|
Skład: Biff Byfford - śpiew; Paul Quinn - gitary; Doug Scarratt - gitary; Nibbs Carter - gitara basowa; Nigel Glocker - perkusja; Matthias Ulmer - instrumenty klawiszowe
Gościnnie: Hacky Hackmann - chórki
Produkcja: Charlie Bauerfeind
Niezniszczalna, żywa i wciąż aktywna legenda heavy metalu - takie określenia pasują jak ulał do obchodzącego 31-lecie swojej działalności Saxon, zespołu który właśnie uraczył fanów dziewiętnastą już płytą studyjną. Z dawnego, klasycznego składu pozostało tu tylko trzech artystów (Byfford, Quinn i Glocker), ale to właśnie oni mają największy wpływ na brzmienie formacji, które, nota bene, w ostatnich kilkunastu latach było ostrzejsze od tego, co Brytyjczycy proponowali wcześniej. Najnowsze wydawnictwo, które dostojny jubilat sprezentował swoim miłośnikom, stanowi miksturę starego i nowego, próbę połączenia muzycznych form, które grupa wykonywała na różnych etapach bogatej kariery. Znajdziemy tu zarówno power metal, hard rock jak i klasyczny heavy metal, co w pewnym stopniu odzwierciedla różne fazy działalności zespołu.
Zaczyna się to wszystko od Battallions Of Steel, epickiego power metalu w średnim tempie, gęsto podlanego klawiszowym sosem. Owe klawisze i pretensjonalne chórki nieodparcie kojarzą się z Nightwish, ale, jak pisał wieszcz "plwajmy na tę skorupę i zstąpmy do głębi". Tam okazuje się, że mamy do czynienia z całkiem dobrą rzeczą, w riffach której słychać podobieństwa do legendarnego Running Wild, a na plus całości przemawiają również świetna melodia i solówka. Jeszcze bardziej atmosferę podgrzewa Live To Rock, bazujący na chwytliwym riffie kawałek jawnie nawiązujący do twórczości AC/DC. Nieco już zdarty głos Byfforda (latka lecą!) znakomicie odnajduje się w takim repertuarze, nie wymagającym wokalnych popisów. Słychać tu podskórną energię, której w mojej opinii brakowało na ostatniej płycie Australijczyków. Zaletą ścieżki numer 2 jest również solówka, idealnie dopasowana do struktury utworu. Spokojny, choć złowieszczy wstęp w Demon Sweeney Todd przeradza się w zagrany z furią speed metal, z prawdziwie imponującą pracą gitar - przyznam, że mam słabość do takich tradycjonalistycznych, metalowych riffów. Krótki "pianinkowy" The Letter pełni wyłącznie rolę przerywnika przed kolejnym power metalowym daniem w postaci Valley Of The Kings. Podoba mi się w nim melodyjne zwolnienie z chórkami w refrenie i następna na albumie zgrabna solówka. Tutaj wypadałoby zatrudnić nieco lepszego wokalistę, ale ze względu na wiek darujmy Biffowi... W traktującym o facecie przyłapanym na przekroczeniu prędkości Slow Lane Blues mamy ponowny powrót do hardrocka w klimatach AC/DC lub nawet Accept, tym razem w wydaniu już nie tak dobrym, numer należy uznać za zaledwie poprawny. Rozbujany Crime Of Passion z mocno zaakcentowanymi riffami przywodzi na myśl ostatnią płytę Vengeance. Piosenka prosta jak drut, chociaż trzeba przyznać, że nisko nastrojone gitary i "brudna" zadziorność podkładu świetnie korespondują z lekko bluesującymi liniami wokalnymi. Krótki przerywnik ze zniekształconym brzmieniem gitar - Premonition In D Minor - zwiastuje kolejny utwór typowo rockowy, czyli Voice. Tym razem ciężki, zagrany w wolnym tempie, z niekonwencjonalnymi riffami. W sumie intrygujący, chociaż mam nieodparte wrażenie, że tym razem gardłowy zwyczajnie rozmija się z muzyką, zwłaszcza w refrenie, a kawałkowi brakuje jakiegoś bardziej zdecydowanego rozwinięcia. Trzeba również nadmienić, że zdaniem niektórych brzmienie gitar na Into The Labyrinth zostało zbyt skompresowane i akurat w Voice jest to słyszalne. O twardym, zagranym trochę w manierze starego Accept Protect Yourselves, można napisać w zasadzie to samo, co o Slow Lane Blues - znów jest tylko średni, pozbawiony pomysłowości. Agresywny, szybki Hellcat nawiązuje do złotych czasów NWOBHM i słychać, że Saxon wciąż czuje się w tej estetyce jak ryba w wodzie. Numer tuzinkowy i przewidywalny jak znicze w Zaduszki, nie jest w żadnej mierze dziełem, a mimo to przyjemnie się go słucha. Natomiast kilka ciepłych słów można powiedzieć o mającym "sinnerowe" brzmienie i zaopatrzonym w znakomity riff przewodni Come Rock Of Ages; mamy tu fajne przejścia pomiędzy zwrotką, przedrefrenem i refrenem. Pomimo przybrudzonego brzmienia zespołowi udało się zachować melodyjność. W samej końcówce albumu wrażenie psuje nieco Coming Home, cover własnego utworu Saxon z płyty Killing Ground w wersji bluesowej (zagrany na gitarze techniką slide) - moim zdaniem trochę nudnawy i zupełnie niepotrzebny, dołączony tu niejako na dokładkę.
W ostatecznym rozrachunku otrzymaliśmy krążek urozmaicony, nieco rozstrzelony stylistycznie (chociaż dzięki podobnym aranżacjom wielu utworów tego braku spójności się nie odczuwa) i w sumie całkiem niezły, chociaż przydarzyło się tu kilka słabszych momentów. Na pewno Saxon nie musi się wstydzić swojego dziewiętnastego albumu studyjnego, mimo że w swojej przebogatej historii zdarzyło mu się popełnić co najmniej kilka lepszych. To wydawnictwo mogę spokojnie polecić fanom szeroko pojętego heavy metalu, wielbicielom ekipy Byfforda chyba nie muszę...
Oficjalna strona zespołu: www.saxon747.com
Hardlover kwiecień 2009
|