|
Skład: Klaus Meine - śpiew, chórki; Herman Rarebell - perkusja; Rudolf Schenker - gitary elektryczne i akustyczne, chórki; Matthias Jabbs - gitary elektryczne i akustyczne, chórki, voice box; Francis Buholz - gitara basowa
Goscinnie: Lee Aaron - chórki; Peter Baltes - chórki
Produkcja: Dieter Dierks
Grupa Scorpions nagrywając Savage Amusement nie była tym samym zespołem, który w latach '70 dryfował gdzieś pomiędzy hard rockiem, bluesem, a nawet heavy metalem. Rok 1988 wymógł pewne kompromisy, ale co ciekawe, o ile nie wszystkim weteranom wyszło to na dobre (vide KISS), o tyle Skorpiony wybrnęły znakomicie. Przede wszystkim zwraca uwagę dosyć surowa, ale czytelna produkcja. Nie ma szans na jakieś tanie klawisze (ich funckję spełniają pojedyczne akordy na nieprzesterowanej gitarze), nie ma szans na flirty z country, jak to wówczas robiło np. Bon Jovi. Scorpions nagrali prawdziwie rockową płytę. Trzymając się formuły wypracowanej na Love At First Sting potrafili skomponować równie dobre kawałki.
Od początku wiadomo, że to nie będzie miałkie postękiwanie weteranów. Don't Stop At The Top daje nam przedsmak tego, z czym będziemy mieli do czynienia na całym krążku. Gitara ma dość ostre brzmienie, ale akordy uderzane są pojedynczo i czytelnie. Melodie conajmniej niebanalne (żadnego "jeje" ani "ooooo"), doskonałe solówki (Matthias Jabbs gra na poziomie gitarzystów takich jak George Lynch z Dokken czy Harry K. Cody z Shotgun Messiah). Przebojowe melodie wylewają się panom ze Scorpions jak z rękawa. Rhythm Of Love promował to wydawnictwo i zobrazowany został niestety dość tandetnym wideoklipem. Nie zmienia to faktu, że kawałek znakomity. Grupa balansuje trochę na krawędzi hard rocka zahaczając o AOR, ale robi to z takim wdziękiem, że wszystko wypada doskonale. Passion Rules The Game a jakże... każdy to powinien znać. To jak standard. Oczywiście kawałek można by wydać na singlu, zrobić klip... można by. Tylko że to samo można powiedzieć o Media Overkill i następnych. Przy Media Overkill warto się zatrzymać, bowiem tutaj zespół skorzystał z tzw. talk box (używanego już wcześniej w kawałku The Zoo). Dało to oczywiście wyśmienity efekt zaostrzając nieco i tak sporo wygładzone brzmienie. Walking On The Edge to jeden z bardziej znanych numerów tego wydawnictwa. Po prostu hicior. Pół balladowy na bardzo wysokim poziomie. Nie ma cienia niedokładności. Wszystko maks precyzyjne jak to u Niemców. Po prostu płacisz i wymagasz. Bardzo cenię sobie grupę za to, że swoje wydawnictwa dopieszczała do ostatniej nutki. We Let It Rock...You Let It Roll jest trochę ostrzejszy. To już prawie heavy metal. Kojarzy się trochę z Dokken z okresu Tooth And Nail, no i oczywiście starym Scorpions z Lovedrive na przykład. Kawałek to niezły i napewno za jakiegoś wypełniacza nie uznałbym go (solo prawie jak u Malmsteena), aczkolwiek nie jest tak przebojowy jak poprzednie utwory....i następny. Every Minute Every Day bez bicia przyznaję, mój absolutny faworyt na krążku. Co ciekawe, podobają mi się tutaj bardziej zwrotki niż refreny. Gitarowe tricki urozmaicają kolejne akordy pojawiając się w postaci mini solówek. Okrąglutkie riffy mają blisko do Winger. To, coś co najbardziej lubię. Oczywiście takie chwyty zespół serwował już na poprzednim wydawnictwie (np. w Bad Boys Running Wild). Po tym niewątpliwie świetnym kawałku moim zdaniem najsłabszy na płycie szybki Love On The Run. Jak dla mnie jedyny wypełniacz albumu. Grupa gra szybko i składnie, niestety mimo imitacji czadu nie ma to aż takiego pazura, no i za mało to chwytliwe. Jeśli nagrywasz płytę, gdzie 7 numerów może pretendować do miana przeboju, to ciężko nie zakwalifikować Love On The Run jako wpadki. Na szczęście po nim powrót do formy. Believe In Love to jedyna ballada na krążku. Każdy, kto zna typowy schemat Skorpionowej ballady, wie, czego się mniej więcej spodziewać. Warto dodać, że w momencie kiedy panowie grają balladę, wracają w mniejszym lub większym stopniu do swoich bluesowych korzeni i tym samym nie trąci to myszką. Bardzo lubię ballady Scorpions. Właśnie za to, za tę nutkę melancholii. To jak stare The Eagles (Hotel California grany jest w taki sam sposób). Oczywiście Believe In Love ma też elementy typowe dla lat '80 (np. melodyjny chwytliwy refren). Dla mnie to już klasyk. Bluesowe korzenie Skorpionów jeszcze raz zaprocentowały, brzmienie zmiękczone chorusem tu i ówdzie. Wszystko na miejscu.
Biorąc się za podsumowanie... Do płyty oczywiście mam ogromny sentyment, ale nie da się ukryć, że i obiektywnie patrząc trzeba zakwalifikować Savage Amusement do absolutniej czołówki nie tylko z katalogu Scoprions, ale wogóle hard rocka. Prawie całość prezentuje się idealnie, a ponadto nie są to jedynie dobre i bardzo dobre kawałki, bo 7 na 9 to gotowe przeboje i na dodatek nie są do siebie podobne;). Cudo.
Oficjalna strona zespołu: www.the-scorpions.com
LSDisease listopad 2007
|