|
Skład: Klaus Meine - śpiew; Rudolf Schenker - gitary; Pawel Maciwoda - gitara basowa; Matthias Jabs - gitary; James Kottak - perkusja
Produkcja: Scorpions
Powrót Scorpions jest na pewno jednym z wydarzeń tego roku. Legendarna grupa, jedna z tych marek uznanych na całym świecie, grup które nawet "twardzi" ultra metalowcy szanują. Powrót oczekiwany też dlatego, że poprzedni album niemal wbił gwóźdź do trumny, jednak jak widać udało się ekipie pozbierać. Cóż, jak chyba większość uważam eksperyment Eye II Eye za kompletne fiasko, a więc wiadomo było, że nawet gdyby nagrali słabą, ale rockową płytę, grupa będzie otrzymywać przychylne recenzje. W ten sposób właśnie odbierałem pierwsze sygnały o tym, że to dobra płyta i trochę szczerze mowiąc przespałem premierę tego krążka. Przyszedł jednak czas na osobiste weryfikacje.
Co tu dużo mówić, jak mawiają amerykanie "this rocks"... Zespół powrócił na ścieżkę hard rocka w naprawdę niezłym stylu. Jest już regułą, że powroty w porównaniu do płyt aktualnie modnych wykonawców przepadają, jednak magia nazwy zawsze powoduje w miarę sensowną sprzedaż. Na szczęście tym razem tak nie jest. Mimo że nie przebija to najlepszych dokonań zespołu z lat '80, to jednak jest to na tyle mocna rzecz, że nie jest bez szans w starciu z nowszymi, świeższymi projektami. Jednym z największych atutów krążka jest jego doskonałe brzmienie. Wraz z amerykańskim AdrianGale, jest to najlepiej wyprodukowana płyta roku. Doskonale wyważone proporcje między wokalem i gitarą, sekcja rytmiczna mocna, słyszalna, jednak nie wysuwająca sie na pierwszy plan (w czym duża zasługa nowego nabytku Scorpsów, rodaka Pawła Mąciwody). Słucha się tego naprawdę doskonale, nieraz nie zwracając uwagi na melodie, po prostu siedzę i wsłuchuje się w grę instrumentów i mi to całkowicie wystarcza. Scorpions A.D.2004 brzmi jak swoista mieszanka Face The Heat i Crazy World (w moim odczuciu bardzo dobrych albumów) ze zaktualizowaną produkcją. Nigdy nie darzyłem zbytnią estymą Klausa Meine, jednak prawdą jest, że ma on bardzo charakterystyczny głos i nie wyobrażam sobie nikogo innego na jego miejscu. Jedynym minusem albumu jest to, że w zasadzie nie posiada on wyróżniających się utworów, żaden nie porywa, nie jest w stanie podwyższyć ciśnienia (hmm, gdy tak pomyślę, Scorpions w ogóle niewiele mają takich utworów). Za taki stan rzeczy "winię" oczywiście wiek muzyków, po prostu w muzyce 40-latków nie ma pewnego pierwiastka szaleństwa i radości, który jest na płytach młodszych grup. Jest to cholernia równa płyta i trzeba sporo sie namęczyć, by znaleźć coś wyróźniającego się, z drugiej strony nie ma tu w zasadzie kawałka, który na niej nie ma miejsca. Mnie najbardziej podoba się utrzymany w średnim tempie Borderline z bardzo melodyjnym refrenem przywodzącym na myśl płytę Face The Heat czy Love And Leave'em, który z kolei najbardziej przypomina te klasyczne płyty z lat osiemdziesiątych.
Podsumowując, jeśli podobały się Tobie Face The Heat i Crazy World (z naciskiem na tę pierwszą), to Unbreakable spodoba się tym bardziej.
Oficjalna strona zespołu: www.the-scorpions.com
Vandervelde wrzesień 2004
|