Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

JOE SATRIANI - Black Swans And Wormhole Wizards [2010]
Wydawca: Epic Records / Sony BMG / Red Ink

  1. Premonition
  2. Dream Song
  3. Pyrrhic Victoria
  4. Light Years Away
  5. Solitude
  6. Littleworth Lane
  7. The Golden Room
  8. Two Sides To Every Story
  9. Wormhole Wizards
  10. Wind In The Trees
  11. God Is Crying
Black Swans And Wormhole Wizards

Skład: Joe Satriani - gitary, gitara basowa, instrumenty klawiszowe; Jeff Campitelli - perkusja i instrumenty perkusyjne; Allen Whitman - gitara basowa; Mike Keneally - instrumenty klawiszowe

Produkcja: Mike Fraser i Joe Satriani

Było trochę czekania, ale oto jest. Po wydaniu płyty z zespołem Chickenfoot i koncertówce z Paryża wreszcie mamy kolejny, czternasty już solowy krążek studyjny od Satcha. Płyta właściwie niczym nie zaskakuje, choć oczywiście ma swoje jasne momenty. Przy pierwszym przesłuchaniu na kolana mnie nie powaliła, przy kolejnych stwierdzam, że to dobra płyta i niewiele ponadto, ot, taki typowy Satriani.

Przy produkcji Black Swans And Wormhole Wizards pomagał Joemu Mike Fraser, który znany jest ze współpracy z AC/DC i Metalliką. Poza perkusistą Jeffem Campitellim prezentuje się nam nowy skład ekipy towarzyszącej Satrianiemu. Dołączyli do niego bardziej rozpoznawalny klawiszowiec Mike Keneally (grał z Frankiem Zappą i Stevem Vaiem) oraz mniej znany mi basista Allen Whitman (Mermen). Co do zawartości muzycznej krążka, to fani wirtuoza nie mogą być zaskoczeni, bowiem styl gry Satcha jest bardzo charakterystyczny i łatwo rozpoznawalny. Joe trzyma się tej ścieżki i jakoś szczególnie nie eksperymentuje, układa po prostu nowe melodie według starych, wypracowanych wzorców. Zresztą przed wydaniem płyty dostępny był do posłuchania singiel Light Years Away, który już zdradzał kierunek obrany przez gitarzystę na tym wydawnictwie. Serią dziwnych odgłosów startuje Premonition, potem następuje riff wprowadzający, który niebezpiecznie blisko plasuje się modern rocka, co nie napawa mnie optymizmem. Również pierwsze dźwięki solówek nie są jakoś szczególnie imponujące jak na możliwości Satrianiego. Robi się lepiej dopiero około pięćdziesiątej sekundy i dalej, zwłaszcza po ostrzejszej, hard rockowej zagrywce kawałek przywraca należne Joemu miejsce w panteonie gitarowych sław. Jest OK, ale do moich ulubionych utworów Satcha chyba niniejsza kompozycja nie dołączy. Podobnie będzie z Dream Song - tutaj odwrotnie, całkiem niezły wstęp z użyciem "kaczuchy" na wzór Hendriksa i taka sobie reszta. Owszem, podobają mi się pewne fragmenty tego spokojnego, ilustracyjnego nagrania, ale daleki jestem od podniecania się nim jako całość. We wprowadzeniu pisałem o jasnych momentach płyty i do takich należy niewątpliwie numer Pyrrhic Victoria. Mimo iż nie jest on jakoś szczególnie skomplikowany, to prowadzi go do przodu całkiem oryginalna i wpadająca w ucho, ciągle powtarzana melodia. Na jej tle Joe improwizuje sobie w najlepsze, chociaż słychać, że chwilami mamy jak najbardziej przemyślane struktury. Jestem za. Dochodzimy do singlowej ścieżki Light Years Away. Stylistycznie pasowałaby ona do genialnej płyty Strange Beautiful Music i chwała Satrianiemu za to, że nagrał tu coś takiego. Oczywiście żadna nowość, mamy tu takiego Satrianiego w pigułce i kto zna kilka ostatnich krążków mistrza, z pewnością nie będzie zaskoczony. Po prostu utwór zmajstrowany przy zastosowaniu złotej formuły Satcha. Tempo średnie, trochę rytmów boogie i dość ostre gitary w podkładach i z chodzącym transowo basem. Solitude dużo spokojniejsze i zarazem krótsze, brak przesterowanych gitar. To też żadna nowość, podobne patenty Joe wygrywał już na słynnym Surfing With The Alien i nowa kompozycja przypomina co najmniej dwa wolniejsze utworki z tamtego wydawnictwa. Dalej dość słabe kompozycyjnie Littleworth Lane, które gitarzysta postanowił osadzić gdzieś w country-bluesie. Tzn. momentami mamy melodie rodem jak z country, ale solówki pozostają bluesowe. Owszem, miło się tego słucha, łagodna ścieżka może ukołysać do snu, wciąż ma się jednak świadomość, że kogo jak kogo, ale Satcha to z pewnością stać na więcej. Trochę dziwny początek i startuje The Golden Room, pełne nawiązań do pamiętnego albumu Flying In A Blue Dream, tutaj urozmaicone jeszcze orientalnymi motywami. Lubię takie tajemnicze nastroje i jestem jak najbardziej za takimi kawałkami. Znów pora na coś spokojniejszego i serwuje się słuchaczowi Two Sides To Every Story. Tu też mamy mieszankę bluesa (w charakterystycznym wydaniu Satrianiego, a jakże), jazzu i country. Również nic odkrywczego, ale fanom gry wirtuoza z pewnością się spodoba. Na kolejnej pozycji figuruje numer Wormhole Wizards, swoim tytułem nawiązujący do nazwy całego krążka. To też jeden z najlepszych utworów w zestawie, gdzie również receptą na sukces okazuje się chwytliwa i cyklicznie powtarzana melodia. W prostocie tkwi siła, a Joe nie musi już niczego udowadniać i może spokojnie robić sobie swoje. Wbrew pozorom od pewnego czasu i tak kojarzę tego muzyka właśnie z tego typu nagraniami, bo wymiatania na jego płytach coraz mniej. Wind In The Trees raz jeszcze obrazuje spokój, tytułowy wiatr w drzewach okazuje się być zaledwie małym wietrzykiem, który błądzi gdzieś pomiędzy gałęziami. Pojawia się efekt Wah-Wah, bardzo częsty w utworach Satrianiego, tutaj także użyty w typowy dla Satcha sposób. Ostatni numer na płycie to God Is Crying. Tytuł bardzo ciekawy, sam kawałek też przyzwoity, niepotrzebnie tylko oszpecony przez efekt klaskania. Nie cierpię klaskania i chyba nigdy tego środka wyrazu nie polubię. Zawsze kojarzy mi się z jakimś prymitywizmem. A Joe co któryś album zawsze musi czymś takim niepotrzebnie "przyozdobić"

Z pewnością nie jest to najlepsze wydawnictwo Joe Satrianiego, do takich sporo mu brakuje, nie da się jednak ukryć, że płyta trzyma przywoity poziom. Mało na niej utworów zapamiętywalnych i zapewne będę po nią sięgał podobnie jak po Is There Love In Space?, czyli rzadko. Zdecydowanie wolę Satchafunkilusa, "Strange" i klasyczne krążki mistrza Satrianiego. Fanom i tak polecam.

Oficjalna strona artysty: www.satriani.com

Guitarrizer
październik 2010