|
Skład: Tony Mills - śpiew; Matt Black - śpiew; Christopher Gould - gitara prowadząca i rytmiczna, chórki; John Clews - gitara prowadząca i rytmiczna; Gareth David Noon - instrumenty klawiszowe, chórki; Gareth Vanstone - gitara basowa, chórki; Roy Millward - perkusja
Produkcja: Sheena Sear i Mark Stuart
Pamiętacie taki band, który wziął się praktycznie znikąd? Nazywa się Serpentine i swój debiut, za sprawą wszędobylskiego wokalisty Tony Millsa, wymodził rok temu. Płyta ta nosiła tytuł A Touch Of Heaven. Zanim jednak powstał ów krążek, nasz gardłowy dogadał się między innymi z kumplami z Acacia Avenue, gdzie zaśpiewał gościnnie. Jakby tego było mało, wszyscy zapewne pamiętają doskonale przyjęty debiut projektu State Of Rock, w którym nasz bohater również się udzielał. Przede wszystkim jednak Millsa kojarzyć trzeba z TNT oraz oczywiście Shy.
Zaskoczyło mnie info o nowym wypieku Serpentine, bo mówiło się, że Tony na nim nie zaśpiewa, a reszta zespołu znalazła już nawet następcę w osobie niejakiego Matta Blacka. Koniec końców jednak reszcie zespołu udało się ubłagać starego wokalistę i zaśpiewał on na drugim LP Serpentine, ładnie zatytułowanym Living And Dying In High Definition. Tak więc znów będziemy mieli do czynienia ze znakomicie podanym i opakowanym w fajne melodie, eleganckim, brytyjskim AOR-em. Jak zwykle dostaniemy również zajebiste chwytliwe refreny oraz znakomitą produkcję, co jest już właściwie standardem, jeśli chodzi o tych panów. Rzut oka na okładkę. Tym razem mniej pastelowych kolorów, więcej ciemnych barw. Czy to źle? Może tak, a może nie. Osobiście layout kojarzy mi się z pewną pracą zdobiącą jeden z krążków Primal Fear. Zatem rzut oka na to, co zdobi płytę i zaglądamy do środka. Nowy album Serpentine zawiera 10 premierowych kompozycji i trwa około 54 minut. Ktoś może powiedzieć, że to bardzo długi krążek. Może. Ja zawsze mam za złe zespołowi, że zostawia mnie nienasyconego muzycznie, bo wiele jest takich płyt, gdzie aż się prosi o dodatkowe 1-2 utwory. Więc mi jak najbardziej to odpowiada. Nowy wypiek Millsa i spółki rozpoczyna się od klimatycznego intra w Deep Down (There’s A Price For Love), które osobiście kojarzy mi się z kawałkami Ten. Super! Ja bardzo lubię takie otwarcia. Robi się coraz bardziej ciekawie, coraz bardziej dynamicznie i mamy pierwszy udany kawałek. Oczywiście jak przystało na tych panów, mamy ładnie zaśpiewany refren z chórkiem reszty zespołu w tle. Do tego bardzo udany podkład klawiszy pana Garetha Davida Noona, który jak zawsze robi dobrą robotę. Bardzo podoba mi się to, jak współpracuje on z gitarzystami. W tle ładnie grająca sekcja i mamy bardzo dobry numer. Może jeszcze nie przebój, ale słucha się tego doskonale. Roy Millward za garami rozpoczyna kolejny kawałek, krótko zatytułowany Philadelphia. Przyznam, że w pierwszej chwili pomyślałem, iż to zaginiona ścieżka Skandynawów z Brother Firetribe. Konstrukcja bardzo podobna do tego co robią wymienieni wyżej Finowie. Nie jest to zły numer, ale w porównaniu do poprzedniego wyraźnie słabszy, choć ciągle da się słuchać i nie wkurza. Na dłuższą metę jednak mojego ucha na dłużej nie przyciąga, bo zdecydowanie wolę takie wałki jak Dreamer. No, co za hit! Takie przeboje może śpiewać wyłącznie Mills. Komu podobał się ubiegłoroczny debiut State Of Rock, wie, o czym mówię. Doskonały, nośny, dynamiczny i pędzący na złamanie karku kawał dobrego AOR grania. Rzecz jasna mamy znakomite melodie, świetny podkład klawiszy, doskonałe gitary, kapitalny, chóralny refren i gnającą radośnie sekcję. Jakże fajnie wypadają te zwolnienia. W sam raz by zdjąć nogę na zakręcie, a na prostej znowu wbić pedał do dechy, opuścić szyby i jechać przed siebie. Po takich doznaniach warto nieco zwolnić, zrobić "słitaśną" atmosferkę, w sam raz do gruchania we dwoje i nagrać taki numer jak Love Is Blue. Ładnie skonstruowana balladka ze świetnym, chóralnie zaśpiewanym refrenem. Całości wrażeń dopełniają ładne klawiszowe tła, z uśmiechem śpiewający Mills oraz udane solo gitarowe. Utworek polecam naszym rockowym paniom, na pewno przypadnie im do gustu. Kolejną, wolniejszą propozycją jest zadumany Where Do We Go From Here? Podoba mi się tu fajnie skonstruowany refren. Wiecie, słuchałem sobie tego krążka kilka razy w samochodzie i muszę powiedzieć, że świetnie się przy nim prowadzi. Kilometry same uciekają pod kołami, a palce wystukują rytm na kierownicy. Będąc w połowie nowego dzieła Serpentine, myślę, że jest to album lepszy od swojego poprzednika. Kolejnym przebojem jest Cry. Znów ta charakterystyczna maniera Millsa, znakomicie skonstruowany i łatwo wpadający w ucho refren. Może nie jest tak dobrze jak w przypadku wyżej omawianego wałka, ale naprawdę nie ma powodu do narzekań. Całość okrasza fantazyjna, gitarowa solówka. Best Days Of Our Lives to chyba taki raczej wspominkowy utworek. Słucha się dobrze, choć nie ma w nim niczego niezwykłego. Poza tym już chyba ktoś nagrał kawałek o podobnie brzmiącym tytule. Do stawki znakomitych propozycji dołącza Heartbreak Town. Uwielbiam sposób, w jaki zespół konstruuje takie refreny. Zapamiętywalne i łatwo wpadające w ucho. Przy okazji dostajemy dynamiczne nagranie. Czego chcieć więcej? Nie wiem natomiast, o co chodziło zespołowi, który przedostatnią ścieżkę na nowym LP zatytułował Nuremberg. Czyżby chodziło o pewien znany serial o tym tytule? Nie żebym miał coś przeciwko, bo to bardzo dobry numer. Tyle, że nieco odstaje od ogólnego obrazu całości. Taki bardziej, hmmm, progresywny. Album kończy dynamiczny Forgotten Heroes. Bardzo udany numer na pożegnanie słuchacza, a także pożegnanie Millsa, który jak głosi fama, nie zaśpiewa już na kolejnym krążku Serpentine. Pierwotnie bowiem to Matt Black miał zaśpiewać na nowej płycie. Nawet z jego udziałem wstępnie zarejestrowano trzy utwory: Philadelphia, Cry oraz Lonely Nights. Ten ostatni nie znalazł się jednak w tutejszym zestawie. Do dwóch poprzednich Tony ponownie nagrał wokale i tak oto, raz jeszcze, ale już ponoć po raz ostatni jego głos znalazł się na tym wydawnictwie.
Mi się ta płyta zwyczajnie podoba. Może nie jest tak przebojowa jak ubiegłoroczne krążki z Millsem na wokalu, ale naprawdę nie jest zła. Fani dobrego, brytyjskiego AOR-u na pewno nie będą zawiedzeni. Polecam, ode mnie nota w granicach 8/10.
Oficjalny profil na MySpace: www.myspace.com/planetserpentine
Vinvent sierpień 2011
|