudząc się w Pendragon zmajstrował Shadowland, by ożywić trochę neoprogresywne granie. Jak na moje ucho udało mu się to idealnie. Jedna z lepszych płyt w gatunku.

Oficjalna strona zespołu: www.shadowlanduk.com

LSDisease
październik 2009