Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

SEVENTH WONDER - The Great Escape [2010]
Wydawca: Lion Music

  1. Wiseman
  2. Alley Cat
  3. The Angelmaker
  4. King Of Whitewater
  5. Long Way Home
  6. Move On Through
  7. The Great Escape
The Great Escape

Skład: Tommy Karevik - śpiew; Johan Liefvendahl - gitary; Andreas Blomqvist - gitara basowa; Andreas 'Kyrt' Söderin - instrumenty klawiszowe; Johnny Sandin - perkusja
Gościnnie: Jenny Karevik - dodatkowy śpiew; Johan Larsson - dodatkowy śpiew; Arto Järvelä - skrzypce w [4]

Produkcja: Seventh Wonder

Szwedzi z Seventh Wonder awansowali do grona moich ulubionych wykonawców dzięki dwóm albumom - Waiting In The Wings i Mercy Falls, które uważam za rewelacyjne. Od wydania ostatniego z nich minęły dwa lata i grupa przypomina o sobie kolejnym, czwartym już krążkiem. Płyta nosi tytuł The Great Escape i zawiera 7 kompozycji.

Już nie zliczę, ile to razy słuchałem Mercy Falls, płytę pod wieloma względami genialną, doskonałą i unikatową. Chłopakom udało się połączyć rocka/metal progresywny z symfonicznymi wstawkami i do tego jeszcze nie zapomnieć o solidnej dawce chwytliwych dla ucha melodii. Kiedy dowiedziałem się o pracach nad premierowym materiałem, od razu napaliłem się na nowy krążek utalentowanych Szwedów. Jeszcze przed jego wydaniem nie wytrzymałem i pilnie śledziłem postępy Seventh Wonder, regularnie zaglądałem na stronę i forum zespołu, delektowałem się wprawdzie krótkimi, ale za to apetycznymi "teaserami" zamieszczanymi na YouTube. Wreszcie album się ukazał. Tak jak się spodziewałem, nie jest on w stanie przebić fenomenalnego Mercy Falls (bo to chyba niemożliwe), lecz bardzo pocieszającym jest fakt, iż pod względem stylistycznym daleko od tamtego wydawnictwa muzycy nie odchodzą. Ba, nawet Wiseman, który zaszczytnie otwiera dzieło, ma wiele wspólnego z poprzednim krążkiem. Już od pierwszych dźwięków atakują słuchacza symfoniczne klawisze wspomagane specyficzną dla tej grupy pracą sekcji rytmicznej i pulsującymi gitarami. Potem wchodzi ze swym głosem Karevik, prezentujący nadal wysoką formę wokalną, zupełnie jakby czas od wydania Mercy Falls stanął w miejscu. I chyba ze względu na te wszystkie podobieństwa jest to utwór, który z całego zestawu najszybciej do mnie trafił i po kilku przesłuchaniach wciąż pozostaje moim faworytem. Dodam jeszcze, że całość brzmi świetnie - za produkcję wprawdzie po raz kolejny odpowiada sam zespół, warto jednak wspomnieć że miksowaniem i masteringiem zajął się Erik Mårtensson, znany kompozytor i muzyk (Eclipse, WET). Pierwszy numer łatwo zdobył moje zaufanie, za to drugą pozycję w zestawie, Alley Cat znałem już wcześniej z umieszczonego przez grupę w Internecie teledysku. Przyznam szczerze, że jakoś ta piosenka nie powaliła mnie od razu na kolana, za to od samego początku podobał mi się jej bardzo melodyjny refren. Na tak wspaniałe aranżacje wokalne to poza Karevikiem niewielu gardłowych potrafi się w dzisiejszych czasach poważyć. Coś pięknego. Fani Seventh Wonder z pewnością nie będą zawiedzeni. The Angelmaker rozpoczyna się od bluesowo-ilustracyjnego wstępu, czegoś na kształt Pink Floyd czy Jeffa Becka, by dalej przejść w typową dla formacji balladę ze wstawkami progresywnymi. Bardzo przyzwoite nagranie, które jednak szpecą momenty z "industrialnymi" liniami wokalnymi (głos Tommy'ego jest przepuszczony przez jakiś efekt). W zasadzie poza tym szczegółem, to nie mam się tu do czego przyczepić. Podoba mi się kolejny w secie King Of Whitewater i nawet wiem, dlaczego. Tak, tak, jest on po prostu podobny do utworów z Mercy Falls, ot i cała tajemnica. Progresywność, melodyka i zmiany tempa, to znak rozpoznawczy stylu gry Szwedów. Ale do głównego dania dodano coś jeszcze - kapitalną wstawkę odegraną na skrzypcach przez Arto Järvelä. Naprawdę zacna przyprawa. Mniam. Dalej bardzo balladowe i ckliwe Long Way Home. Cóż, jakoś ostatnio kompletnie nie mam ochoty na słuchanie ballad, więc wybaczcie, nie padnę tym razem na kolana. Za to podoba mi się końcówka, gdzie miło usłyszeć po raz kolejny głos Jenny Karevik (wciąż chodzi mi po głowie to, co zrobiła kiedyś w Banish The Wicked). Move On Through oczarował mnie już swym początkiem, gdzie zgrabną zagryweczką na basie zaprezentował nam pan Blomquist, ale to nie jedyny tutaj smaczek. Tradycyjnie dobre solówki serwuje Johan Liefvendahl, zarazem wyważone i oszczędne, ale za to jak pojawi się jakiś flażolet, to od razu cieszy ucho. Nie zabrakło solidnej dawki melodii i typowych dla Seventh Wonder aranżacji. No i został na koniec numer tytułowy - The Great Escape. Zespół nie zdecydował się podzielić go na osobne części i stąd kompozycja rozciąga się do ponad 30 minut. Tematycznie utwór nawiązuje do epickiej sagi "Aniara", napisanej w 1956 r. przez szwedzkiego noblistę Harry'ego Martinsona. Muzycznie wyodrębnić można tutaj kilka motywów ; jedne przekonuja mnie bardziej, inne mniej, ale ogólnie ścieżka broni się sama. Dużo się w niej dzieje, więc słuchacza nie zanudzi, ale recenzentowi ciężko jest za to opisać ją w kilku zdaniach. Sporo zmian tempa, gdzieniegdzie motywy teatralne, tu i ówdzie trochę więcej galopów, są motywy mroczniejsze i weselsze, no i przede wszystkim cała masa popisów instrumentalistów. To jest dobre i urzekające.

Seventh Wonder osiągnęło pewien poziom, który pozwala im na nagrywanie cudownych płyt. Moim zdaniem swój szczyt grupa osiągnęła na albumie Mercy Falls i ciężko będzie teraz muzykom przeskoczyć samych siebie. The Great Escape fani zespołu mogą kupić w ciemno, wydawnictwo urzeka od początku do końca. Z czystym sumieniem polecam.

Oficjalna strona zespołu: www.seventhwonder.nu

Guitarrizer
grudzień 2010

We wrześniu tego roku całym światem progresywnego metalu wstrząsnęła wiadomość o odejściu Mike’a Portnoya z Dream Theater. Decyzja perkusisty i jednego z założycieli nowojorskiej grupy wywołała szereg emocji i dyskusji na temat przyszłości Dream Theater, które zresztą wciąż pozostają otwarte. Interesujące jest, że podobną sytuację mogliśmy zaobserwować miesiąc wcześniej w barwach młodszego kuzyna Teatru Marzeń, szwedzkiej grupy Seventh Wonder. W sierpniu skład grupy postanowił opuścić Johnny Sandin - analogicznie do Portnoya - perkusista i współzałożyciel zespołu, ale o ile Portnoy opuścił swój zespół przeszło rok po nagraniu ostatniego studyjnego albumu, o tyle Sandin zrobił to na kilka miesięcy przed premierą czwartego studyjnego materiału Szwedów. Krążek pt. The Great Escape ostatecznie ujrzał światło dzienne na początku grudnia.

Pośród jego twórców widnieje oczywiście nazwisko rzeczonego perkusisty, który nagrał i zarejestrował wszystkie linie perkusyjne, a nawet pojawił się w video promującym album (Alley Cat), ale nie sposób oprzeć się wrażeniu, że na etapie dopracowywania ostatnich szczegółów płyty, a także przygotowywania jej do premiery przez wytwórnię Lion Music, do której należy Seventh Wonder, w grupie zapanowało napięcie i niepokój. Nikt nie myślał reklamować tego albumu pod szyldem "ostatni album z Sandinem", ale fani zespołu wyraźnie odczuli wymowę premierowego materiału, który nieoczekiwanie stał się albumem pożegnalnym Sandina. Z pewnością jest to pożegnanie na najwyższym poziomie. The Great Escape to album dojrzały i dopracowany. Wypełnia go sześć standardów progresywnego metalu, rozciągniętych w otwartych, wielowątkowych kompozycjach, które wypchane są pokaźnym zestawem instrumentalnym, pięknymi melodiami i jednym z najciekawszych wokali w progresywnym metalu, sporadycznie wzmocnionym specyficznymi chórkami i żeńskim głosem. W muzyce kwintetu ze Sztokholmu w osobach Tommy’ego Karevika, Andreasa Soderina, Johana Liefvendahla, Andreasa Blomqvista i Johnny’ego Sandina słychać inspiracje firmowymi zespołami z gatunku, a jednocześnie również niuanse dźwiękowe i kompozycyjne, które stanowią kolejny ważny krok w drodze do wypracowania własnego, trudnego do podrobienia stylu. Czwarty studyjny album Seventh Wonder tworzą bardzo ożywione utwory, w których próżno szukać dłuższych chwil balladowo-refleksyjnych. Grupa już nie pierwszy raz postawiła na szybkość, dynamikę i siłę brzmienia kompozycji, co przełożyło się też na liczne, unikatowe wypuszczenia solowe poszczególnych instrumentalistów (na tej linii zdecydowanie prym wiodą klawiszowiec Soderin i gitarzysta Liefvendahl). Dużym zaskoczeniem jest zamykająca album, siódma kompozycja, która trwa nieco ponad pół godziny. To najdłuższy utwór w historii formacji i zarazem najbardziej skomplikowany. W tych trzydziestu minutach Seventh Wonder zmieścili wszystko, co do tej pory zdążyli nagrać: manipulowanie nastrojem, nowoczesne wygładzone brzmienie, rewelacyjne partie instrumentalne z solówkami włącznie i hipnotyczny wokal. Utwór będący miniaturą dotychczasowej aktywności studyjnej Seventh Wonder rozpoczyna dosyć niepozorny, usypiający klimat zbudowany na akustycznych strunach i spokojnych wokalach, ale z każdą kolejną minutą zespół zaczyna czarować. Nagranie jest na tyle magnetyczne, że z trudem zorientowałem się, kiedy ze spokojnych, balladowych linii dostałem się pomiędzy rozpędzone, dynamiczne instrumentarium. Przypomniał mi o tym wokal Karevika, w przypadku tej ścieżki dosyć ostrożnie serwowany, który doskonale wkomponowuje się w szybkie zestawy gitarowo-perkusyjno-klawiszowe. W The Great Escape nastąpiło kilka niespodziewanych zmian nastroju: włączając w to piękny mini koncert klawiszowy Soderina, nagłe wybuchy gitarowo-perkusyjne Liefvendahla i Sandina (są momenty kiedy są szybsi od TGV!) i nagłe przestoje, które nawiązują do wstępnych, minimalistycznych partii utworu. Ten potężny numer to prawdziwa kopalnia smaczków, chwytów i patentów.

Dwie wyraźnie zarysowujące się części The Great Escape zbudowane w jednej z progresywnych strzałów, a w drugiej z monumentalnej kompozycji utworzyły album, obok którego żaden fan progresywnego metalu nie powinien przejść obojętnie. Szwedzi z Seventh Wonder ostatecznie odcięli się od etykiety dobrze zapowiadającego się zespołu, bo w tej chwili stanowią elitę w mocniejszej odmianie muzyki progresywnej. Jeden z fanów grupy określił ten krążek jako "czysty geniusz" i muszę przyznać, że już naprawdę niedużo brakuje grupie, by w swoim gatunku sięgnęła po Złotego Graala. Szkoda tylko, że kolejne sukcesy Seventh Wonder będą przychodzić już bez udziału Sandina…

Konrad Sebastian Morawski
grudzień 2010