Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

SCORPIONS - In Trance [1975]
Wydawca: RCA Records / BMG Japan / Axe Killer / Phantom Sound & Vision
/ MSI Music Corporation

  1. Dark Lady
  2. In Trance
  3. Life’s Like A River
  4. Top Of The Bill
  5. Living And Dying
  6. Robot Man
  7. Evening Wind
  8. Sun In My Hand
  9. Longing For Fire
  10. Night Lights (instrumental)
In Trance

Skład: Klaus Meine - śpiew; Rudolf Schenker - gitara rytmiczna, chórki; Francis Buchholz - gitara basowa, chórki; Uli Jon Roth - gitara prowadząca, chórki, śpiew w [1, 8]; Rudy Lenners - perkusja i instrumenty perkusyjne

Produkcja: Dieter Dierks

W powszechnej świadomości naszych rodaków Scorpions kojarzeni są przede wszystkim z wielkimi przebojami lat 80-ych, zwłaszcza z balladami. Fani bardziej obeznani z twórczością zespołu zdają sobie sprawę z tego, że nagrywał on płyty już w pierwszej połowie wcześniejszej dekady, jednakże lekceważą powstałe wówczas piosenki. Przyznam szczerze, że i ja ignorowałem ten okres ich działalności, uznając, że byli wtedy kapelą wtórną, kopiującą dokonania legend hard rocka, taką trochę staroświecką. Dopiero niedawno, przesłuchując trzecią w dorobku formacji płytę, zatytułowaną In Trance, uzmysłowiłem sobie, jak bardzo się myliłem. Z jakiego powodu?

Przede wszystkim dlatego, że po latach wydaje się, że grupa Rudolfa Schenkera, Uliego Jona Rotha i spółki z roku 1975 była niczym gejzer inwencji. Słuchając wspomnianego dzieła przecierałem uszy ze zdumienia, gdyż z tak wielką swobodą i lekkością nasi bohaterowie skomponowali wówczas ów worek z przebojami. Na samym początku witają nas odgłosami odpalanego silnika, zastępowanego przez rasowy kawał galopującego, hardrockowego mięcha w postaci Dark Lady. Niosącemu ze sobą tyle pozytywnej energii, że można przymknąć oko na prostotę jego riffów i ewidentne zapożyczenia ze wspomnianych gigantów klasycznego rocka (zwłaszcza z Uriah Heep), zamiast tego delektujmy się jego energią i ciekawym solo. Drugi w kolejności In Trance nie bez powodu został numerem tytułowym na krążku. W zwrotce jest to typowa dla tamtych czasów, nieco melancholijna balladka, która jednakże w refrenie z lekka przyspiesza, nabiera takiej przebojowości, że trudno nie stawiać jej w jednym rzędzie z najlepszymi wynurzeniami Niemców. A to wszystko fajnie uzupełnia epicki motyw w końcówce. Life’s A River ma już konstrukcję typową dla power ballad kolejnego dziesięciolecia (czyli spokojna, na poły akustyczna zwrotka z wplecionymi klawiszami plus mocniejszy refren) i gdyby nie aranżacja, która zdradza zapatrzenie niemieckiej ekipy w twórczość Deep Purple - takie wrażenie sprawia zwłaszcza solówka - można by ją uznać za archetyp późniejszych pościelówek. Ścieżka numer cztery przypomina dla odmiany, że mamy do czynienia z rockowym bandem z krwi i kości, potrafiącym przyłoić kiedy trzeba. Zaletami Top Of The Bill są niewątpliwie: doskonały, choć niezbyt złożony riff, zadziorny śpiew wokalisty przechodzący momentami w krzyk, oraz gitarowe odjazdy gitarzysty, wydobywającego spod palców przeszywające powietrze dźwięki za pomocą intensywnie wykorzystywanego podciągania strun; można się tu doszukać nawet inspiracji kraut rockiem. Natomiast w Living And Dying warto zwrócić uwagę na piękne gitarowe motywy towarzyszące przewodniemu riffowi. Wspaniała melodia tej przytulanki krąży po głowie jeszcze długo po wyłączeniu odtwarzacza. Jakby dla kontrastu, na pozycji szóstej znajduje się najszybszy utwór na całym albumie. Robot Man w swojej strukturze rytmicznej może nasuwać skojarzenia z rodzącym się wówczas punk rockiem; wrażenie takie potęgują nabijane przez szybko wystukiwany rytm gitarowe podkłady. Kolejny plus należy się kwintetowi za bardzo chwytliwą melodię. Z kolei balladowy Evening Wind roztacza wokół siebie aurę tęsknoty, melancholii, wyrażoną za pomocą nostalgicznego, przejmującego śpiewu Klausa Meine, odgłosów wiatru i nieco transowego charakteru tej marszowej kompozycji. Po dość monotonnej, długiej zwrotce warto czekać na niezwykłą eksplozję emocji w zaśpiewanym bardzo wysoko refrenie. Podobają mi się tu również oniryczne chórki, żywa, urozmaicająca numer praca perkusji, a także solo, które choć ewidentnie zapożyczone z Lost Angeles Colosseum, świetnie wpisuje się w ten klimat. Po takim zamyśleniu pora na coś, co skutecznie obudzi z letargu i taką rolę bez pudła spełnia heavy bluesowy Sun In My Hand, oparty na wyeksponowanych, monotonnych, ale ciężkich liniach basu i perkusji (podobny pomysł kapela zastosowała później w The Zoo); gitara prowadząca właściwie powtarza melodię śpiewaną przez wokalistę. Aż do rewelacyjnej solówki, zagranej na "przyduszonych" strunach. Lekki i odprężający Longing For Fire, śpiewany w znacznej części na dwa głosy, przypomina muzykę ery dzieci-kwiatów, tyle w nim niewymuszonej radości grania, słońca, barw... Równie dobrze mógłby to wykonać Jefferson Airplane. I wreszcie na samym końcu zamieszczono całkowicie instrumentalny Night Lights, działający niczym balsam na skołatane nerwy. Jakby wytłumione dźwięki gitar kojarzyć się mogą z dokonaniami Fleetwood Mac (kto pamięta słynnego Albatrosa, wie o co chodzi).

I tym optymistycznym akcentem kończy się album, który muszę uznać za jeden z lepszych w dyskografii Scorpions. Różnorodny stylistycznie, ale złożony z utworów wyłącznie udanych lub wręcz wspaniałych. Wyprodukowany znacznie lepiej niż poprzednie, co było oczywiście efektem współpracy z Dierksem; w stosunku do tamtych płyt brzmienie wydaje się być dużo czystsze i ostrzejsze. Świadczący o przedkładaniu pomysłowości nad wirtuozerię, ale czy to źle, gdy krążek aż kipi od fajnych, muzycznych idei (nawet jeśli część z nich słyszeliśmy już wcześniej)? Polecam go wszystkim fanom dobrego, klasycznego hard rocka.

Oficjalna strona zespołu: www.the-scorpions.com

Hardlover
listopad 2009