|
Skład: James Kottak - perkusja i instrumenty perkusyjne, chórki; Klaus Meine - śpiew; Matthias Jabs - gitara prowadząca; Paweł Mąciwoda - gitara basowa; Rudolf Schenker - gitara rytmiczna, chórki
Gościnnie: Tarja Turunen - śpiew w [4]
Produkcja: Mikael "Nord" Andersson i Martin Hansen
Zabierając się do przesłuchania tej płyty byłem zasmucony. Zasmucony, bo oto panowie ze Scorpions po długiej, 45 letniej karierze (przy czym 38 lat odkąd wydali pierwszy album) obwieszczaja, że to ostatnia płyta zespołu. Najpierw ich rodacy z Running Wild, teraz Skorpiony żegnają się z publicznością. Z jednej strony szkoda, bo Scorpions to taka grupa, co do której wydawało się, że zawsze gdzieś będzie. 20 lat temu wszyscy gwizdali Wind Of Change i to się wciąż wydaje takie bliskie. Ale dosyć nostalgii. Przejdźmy do bieżącego wydawnictwa ekipy.
Otwiera je typowa dla chłopaków kompozycja Raised On Rock. To Scorpions, jakie znamy z lat osiemdziesiątych, ale także później takie kawałki serwowali (np. Wild Child z Pure Instinct). W każdym razie aż się łezka w oku kręci. Harmonijne, rockowe granie z niesamowitym, wciąż młodo brzmiącym wokalem Klausa Meine. Dalej mamy do czynienia z nagraniem tytułowym. To stosunkowo krótki numer, z bardzo fajnymi riffami przypominającymi dawne czasy. Trochę w tym klimatów z Crazy World, ale wprawne skorpionowe ucho wychwyci też nawiązanie do stylistyki zespołu z lat '70 XX wieku (o rany, jacy oni są starzy ;)). Slave Me to także krótki utworek. I też nie ma tutaj żartów ani wygłupów, jak u kapel pokroju Wig Wam. Te riffy są naprawdę ostre i co ciekawe, jest w nich ta bluesowa nutka z dawnych lat. Po prostu total killer. Zaskakuje mnie to, jak ten zespół zawsze potrafił połączyć archaiczne "smęcenie" w stylu The Eagles z ciężkimi riffami. Cóż... to tylko u Scorpions. Too Young To Die to ballada. Co zwraca od razu moją uwagę, to wokal Meinego w zwrotce. Nosowy i obco brzmiący, chociaż kawałek to pierwsza klasa. W refrenie wszystko się już klaruje. Meinego wokalnie wspomogła pieśniarka Nightwish Tarja Turunen. Nigdy nie przepadałem za Nightwish, ale tutaj nie robi mi to absolutnie żadnej różnicy. No Limit to powrót do ostrego rocka. Znowu te niesamowite, przyprawiające o ciary riffy. Jak dla mnie
sporo tu z Crazy World, myślę, że melodyka lat '80 przyprawiona mocą Crazy World zaważyła na ostatecznym wizerunku tej płyty. Choć jakoś, nie wiem dlaczego, mam skojarzenia z Accept, kiedy słucham tego kawałka. Tego Accept z Metal Heart.Kto by narzekał. Rock Zone to jakby starocie z lat '70 zmiksowane ze Scorpions z czasów Face The Heat. Nie robi na mnie specjalnie wrażenia, aczkolwiek nie jest jakimś totalnym gniotem. Przyszedł czas na drugą, tym razem subtelniejszą balladę. Lorelei spełnia takie krytetia i jest to smutna kompozycja. Jak to u Skorpionów. Nasączona bluesową nostalgią, nie pozostawia złudzeń, że to atak na listy przebojów. Po prostu dobrze się tego słucha niezależnie od poziomu podobieństwa do innych ballad zespołu. Turn You On, całkiem ciekawy pomysł na riffy i doskonale wyprofilowana linia melodyczna. Podobne rozwiązania panowie stosowali już w przeszłości z sukcesem i tym razem nie zawodzą, bo to jeden z najlepszych utworów Scorpions nie tylko na tym albumie, ale w ostatnich latach. Po prostu to, czego fani lubią słuchać najbardziej. Bo należy tutaj dodać, że jeśli ktoś nie lubi Scorpions, to po wysłuchaniu tej płyty nagle ich nie pokocha. Let's Rock... cóż za banalny tytuł. Ale to chwyta. Pamiętacie 321 z poprzedniej płyty? Tu też jest haczyk w refrenie. To buja i to konkretnie. SLY to już trzecia na płycie ballada (skoro pożegnanie, trzeba je maksymalnie
wykorzystać, może któraś osiągnie sukces Wind Of Change czy choćby Still Loving You). Łagodne dźwięki ładnie sobie płyną, a przestrzenna gra gitarzystów koi zmysły. Nie wiem jednak, czy zbytnio tego nie napompowali. Bo daleko temu do Still Loving You czy Holiday, chociaż starań nie można panom odmówić. Spirit Of Rock to powrót do ostrego grania. Całkiem niezły numer, bez pretensjonalnego zadęcia. Dużo tego 'rock' w tytułach i dużo rocka w muzyce. Tak być musi, jeśli gra Scorpions. A na koniec? Aż boję się to napisać. Tak, to ballada. The Best Is Yet To Come to pożegnanie z fanami. Najlepsze jeszcze nadejdzie, pociesza Meine fanów i łezka w oku się kręci. Tym razem nie jest bluesowo. To wzruszający numer nastrajający jednak optymistycznie (zgodnie z tytułem). I tymi dźwiękami Scorpions żegnają się z nami. 17 studyjny krążek w długiej karierze zamyka katalog wydawnictw zespołu. Czy będzie come back? Raczej bym się tego nie spodziewał. Co prawda wiele zespołów, które odchodziły "na zawsze", reaktywowało się, ale nie zapominajmy, że Skorpioni najmłodsi już nie są. Pisząc 'Skorpioni' mam na myśli szczególnie Klausa Meine oraz Rudolfa Schenkera, bo to oni nadają szlif muzyce grupy od samego początku. Tak w ogóle na tym albumie wystąpił taki sam skład jak na dwóch poprzednich krążkach.
Czy Sting In The Tail to lepsza płyta niż Humanity Hour I? Nie wiem, wydaje mi się, że obie są równie udane. Z drugiej zaś strony w takiej formie jak na ostatnich dwóch wydawnictwach panowie nie byli od dawna. Fani zespołu będą zadowoleni, bo na pożegnanie dostali kawał porządnego hard rocka poprzetykanego zgrabnymi balladami. Jeśli ktoś nie ma uprzedzeń do tej nazwy, a lubi solidny hard rock w starym stylu, może zapoznać się z tym wydawnictwem. Grupie Scorpions dziękuję za lata fantastycznych przeżyć związanych z ich muzyką. Dobra robota panowie.
Oficjalna strona zespołu: www.the-scorpions.com
LSDisease kwiecień 2010
|