Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

JOE SATRIANI - Flying In A Blue Dream [1989]
Wydawca: Relativity Records / Sony Music / EWA

  1. Flying In A Blue Dream
  2. The Mystical Potato Head Groove Thing
  3. Can't Slow Down
  4. Headless
  5. Strange
  6. I Believe
  7. One Big Rush
  8. Big Bad Moon
  9. The Feeling
  10. The Phone Call
  11. Day At The Beach (New Rays From An Ancient Sun)
  12. Back To Shalla-Bal
  13. Ride
  14. The Forgotten (Part One)
  15. The Forgotten (Part Two)
  16. The Bells Of Lal (Part One)
  17. The Bells Of Lal (Part Two)
  18. Into The Light
Flying In A Blue Dream

Skład: Joe Satriani - gitary, gitara basowa, instrumenty klawiszowe, bandżo, harmonijka, instrumenty perkusyjne, śpiew; Jeff Campitelli - akustyczna i elektryczna perkusja, instrumenty perkusyjne; Bongo Bob Smith - elektroniczna perkusja i instrumenty perkusyjne [5, 12, 13]; John Cuniberti - sitar, instrumenty perkusyjne; Stuart Hamm - gitara basowa [5, 16, 17]; Simon Philips - akustyczna perkusja [6]

Produkcja: Joe Satriani i John Cuniberti

W legendarnym roku 1989 mistrz Satriani nagrywa jedną ze swoich najlepszych płyt - Flying In A Blue Dream. Jest to krążek o tyle szczególny, że po pierwsze Joe rezygnuje z sekwencerów i nagrywa go z żywymi muzykami, dzięki czemu i samo wydawnictwo nabiera życia, a po drugie sam również sięga po mikrofon i daje się poznać jako wokalista. Przyznaję, to dziwne uczucie słyszeć Joe śpiewającego po tym, jak słyszało się jego albumy instrumentalne. Jak Satriani wypada w roli wokalisty? Różnie, w zależności od kompozycji...

Płytę otwiera instrumentalne Flying In A Blue Dream, jeden z najlepszych utworów w karierze Joego i jeden z punktów, bez których nie mógłby się obyć żaden koncert gitarzysty. Zaczyna się bardzo spokojnie i odprężająco, ale też i nieco tajemniczo. Na tym tle pojawiają się rozbrykane gitary prowadzące, jedna wielka solówka - jedni to uwielbiają, w tym i ja, inni nie są w stanie tego znieść. Mało kto jednak zaprzeczy, że jest to prawdziwa sztuka (kiedyś czytałem jakiś wywiad z Malmsteenem, gdzie Szed twierdził, że Satriani brzmi jak gitarzysta sesyjny. Ja raczej byłbym skłonny twierdzić, że to niejeden gitarzysta sesyjny po prostu uczył się od Satcha). Tajemniczo, ale i zarazem ostrzej będzie w The Mystical Potato Head Groove Thing. Tego początku nie za bardzo trawię, na szczęście dalej rozwija się on w całkiem udaną kompozycję. Można się w niej doszukać wielu elementów, które później będą pojawiały się na kolejnych krążkach Joego, ze szczególnym wskazaniem na "Silniki Tworzenia" i "Kryształową Planetę". W połowie utworu warto zwrócić uwagę na charakterystyczne podkłady - zawsze kojarzą mi się one z typowym stylem Satrianiego oraz na momenty orientalne, jakie spotkamy jeszcze w innych numerach z tej płyty. Can't Slow Down to kawałek, który swym klimatem (nawet solówką) bardziej pasowałby do Vaia, brzmieniowo jest trochę jak jego album "Seks i Religia". Tam cała płyta utrzymana będzie w takim stylu. Tutaj też słyszmy Satrianiego śpiewającego i wypada to tak sobie, jeśli mam być szczery. Z drugiej strony słuchałem tego kawałka już chyba z kilkaset razy i nie wyobrażam sobie w nim jakiegoś innego wokalisty - to się nazywa siła przyzwyczajenia. Małe deja vu mamy w Headless, gdzieś już słyszeliśmy bliźniacze melodie, a konkretnie na debiucie Satcha. Tutaj zaaranżowane trochę inaczej. Bluesowa harmonijka ciekawie wypada na tle gitar, de facto od tej pory rola harmonijki na kolejnych krążkach znacznie wzrośnie. Po tym krótkim utworku nadchodzi kolejny wokalny, mianowicie Strange, utrzymany nieco na nutę INXS. Faktycznie, dziwnie on brzmi, zarówno ze względu na podkłady jak i sam głos Joe, ale już solówka typowa dla Satrianiego. Na uwagę zasługuje środkowa partia basu odegrana przez Stu Hamma, znanego wirtuoza tego czterostrunowego instrumentu (trzeba się będzie wreszcie zaopatrzyć w jego płytę solową). Dalej znów śpiewane I Believe ze wstępem gitarowym przypominającym mi nieco naszego rodzimego Borysewicza z Lady Pank. Sam kawałek to coś w klimatach ballady, lubię tę część ze zwrotkami, za to refren do mnie nie przemawia. Czytałem kiedyś wywiad z Satrianim, w którym opowiadał wzruszająca historię z tym utworem związaną, zainteresowanych odsyłam na poszukiwania owego wywiadu. Znów wypada wspomnieć na temat tego, jak Joe sprawuje się za mikrofonem. Cóż, nie jest to tak dobry wokalista jak gitarzysta, ale jakoś sobie radzi, jego głos nie razi. One Big Rush to instrumentalny powrót w klimaty dynamicznego hard rocka. Podziwiać możemy bezbłędne flażolety, z których umiejętnego wykrzystania Satriani zawsze słynął i zawsze pod tym względem był dla mnie niedoścignionym wzorem. Kiedyś jeden z moich kolegów usłyszawszy te flażolety odstawił gitarę i już nigdy więcej po nią nie sięgnął, pomimo "druzgoczącej przewagi przeciwnika" ja jeszcze walczę... No i następuje chyba najbardziej znany kawałek wokalny Satcha - Big Bad Moon, do którego zrealizowano dość ciekawy teledysk z Joe ucharakteryzowanym na mafioso (garnitur i fryzura na brylantynę). Zaraz po zwrotce krótka, ale treściwa solówka, złożona z serii szybkich podciągnięć strun, pentatoniki, flażoletów i czegoś w rodzaju fluttera. To naprawdę potrafi zabić. W sumie całkiem ostry hard rockowy numer z wykorzystaniem harmonijki, co również Joemu bardzo dobrze wychodzi. Z kolei The Feeling to bardzo króciutka miniaturka utrzymana w klimatach kowobojskich, całkiem niezły wstęp do równie kowbojskiego The Phone Call. Tym razem głos Satrianiego został przepuszczony przez jakiś sampler i wyszło to znakomicie, żartobliwie i pasuje jak ulał do kompozycji. Jest to jeden z najchętniej słuchanych przeze mnie numerów z całego zestawu. Day At The Beach (New Rays From An Ancient Sun), cóż za ciekawy tytuł, ze względu na zastosowany tapping na czystym brzmieniu gitar bardzo przypomina mi jeden z numerów z poprzedniego długogrającego krążka. To prawie jak jego kontynuacja, czy też może rozwinięcie. A teraz nachodzi prawdziwy wulkan dźwięków w postaci Back To Shalla-Ball, jeden z moich najulubieńszych kawałków Satrianiego. Dźwięki leją się szybko kaskadami, duża dynamika, wciągający rytm, idealny numer do szybkiej jazdy samochodem (lub deskorolką), bardzo energetyczny. Joe wyciska tu z pentatoniki chyba wszystie jej możliwości. Następne Ride, chociaż ma wolniejsze tempo, kojarzy się z jazdą motorem po długiej szosie. Głos Satrianiego wypada nadzwyczaj dobrze i w sumie nie ma co narzekać, że to nie kompozycja instrumentalna. Punkt za wyczucie smaku. Również jeden z najlepszych momentów na krążku. The Forgotten (Part One) po raz kolejny pokazuje, co Joe jest w stanie "wystrugać" z czystego brzmienia gitary elektrycznej i swoich palców, nie używając przy tym kostki. Druga część tej samej kompozycji jest już przesterowana, ale utrzymana w tempie wolnym, bluesująca, choć nie brak i ostrzejszych momentów. Z racji swej ilustracyjności nadałaby się idealnie do jakiegoś filmu o niezbyt wesołej fabule. Najbardziej podoba mi się tu stopniowanie napięcia oraz umiejętne połączenie melodyki z artykulacją. W The Bells Of Lal (Part One) wracają te orientalne klimaty, o których wspominałem na początku recenzji. Brzmi to bardzo tajemniczo, eksperymentalnie i... krótko. W drugiej części podstawa to pulsujący bas i pokaz wymiatania Satcha. Właśnie z racji tych basowych podkładów jest to numer bardzo rytmiczny i ciężko usiedzieć na miejscu, kiedy się go słucha. Ciało aż rwie się do kołysania, a głowa kiwa się raz to na lewo, raz to na prawo. Płyta kończy się wolno i organowo w postaci Into The Light. Na tle tego rozwlekłego podkładu Joe wygospodarował jeszcze trochę wymiatania, które tutaj wydaje się trochę bez sensu i bez pomyślunku, co naprawdę rzadko się Satrianiemu zdarza.

Niby osiemnaście kawałków, co jest sporą ilością jak na rok wydania krążka. ale wśród nich kilka bardzo krótkich. Większość kompozycji bardzo mi sie podoba i nie wyobrażam sobie mojej kolekcji bez tej płyty. Album bardzo dobrze wydany jak na płytę prawie instrumentalną, są teksty piosenek, kilka fotek, w tym jedna rewelacyjna przedstawiająca gitarę Satrianiego, do tego jeszcze bardzo gustowna okładka utrzymana w niebieskich gradientach. iIby rzecz mało istotna z punktu widzenia muzyki, ale jednak pozostawia po sobie bardzo miłe wrażenie estetyczne. Jedno z kluczowych dzieł Guitar Oriented Rocka i każdy fan gitarowego grania powinien się w ten album zaopatrzyć.

Oficjalna strona artysty: www.satriani.com

Guitarrizer
marzec 2008