|
Scorpions
17.05.2008 r., Ostrów Wielkopolski
O hard rocku mówi się, że jest to muzyka niszowa, że mało kto zna zespoły hard rockowe. Coś w tym jest, bo obracamy się we w miarę stałym środowisku, płyty, których słuchamy, wychodzą w małych nakładach, a o koncertach naszych idoli nie trąbi się w radio i telewizji. Od reguł są jednak stale wyjątki - i dobrze! Szlagierowym przykładem jest na pewno zespół Scorpions, który kojarzy ze słyszenia chyba każdy, nawet najbardziej zatwardziały technomłot. Każda stacja radiowa ma w swojej playliście puszczany do znudzenia Wind Of Change... Kiedy usłyszałam o zapowiedziach kolejnego występu Scorpionsów w Polsce, w jakimś tam Ostrowie Wielkopolskim, przyszła mi na myśl tłuszcza z knyszami i napojami w plastikowych kubkach, stojąca pod sceną zastanawiająca się co te oszołomy grają - ot, obraz polskiego społeczeństwa na koncercie dla pospólstwa. Dopiero później, kiedy doszły mnie słuchy, że organizatorzy zaplanowali koncert z prawdziwego zdarzenia, a bilet na płytę blisko sceny będzie kosztował 130zł, zmieniłam zdanie - nikt chyba nie zapłaci tyle, żeby zjeść śmierdzące mięso z psa zmielonego z budą, wsadzone między dwa kawałki kartonika, w drugim wcieleniu zwane bułką. Jak się okazało, Ostrów Wielkopolski, niewielkie miasto z niewielkim stadionem, zapragnęło zostać kojarzonym z wielkimi koncertami wielkich gwiazd - na start Scorpions.
Kwestie organizacyjne pominę, żeby nie psuć sobie i pamiętliwym nastroju już na wstępie. Wspomnę może tylko z jednej strony tych, którym w upalny dzień odebrano przy wejściu zamknięte butelki z wodą mineralną, a z drugiej tych, którym nikt nie sprawdził biletów. Pilnując miejsca w pierwszym rzędzie przez kilka godzin trudno nie zapamiętać "Intaru", firmy Doktór (już wiem gdzie kupować w przyszłości meble) i pani robiącej dobre lody w jakiejś knajpie pod Ostrowem. Poza tym, o dziwo, nie było opóźnienia - o 18:30 na scenie pojawił się Oddział Zamknięty. Zagrali parę znanych numerów i szczerze starali się rozgrzać nieliczną jeszcze wtedy publiczność. Tak naprawdę to zastanawiałam się, dlaczego akurat ich poproszono o supportowanie takiej legendy jak Scorpions. Jakoś dziwnie Oddział nie pasował mi w tej roli i z perspektywy późniejszego koncertu nadal stoję na stanowisku, że znaleźli się tam tylko dzięki dawnej znajomości z Pawłem Mąciwodą. Zostawmy to jednak bardziej dociekliwym - "Murzyn zrobił swoje, Murzyn może iść do domu". Również o czasie, choć jakoś dziwnie wcześnie, bo nadal było jeszcze jasno, ogromne reflektory przymocowane do rusztowania 110 tonowej sceny rozświetliły ją, z wielkich głośników zawieszonych wokół dała się słyszeć znana z zakończenia najnowszej płyty Scorpionsów melodyjka, a zaraz po niej pani o głosie stewardessy zachęcająco zaprosiła: "Welcome to humanity, this is hour one". Zaczęło się! Na scenę pierwszy wbiegł James Kottak i szybko zasiadł za olbrzymim zestawem perkusyjnym wybijając mocno wstęp do Hour I. Zaraz po nim zjawili się po kolei: Rudolf Schenker, Paweł Mąciwoda - powitany gromkim krzykiem zgromadzonych rodaków, Matthias Jabs i w końcu na pierwsze słowa tytułowego numeru z nowego albumu, Klaus Meine. Ubiór większości panów szczególnie nie zwrócił mojej uwagi. Większości, oprócz Schenkera odzianego w zielone skórzane spodnie, koszulkę z cekinami i okulary w stylu Star Treck - nic dodać nic ująć. Ponieważ moja miejscówka sąsiadowała z boku z fan klubem zespołu, wcale nie zdziwiło mnie, że oni zaczęli śpiewać od samego początku, ale nie spodziewałam się usłyszeć czegokolwiek z ust stojącej za mną pani, która w dowodzie miała pewnie więcej niż moja mama, a jednak usłyszałam. Szacunek. Nowy numer na żywo okazał się mieć więcej mocy i scorpionsowatości, niż podczas przesłuchiwania go z płyty, wielki sukces! Dalej było już bardziej klasycznie, choć wcale nie jestem pewna, czy zgraja "fanów", która bilety otrzymała od swojego szefa w pracy, znała w ogóle Coming Home. Zaczęło się szybko i mocno, a ja nie mogłam wyjść z podziwu, jak świetnie zespół został nagłośniony i jak wspaniale brzmiał na żywo. Głos Klausa, czysty i wyraźny, świdrował mi mózg, a wielki biały napis na telebimie za zespołem odbijał się w moich siatkówkach - Scorpions. "Coming home to Ostrov, Poland behold!" i Bad Boys Running Wild. Ten numer na dobre ożywił także tych, którzy jeszcze nie zorientowali się, że legenda gra dla nich już trzeci kawałek. Coś niesamowitego, jaką moc ma ten już przecież 24 letni hit! W powietrzu na długich masztach domowej roboty załopotały flagi. Również na barierce odgradzającej uradowany tłum od przestrzeni pod sceną, gdzie przechadzali się fotoreporterzy, pojawiły się polskie flagi z logo Scorpions witające ich w domu i zapewniające, że jesteśmy gotowi na rocka. Wykorzystując w pełni możliwości, jakie daje technika (czytaj system bezprzewodowy), czterech panów weszło na wysuniętą w stronę publiki część sceny i kołysząc się synchronicznie zaczęło grać doskonale znany wiernym fanom riff -The Zoo. Zadziwiające, jaką żywiołowość i radość z występu okazywał kończący w tym roku już 60 lat Schenker. To jego najwięcej było w każdym zakamarku sceny, co sekunda zmieniał miejsce, gdzie wykonywał swoje skoki i showmańskie wygłupy. Kiedy Jabs podpiął się do voice boxu i wystosował genialną solówkę kończącą The Zoo, można było przypuszczać, jaki numer zagrają jako kolejny. No Pain No Gain znowu rozgraniczył publiczność na tych, którzy miesiącami z wypiekami na twarzach oczekiwali daty 17 maja oraz tych, którym Scorpions kojarzy się z nostalgicznymi balladami. Pierwsi z zachwytem wyśpiewywali słowa kolejnych zwrotek i charyzmatycznego refrenu, drudzy patrzyli z zastanowieniem na swoje bilety z pytaniem w oczach, czy trafili na dobry koncert - i co? - i dobrze! - No pain no gain! Dalej było podobnie, bo oto Klaus schował się gdzieś w głębi sceny, ustępując pola gitarzystom, którzy wymieniając się tylko miejscem na czele (naturalnie głównie zajmował je Rudolf) zafundowali nam ucztę instrumentalną. Coast To Coast zabrzmiał genialnie! Ten kawałek szczególnie podkreślił rolę basisty, nadającego utworowi tej charakterystycznej głębi, jednak Paweł nadal nieśmiało plątał się z jednej strony, odpowiadając jedynie na zaczepki Schenkera (ten zdążył już zmienić kilkakrotnie swoje Flying V) i uśmiechając się szeroko do machających mu z pierwszych rzędów fanów. Powrócił wokalista, z kolei guitarmani uciekli. Na nastałą ciszę publika zareagowała skandowaniem nazwy zespołu. "Witam Ostrów Wielkopolski! Jak się masz?" - usłyszeliśmy w zamian łamaną polszczyznę Klausa. Zapowiedź Send Me An Angel wyraźnie poruszyła tłum. Niektórych fakt usłyszenia w końcu jakiegoś znanego kawałka podniecił do tego stopnia, że zapalili zimne ognie ofiarowane im przez organizatora z prośbą o użycie ich przy pierwszych dźwiękach Wind Of Change - bez komentarza. Mnie wprawiło w zachwyt zagranie całego numeru akustycznie, a do tego te chórki! Prawdziwie anielskie głosy instrumentalistów - zawsze byłam przekonana, że do ich nagrania zaangażowano jakoweś niewiasty, a tu taka niespodzianka. Żeby wzruszeniu stało się zadość panowie pozostali przy gitarach akustycznych i poczęli wyciskać z nas łzy za pomocą Holiday. Nad samym numerem trudno się rozpisywać, co jednak bardzo mnie się spodobało? Jak wiadomo Holiday składa się z dwóch całkiem odmiennych części. Panowie znakomicie poradzili sobie z przejściem z jednej w drugą: po zakończeniu rzewnej, akustycznej melodii gitarzyści popędzili za scenę zmienić instrumenty. My jednak nie mieliśmy szansy się ponudzić, czy czekać zastanawiając się, co się dzieje - zostaliśmy wciągnięci przez pana Meine do odśpiewania łączącego oba fragmenty utworu "aaahhhhaaaa...", które stało się pretekstem do świetnej zabawy i w końcu wszyscy zadowoleni odsłuchaliśmy Holiday-Longing For The Sun, do końca. Nadszedł czas na głos ludu. In Trance był podobno na szczycie listy, którą fani mieli stworzyć przed koncertem za pomocą głosowania w Internecie. Skąd by się nie wziął w setliście, świetnie się spisał, dodatkowo uzupełniany kolorowymi wizualizacjami na telebimie za plecami artystów, które w rzeczy samej oddawały sens In Trance. Z początku trudno było mi rozpoznać kolejne dźwięki próbujące przedrzeć się przez wycie, piski i krzyki fanów, bo i nie spodziewałam się, że tego wieczora usłyszę więcej niż szlagiery z Love At First Sting. Jednak po wsłuchaniu się w znane przecież słowa doszło do mnie w końcu, że to I'm Leaving You wprawiło w zakłopotanie nie tylko mnie, ale i najwyraźniej większość obecnych na stadionie, bo podczas wykonywania tego właśnie numeru odczuć dało się najbardziej brak osłuchania dyskografii przez doraźnych fanów Scorpions. Na kolejną pozycję w głosowaniu internetowym postawiło mnóstwo spragnionych rarytasów, maniaków zespołu. Do mikrofonu podszedł Rudolf Schenker i zapytany odpowiedział, że jest gotowy na rocka. Zaczęli grać, a świecący ogromny napis Hey You pojawiał się za każdym razem w innej formie, kiedy gitarzysta śpiewał tytuł tej perełki. Delikatnie brzmiący głos Rudolfa kontrastował znacznie z następnym kawałkiem. Panowie postanowili poczęstować nas po raz drugi tym, co przyrządzili ostatnio. 321 znów nie okazał się niespodzianką dla pierwszych rzędów. Wpadający w ucho, chwytliwy refren po kilkakrotnym powtórzeniu śpiewali nawet ci, którzy najwyraźniej nie znali go, nim przestąpili barierki sektora A. Wspólnie odliczyliśmy od 10 do "321", a na scenę wpadła flaga z napisemi We Are Ready To ROCK, jednym słowem numer kupiliśmy! Osobiście trudno było mi skakać razem z pozostałymi dzierżąc w ręku okupioną krwią pałeczkę (jedną z wielu, jakie Klaus Meine rzucał w tłum z wysokiej na 10 metrów sceny), ale czego nie robi się dla takiej pamiątki. Złapanie pałeczki sprawiło mi niewyobrażalną radość, ale w stan bliski ekstazy wprowadziły mnie już pierwsze nuty kolejnego hitu tego wieczora. Nadal było ciężko i bardzo rockowo - Alien Nation - Scorpionsi, jakimi moherowe berety straszą swoich wnuków w kołyskach, których matki skrzywdziły zostawiając na pastwę pacjentów oddziału geriatrycznego doktora Rydzyka. Długo przed koncertem zastanawiałam się, czy spotka mnie to szczęście i dane mi będzie usłyszeć moją ulubioną pozycję dyskografii genialnych Niemców na żywo. Wielka radość i orgazm muzyczny - nawet te słowa nie opiszą tego, co czułam patrząc na członków zespołu wykonujących ten hymn buntowników. Mogłabym tak jeszcze ze dwie strony, ale w ramach litości dla czytelnika (temu, kto dotarł aż tutaj gratuluję) przejdę dalej. Jak tylko ochłonęłam z wrażenia zauważyłam, że za ogromnym zestawem perkusyjnym zachmurzyło się, a z chmur owych padały wielkie błyskawice. Tak wyglądało tło do błyskawicznie szybkiego Dynamite. Tutaj śpiewanie i wrzeszczenie z przyczyn oczywistych musiało ograniczyć się do samego refrenu, ale na szczęście był on na tyle często powtarzany, że okazji to wysunięcia statywu mikrofonowego w publikę Meine miał sporo. Na scenie znowu opustoszało. Za swoim gigantycznym zestawem perkusyjnym pozostał jedynie James Kottak i to właśnie na niego skierowały się zgodnie wszystkie reflektory i kamery. Potrząsając blond czupryną wściekle zaczął walić w bębny i talerze. Ekipa techniczna cichaczem wniosła 4 werble i rozstawiła je wzdłuż sceny, po dwa z każdego boku garowego. Zastanawiałam się czy on ma zamiar po nich biegać czy jak? Po co mu tego tyle? Wszelkie jednak pytania rozwiały się w grzmotach perkusyjnego szaleństwa, któremu dyrygował Kottak. Każdorazowo, na widok uniesionych pałeczek i jednoznacznego wzroku faceta za garami, oszalała publiczność wrzeszczała. "Ostrov! Wyjebiszcie? (tutaj jakoś średnio ta polszczyzna wyraźna była, więc James mógł poczuć się niezrozumiany) Ah... whatever. You kick ass! Na zdrowie!" - po czym wypił puszkę piwa wylewając przy okazji połowę jej zawartości na siebie. "Zajebiszcie? Zajebiszcie? Zajebiszcie!" - czego to się nie można nauczyć od polskiego basisty. Najpierw prawa strona, potem lewa i wszyscy razem krzyczeliśmy na zawołanie. Byłemu perkusiście Kingom Come i Warrant najwyraźniej spodobała się współpraca z polskimi fanami, bo po ostentacyjnym zdarciu z siebie koszulki, wspiął się na centralę, wymownie pomasował się po sutkach i zajrzał w luźne spodnie z uśmiechem zadowolenia. "All right, I need some help." I oto wyjaśniło się przeznaczenie przyniesionych wcześniej werbli. "Where is Rudi?" "Is there Klaus in da house?" - po kolei na scenę powracali wywoływani muzycy z pałeczkami w dłoniach i wybijali na werblach każdy swój rytm. Oto jak wyglądało tło do dalszej zabawy Kottaka z fanami. Grali coraz szybciej, oni przestawali, my krzyczeliśmy - zajebiszcie! Dali czadu! Nie bawiąc się w przerwy panowie kontynuowali występ przed oszołomioną publicznością - Blackout. Tego numeru nie mogło zabraknąć. Ogólne szaleństwo, ręce w górze i kangurze podskoki ponownie opanowały sektor A (przynajmniej część stojącą). Jeszcze większe szaleństwo zapanowało, kiedy powietrze rozciął wstęp do kolejnego mega hitu Scorpionsów - Big City Nights. Po tłumie widać już było zmęczenie, a członkowie zespołu nadal żywo biegali po scenie, zachęcając nas do klaskania. Zwłaszcza na końcu słowa refrenu powtarzaliśmy za Klausem kilkanaście razy. "Come on Poland, let me hear you!" - nie mogliśmy dać plamy. Głośno i wyraźnie zaakcentowane zakończenie i wyrzucone przez gitarzystów kostki dały do zrozumienia, że panowie za chwilę schowają się za czarne parawany rusztowania na ostrowskim stadionie. Oj na to, to nie mogliśmy pozwolić! "Scorpions, Scorpions...!" - jak można było nam odmówić? Wyszli, rzucili ręcznikami i na opanowanie emocji zaproponowali cos spokojniejszego - Still Loving You graficznie oprawiony w wyświetlające się w tle serduszko, przyjęliśmy zapalniczkami, falami chwiejących się w rytm utworu rąk i gromkim śpiewem. Paweł zaprezentował się tym razem w czarnej koszulce z wielkim orłem białym i napisem Polska, wzruszające. Kolejny numer był idealnie dopasowany do panującego nastroju, najpierw spokojnie, a czad w refrenie. To co trzeba chłopakom przyznać to genialne wyczucie i samokrytyka w wyborze numerów do setlisty. Pomimo, że trasa nosi nazwę promującej najnowszy album, z Humanity Hour I zagrali tylko 3 utwory i to te moim zdaniem najlepsze. Do tej pory usłyszeliśmy Hour I i 321, teraz przyszedł czas na Humanity. Kolejny show - na ekranie z tyłu wyświetlały się sceny zamieszek na zatłoczonych ulicach miast trzeciego świata, bojowe myśliwce obwieszone rakietami, strzelające śmigłowce, wybuchające na ziemi bomby. Panowie wspięli się zgodnie na podest perkusji i murem stanęli, jakby chcieli pokazać swoją dezaprobatę tego, co pokazywał ekran. Smutne przesłanie... "Humanity, goodbye". Bis nie miał w żadnym razie zawierać tylko dwóch utworów. "There's no one like you Ostrov people!" Znowu niesamowity hit, taki jakich w dyskografii tego legendarnego już zespołu jest wiele. Powiem szczerze, że gdybym miała sama wybrać kawałki na dwugodzinny koncert Scorpionsów - taki jaki miał miejsce w Ostrowie Wielkopolskim, miałabym poważny problem z decyzją. Nie dlatego, że jestem kobietą i w dokonywaniu wyborów zawsze jestem kiepska, ale ze względu na gigantyczną ilość świetnych, naprawdę niesamowitych tytułów w dokonaniach Scorpionsów. Panowie mają po prostu szerokie pole do popisu i wykorzystali je w pełni mieszając numery znane szerokiemu i wąskiemu gronu fanów. Może to doświadczenie grania przez tyle lat, a może taka muzyczna intuicja? Do tego zestawu brakowało jeszcze dwóch numerów. Jednego, zapowiedzianego przez organizatorów (na ślepo tych zimnych ogni by chyba nie rozdali) i jeszcze jednego, bez którego czułabym niedosyt po wyjściu z koncertu, pomimo że słyszę go nawet mimowolnie, praktycznie codziennie. Klaus zapowiedział Wind Of Change jako piosenkę, która pomogła zakończyć zimną wojnę. Rudolf zaopatrzony w piękną dwugryfową gitarę akompaniował gwiżdżącemu wokaliście. Ci, którzy nie strzelili gafy zapalając zimne ognie wcześniej, włączyli się w tworzenie przepięknego obrazu rozświetlonych małymi gwiazdkami trybun (bo na płycie mało było widać). Na początku pomysł wydawał mi się nieco kiczowaty, ale efekt był naprawdę warty świeczki (albo zimnego ognia, jak kto woli). Było pięknie. "Tonight we won't let you go, we won't let you go Ostrov, before we rock you like a..." - Hurricane! Dopełnili występ niezastąpionym hymnem każdego rock'n'rollowca. Po dwóch godzinach skakania pod sceną sama odczuwałam już ból łydek, obolałe, zdeptane stopy i mrowienie w gardle, ale wrzasku i zabawy przy Rock You Like A Hurricane odmówić sobie nie mogłam. Miażdżącej sile refrenu wtórował pokaz sztucznych ogni wybuchających na niebie nad naszymi głowami i płomienie buchające za plecami artystów. Ciekawe, że panowie zagrali wersję Hurricane 2000, która mnie osobiście średnio przypadła do gustu, kiedy ją poznałam, tutaj jednak odczułam, co miało na celu wzmocnienie takim artefaktem tego i tak już ciężkiego numeru. Po prostu nieokiełznana moc! Meine pozbierał z barierek wiszące tam flagi i przewiesiwszy je sobie przez szyję paradował wzdłuż sceny żegnając się z rozpaloną do czerwoności widownią. Jeszcze kilka mocnych gitarowych akcentów, wspólne ukłony i cała brygada Scorpions znikła z oczu zgromadzonych na stadionie w Ostrowie Wielkopolskim. Pierwszy raz byłam świadkiem sytuacji, kiedy to zespół wymęczył swoich fanów do tego stopnia, że ci nie mieli już siły nawet prosić o drugi bis. Dziękujemy! Skończyło się!
W najśmielszych snach nie marzyłam, że koncert może przyprawić mnie o tyle emocji, że mogę się na nim tak wspaniale bawić i wynieść z niego niesamowicie wiele wspomnień, a wspominać jest co. Co bardziej spostrzegawczy i czepialscy zauważyli kilka kwasów, jakie puścił Schenker, ale jego showmańskie zachowanie wszystko usprawiedliwia. Problem Jabsa z gitarą również uciekł uwadze większości, czego nie można powiedzieć o brakach w organizacji i dogadaniu organizatorów z wykonawcami imprezy (mam na myśli ochronę i pana w niebieskiej koszuli). Ogólnie jednak imprezy nie da się nie przedstawić w samych superlatywach. Parking dla koncertujących to świetny pomysł, a i budki z jedzeniem i piwem za stadionem też zdały egzamin. Dla takiego miasta jak Ostrów Wielkopolski tak olbrzymie medialne wydarzenie na pewno wyjdzie na dobre, może i jego przykładem pójdą inne miasta, a Warszawa, Katowice i Chorzów stracą monopol na wielkie gwiazdy hard rocka. Czekam z niecierpliwością na zapowiedzianą na przyszły rok kontynuację pomysłu Klubu Motorowego Ostrów. Myślę, że każdy doraźny fan zastanowi się porządnie, nim kolejny raz uda się na występ zespołu, z którego dyskografii potrafi wymienić dwa tytuły, w dodatku je kalecząc. Scorpions ukąsił! Oby jego jad o uzdrawiającej mocy dosięgnął jak największej ilości osób, a z pewnością nie raz w Polsce zagości rock'n'roll! Scorpions! We are ready to ROCK!
Nienor 17.05.2008 r.
|