|
Skład: Joe Satriani - gitary elektryczne i akustyczne, gitara basowa, instrumenty klawiszowe, organy, pianino, śpiew a'la robot, klaskanie; Jeff Campitelli - perkusja, instrumenty perkusyjne, bongosy, tamburyn, dzwonek; Matt Bissonette - gitara basowa; ZZ Satriani - saksofon tenorowy; John Cuniberti - instrumenty perkusyjne
Produkcja: Joe Satriani i John Cuniberti
Datę wydania tej płyty zapowiedziano na 1 kwietnia, spojrzalem na tytuł albumu i byłem niemal pewny, że to wszystko to żart prima aprilisowy. Po chwili pomyślalem jednak, że skoro wydanie ogłoszono z wcześniejszym wyprzedzeniem, to nie może to być dowcip. Żartobliwy tytuł jednak pozostał i miałem jakieś przeczucie, że krążek będzie stylistycznie zbliżony do Is There Love In Space?, w zasadzie przeczucie to spełniło się w jakiś sposób. Joe Satriani to eksperymentator, wieczny poszukiwacz, który wędruje wzdłuż i wszerz gryfu, czasem szybko, zazwyczaj jednak wolniej (taka tendencja jawi się na ostatnich kilku płytach wirtuoza), szukając... no właśnie, czego? Na to pytanie odpowiedź zna pewnie sam Joe, nam pozostaje tylko śledzić jego wędrówki i patrzeć, co z tego wynika.
Zanim jeszcze wydawnictwo wpadło w moje ręce, naczytałem się kilku recenzji, by wiedzieć, na co się nastawić.
Musterion pierwsze dzieło z krążka niczym nie zaskakuje całościowo, podobnych numerów w dyskografii Satrianiego znaleźlibyśmy przynajmniej kilka. Tempo i zagrywki bardzo zbliżone do tytułowego kawałka z Flying In A Blue Dream, zagrywki również podobne, może z domieszką "kosmicznej miłości. Wirtuozi zawsze mają pod górkę, nie dość że sami sobie stawiają wysoko poprzeczkę i nie zawsze dają radę ją przeskoczyć, to jeszcze oczekiwania fanów w stosunku do nich są z reguły wysokie.Twórczość Satrianiego osiągnęła pewien pułap stabilizacji, więc wiadomo mniej więcej, czego można sie po mistrzu spodziewać. Tutaj zaskoczyły mnie jednak dźwięki, które przypominają scratchowanie w muzyce rap, nie ma tu wprawdzie maltretowania płyty analogowej, Joe gra to przeciągając kostką po strunach. Niby to proste, niby mało oryginalne, ale sprawia frajdę. Tytuł Overdriver brzmi bardzo obiecująco i jest to dobry numer, choć utrzymany nie w takiej stylistyce, jakiej można by się było spodziewać. Nie ma tu karkołomnej hard rockowej jazdy, są raczej bluesy plus kilka ostrzejszych momentów. Dominuje mimo wszystko spokój, ostrzejsze zagrywki pojawiają się tylko w okolicach połowy kompozycji. I zwrot o 180 stopni, teraz coś dla miłośników hard rocka właśnie - I Just Wanna Rock. Otwierający go riff to jak mieszanka Deep Purple (z brzmieniem celowo nawiązującym do lat ''70) z Joan Jett. Naprawdę ciężko na podstawie samego riffu byłoby poznać, że to gra Satriani, dopiero solówka w środku to Satch ze starych, shredderskich czasów. Cóż mogę rzec, uwielbiam te szybkie podciągnięcia strun i zagrywki na skali pentatonicznej, które zresztą były dla mnie kiedyś jednym z wyznaczników stylu gry Joego. Dodatkową atrakcją są "wokale robota", naprawdę pasujące do kawałka. Nadszedł czas, by rozprawić się z numerem nawiązującym do tytułu całego krążka. Professor Satchafunkilus, no dobra, sprawdźmy, ile będzie w tym funka. Najpierw na myśl przychodzi mi okładka i Satriani w czerwonych tenisówkach, jak pomyślę o słowie "profesor", to takie zestawienie wywołuje u mnie uśmiech na twarzy. No więc spodziewalem się klangujących połamanych linii basu i adekwatnych do tego rytmów perkusji, niestety tego tu nie ma. Utwór rozczarowuje, zwłaszcza że związany jest z tytułem całego wydawnictwa. Satriani miewał dziesiątki lepszych kompozycji, a gitarzysta takiej klasy jak on takie kawałki to może wymyślać na poczekaniu. Trudno, zobaczmy, co mamy dalej. Revelation zaczyna się jak jakiś brit-pop i przywołuje na myśl deszczową pogodę. Na szczęście zaraz po tym wstępie mamy dość typowy numer ilustracyjny, jakich Joe miał wiele w swojej "post-ekstremistycznej" karierze. Piosenka poprawna, niczego sobie, choć wbrew zapowiedzi, rewelacji nie ma. Lepiej jest w Come On Baby, gitarka pogrywa sobie spokojnie na tle pianistycznego akompaniamentu. Wymiatania w zasadzie nie ma, ale i być nie musi, grunt by kawałek się bronił, a ten się jakoś broni. Najważniejsze, że był w nim jakiś zamysł artystyczny, w przeciwieństwie do dwóch poprzedników. Podobne patenty, tyle że tym razem z szybszą sekcją rytmiczną mamy w Out Of The Sunrise. Znowu delikatne gitary i pianino, a przy tym ciekawy kontrast z perkusją i basem, które wydają się być jakby z innej bajki. Bardzo udany eksperyment. W środku numeru bomba z opóźnionym zapłonem, rytmy zaczynają wpadać w reggae, a gitary przyspieszają. Z tym gatunkiem muzycznym Joe zaprzyjaźnił się kilka płyt temu i jak słychać, jest to przyjaźń udana. Diddle-y-a-Doo-Dat to ponownie Satch w wysokiej formie, wstęp trochę kojarzący się z drugą solową płytą Tafolli, ale dalej to już eksperymentatorski, operujacy gdzieś między jazzem, bluesem i rockiem Satriani. Ciekawie zaaranżowana sekcja rytmiczna i dość luźno sobie improwizujący gitarzysta, całość wypada nadzwyczaj udanie. Zaskoczy słuchacza Asik Veysel, bębny na początku stylizowane są na tamtamy rodem z dżungli, a na ich tle gitara wygrywa marsjańskie dźwięki. Dalej klimat kawałka zmienia się diametralnie i przypomina trochę mieszankę ostatnich utworów z The Extremist i niektórych momentów z Crystal Planet, przy końcu z kolei nawet coś, co może podpadać pod jazz rock. Ostatni numer to już w ogóle zaskoczenie - Joe postanowił spróbować swoich sił w gatunku flamenco i wyszło to nawet w sposób udany. Najbardziej podobają mi się tutaj flażolety wyciśnięte z akustyka i fakt, że to utwór instrumentalny (tylko takie flamenco lubię). Tak jest tylko przez jedną trzecią kompozycji, później pojawiają się niepokojące dźwięki basu i cały zespół zmierza już w innym kierunku. Obie części wypadają znakomicie, chociaż chyba nie za bardzo do siebie pasują, przynajmniej takie odnoszę wrażenie.
W porównaniu np. z Super Colossal proporcje pomiędzy ilością dobrych kompozycji a słabszych wydają się tu być podobne, coś jednak sprawia, że "Professor" całościowo podoba mi się bardziej. Może za jakiś czas zmienię zdanie, ale jak na dzień dzisiejszy nowa płyta wydaje mi się lepsza. Zarazem mam już pierwszego kandydata do zestawienia najlepszych albumów bieżącego roku, chociaż jak na razie liczba tegorocznych krążków, jakie dotychczas przesłuchałem, policzalna jest na palcach jednej ręki. Joe zdobył sobie wierne grono słuchaczy i ono na pewno sięgnie po tę pozycję, zachęcam mimo wszystko także innych do zapoznania się z tym bardzo dobrym wydawnictwem.
Oficjalna strona artysty: www.satriani.com
Guitarrizer kwiecień 2008
|