Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

SEVENTH WONDER - Waiting In The Wings [2006]
Wydawca: Lion Music

  1. Star Of David
  2. Taint The Sky
  3. Waiting In The Wings
  4. Banish The Wicked
  5. Not An Angel
  6. Devil's Inc
  7. Walking Tall
  8. The Edge Of My Blade
  9. Pieces
Waiting In The Wings

Skład: Tommy Karevik - śpiew; Johan Liefvendahl - gitary; Andreas Blomqvist - gitara basowa; Andreas 'Kyrt' Söderin - instrumenty klawiszowe; Johnny Sandin - perkusja
Gościnnie: Jenny Karevik - śpiew w [4]

Produkcja: Seventh Wonder

Podobno jeszcze przed wydaniem debiutanckiego krążka z powodów personalnych szeregi Seventh Wonder opuścił Andi Kravljaca, ale dość szybko grupa znalazła na jego miejsce innego dobrego gardłowego w osobie Tommy'ego Karevika, wcześniej związanego z Vindictiv. Waiting In The Wings ukazuje zespół już jako w pełni profesjonalną formację, drugi album Szwedów to bez wątpienia kawał porządnie zagranej i wyprodukowanej muzyki. Jedną z rzeczy, która mnie najbardziej cieszy, jest dopracowane brzmienie, przy którego kreowaniu pomagał odpowiadający za miksowanie Tommy Hansen, bo to właśnie kwestie brzmieniowe najbardziej doskwierały przy "jedynce".

Otwierający wydawnictwo numer Star Of David już jest dobrą wizytówką całości, bo zginęły gdzieś te power metalowe korzenie aż nadto słyszalne na debiucie. Metal progresywny w stylu Dream Theater wziął górę, przy czym należy dodać, że Siódmy Cud ogromną wagę przykłada do tego, by ich utwory były melodyjne, co jest zresztą znakiem firmowym tej kapeli. Jest też i pewien mankament w tym kawałku i co ciekawe, jest nim sam początek utworu, gdzie Karevik śpiewa tak, by powietrze wdychane i wydychane było wręcz słyszalne. Nie wiem, jaki cel przyświecał wokaliście, może miało to brzmieć naturalnie, może chciał pokazać, że się wczuwa w to, co robi, ale niekoniecznie tak to wyszło. Jak już wspomniałem, kompozycja jest mimo wszystko przednia i tym początkiem nie należy sie zbytnio przejmować. Na pozycji drugiej jeden z moich ulubionych utworów tej grupy, Taint The Sky. Wstęp powinien powalić na kolana wszystkich miłośników dźwięku a'la lata '80, mamy tu bowiem majestatyczne struktury klawiszy, które nieodparcie kojarzą się z takimi klasykami ery hair metalu jak The Final Countdown Europe, You Don't Remember I'll Never Forget Yngwiego Malmsteena, czy Mighty Wings Cheap Trick. Nie chodzi mi tu o podobieństwo melodyczne, a raczej o sposób budowania muzycznych fraz, o pewien charakterystyczny środek wyrazu. Można puścić ten kawałek komuś, kto go jeszcze nie zna i zapytać, jak sądzi, z którego roku to muza. Niemal pewne, że w odpowiedzi padną lata osiemdziesiąte. No ale na wstępie się przecież kompozycja nie kończy, dalej mamy melodyjne refreny również zmajstrowane w tej "staromodnej", ale jakże miłej dla ucha stylistyce, podobnie i chórki. Nadszedł czas na tytułowe Waiting In The Wings. Początek już nie tak wyrafinowany jak uprzednio, przypomina starą muzykę pop, na szczęście reszta odzyskuje wysoki poziom startu płyty. Tym razem patent wygląda mniej więcej tak, jakbyśmy wzięli jakiś utwór AORowy i zrobili z tego zwrotkę, niemal zupełnie nie ma tam przesterowanego dźwięku, piosenka wydaje się niemal balladowa. Pozostała część to już typowy progres, jaki przywodzi na myśl dokonania powiedzmy Liquid Tension Experiment, czy solowe krążki takich klawiszowców jak Jordan Rudess i Derek Sherinian. Porównuję do klawiszowców, gdyż 80 procent tego numeru stanowią rozbudowane partie instrumentów klawiszowych Kyrta. Końcówka natomiast to już klonowanie Dream Theater i to w dodatku bardzo udane. Kolejna wyśmienita kompozycja to Banish The Wicked, mimo iz nie występuje tu jakiś ciężki przester, to wydaje się ona dość ciężka, a to z racji specyficznego frazowania i akcentowania. Nie rozminę się z prawdą, jeśli porównam to powiedzmy do takiego utworu Yngwiego Malmsteena jak Final Curtain (melodie zupełnie inne, ale pomysł na utwór podobny), skojarzenia z Malmsteenem wzbudzi też zresztą neoklasyczna solówka w środku. Grupa nie byłaby jednak sobą, gdyby zrezygnowała z zaskakiwania słuchacza i gdyby nie wplotła tu kilku ciekawych wstawek. Tak więc cała reszta piosenki to już taka firmowa mieszanka Szwedów, jest i coś w stylistyce AORowej, są zapożyczenia z Dream Theater, jest też bardzo zgrabny hard rockowy riff. Dość niewinnie i od miłych dźwięków zaczyna się Not An Angel, łagodne wydają się też linie wokalne ciągnące się przez cały kawałek. A jednak solówki i popisy klawiszowe są jak niemal żywcem wyjęte z Symphony X, przy czym, co najciekawsze, wszystko to jakims magicznym sposobem pasuje do siebie jak ulał. Upewnia mnie to w przekonaniu, że Seventh Wonder to jedna z najciekawszych kapel ostatnich lat. Zaskakuje też dalsze Devil's Inc., gdzie Karevik śpiewa inaczej niż zwykle w niektórych momentach, zagęszczając sylaby, pauzując i stopniowo schodząc niżej, wszystko na jednym wdechu i tak kilka razy z rzędu, a potem jak niby nigdy nic powracając do śpiewania bardziej rozwlekłego. Wygląda na to, że formacja czerpie ze studni niewyczerpanych pomysłów i zaskakuje słuchacza na każdym kroku. Walking Tall wypełnia pustkę, którą słynni Nowojorczycy pozostawili po wydaniu Images & Words i Scenes From A Memory. To mniej więcej ten sam typ grania i gdyby tak podmienić tu wokale na LaBrie i dostawić ten numer na tamte krążki, mało który fan poznałby, że to nie DT. Jasne, że to kopia, ale jakże udana. Na uwagę zasługuje końcowa solówka odegrana na nieprzesterowanym dźwięku (a może to klawisze?). Rewelacyjnie wita słuchacza The Edge Of My Blade z radosną linią gitar, ciekawie pracującymi klawiszami i sekcją rytmiczną, że nie wspomnę o pojawiających się tu i ówdzie flażoletach, które są jak rodzynki napotkane w cieście. Bardzo przebojowy i lekko strawny utwór, przyjazny radiowej emisji i powinien spodobać się fanom melodyjnego rocka z lat '80. Piosenka ta kończyła promocyjną płytę, jaką wytwórnia rozsyłała prasie muzycznej, kto zakupił normalną wersję albumu, dostaje jeszcze jedną pozycję bonusową - Pieces. Jest to oparta na klawiszach ballada, podobna nieco w swej stylistyce do ostatniej ścieżki z debiutu. Mimo swej odmienności pasuje do całego zestawu, jest swego rodzaju urozmaiceniem i chociaż nie przepadam zbytnio za takimi kompozycjami, o ile nie ma ich w nadmiarze, to nie mam nic przeciwko temu.

Przeczytałem kilka recenzji tej płyty by sprawdzić, czy to tylko mi się ten krążek wydaje genialny, okazuje się, że to nie tylko moje odczucia. Jedyne, z czym nie mogę się z nimi do końca zgodzić to teza, że wszystko jest lepsze dzięki Karevikowi. Owszem, gardłowym jest niesamowitym, lecz jak dla mnie jest to wokalista tego samego, wielkiego zresztą kalibru co Kravljaca. "Wyższość" tego dzieła nad debiutem natomiast polega moim zdaniem na tym, że porzucono te mało ambitne power metalowe galopady i zadbano o konkretne brzmienie. To progresywno-hardrockowe oblicze Seventh Wonder zdecydowanie bardziej mi odpowiada. Muzyka dla wymagających, szczerze polecam.

Oficjalna strona zespołu: www.seventhwonder.nu

Guitarrizer
grudzień 2008