Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Joe Satriani i gitarowe surfowanie po Symphony Hall ***

Joe Satriani, Simon McBride (gość specjalny)
23.10.2010 r., Symphony Hall, Birmingham (UK)

Żyłem tym koncertem od połowy roku, kiedy to dowiedziałem się, że Joe Satriani zagra w pobliżu. Wiele lat temu wirtuoz zagrał w Sopocie, z jakiegoś głupiego powodu wtedy na ten koncert nie poszedłem i potem wielce tego żałowałem. Myśl o tym, że trzeba będzie wreszcie zobaczyć swego idola na żywo, cyklicznie powracała i oto zaistniała wielka szansa na ujrzenie Satcha w Symphony Hall, w Birmingham. Joe wpadł tu promować swoją najnowszą płytę Black Swans And Wormhole Wizards.

Muzykę Satrianiego poznałem we wczesnych latach '90 ubiegłego wieku i nie da się ukryć, że zrobiła na mnie pirunujące wrażenie. Dla mnie i dla wielu, Joe to jeden z najlepszych (jeśli nie najlepszy) gitarzystów świata. Można powiedzieć, Mistrz Mistrzów, bo wyuczył grać wielu innych znakomitych wioślarzy, by wymienić choćby Steve'a Vaia (również ścisła czołówka najbardziej znanych wymiataczy), Kirka Hammetta (wstyd nie znać Metalliki), Larry'ego Lalonde'a (Possessed, później Primus), Alexa Skolnicka (ten utalentowany gitarzysta ozdabiał swymi melodyjnymi solówkami albumy Testament i Savatage, obecnie zajmuje się jazzem), Andy'ego Timmonsa (kilka płyt z Danger Danger i solowych) oraz kilku innych. Jak dobrym był nauczycielem, niech świadczy fakt, iż niemal każdy z jego uczniów posiada unikalny styl gry, co ma duże znaczenie w czasach, gdy większość gitarzystów gra w podobny sposób. Satriani zasłynął głównie kilkoma płytami z końca lat '80 i początku '90, wśród nich warto wymienić te najbardziej znane, czyli Surfing With The Alien (1987 r.), Flying In A Blue Dream (1989 r.) i The Extremist (1992 r.). Materiał z tych płyt Joe ogrywa po dziś dzień i cieszy się on niezmiennie wielkim uznaniem publiczności. Tyle wprowadzenia dla tych, którzy nie zetknęli się jeszcze z twórczością wirtuoza gitary.

Joe Satriani Przypadkowo zdarzyło się, że około pół roku przed występem Satcha dojrzałem na ulicy chłopaka, tak na oko lat 20-22, ubranego w koszulkę z wizerunkiem Satrianiego. Był to dla mnie widok nietypowy, bo w całym moim życiu na ulicach wypatrzyłem może takie ze 2-3 osoby. Koszulka wyglądała na samoróbkę, jakaś prasowanka, czy coś w ten deseń. Zacząłem zastanawiać się, jak też mogą wyglądać inni fani Joego, tym bardziej że na ulicach rozpoznawalni nie są ;). Inna sprawa to miejsce koncertu. Występ zaplanowany na 23 października 2010 r. odbyć się miał w Symphony Hall. Budynek ten mieści się na Broad Street, znanej ulicy rozrywki w Birmingham, jest dobrze usytuowany, z łatwym dostępem z centrum miasta. Ale ciekawym jest fakt, iż składa się on z miejsc siedzących, nawet pod samą sceną nie ma zbyt wiele miejsca na zabawę. Siedzieć podczas koncertu rockowego? Dla mnie to coś nowego, dlatego zastanawiałem się, jak zachowywać się będzie publika, ile w ogóle osób przyjdzie zobaczyć Joe Satrianiego. Wszystkie zagadki zaczęły się wyjaśniać w odwrotnej kolejności. Co do frekwencji, sprawa stała się jasna już w momencie, gdy kupowałem bilety. Zamawiałem je na dwa miesiące przed występem i okazało się, że już są prawie wyprzedane (zostało raptem jakieś 30-40 miejsc), a na dwa tygodnie przed koncertem nie było już żadnych poza tymi od "koników". Ci zaczęli sobie za nie liczyć po 100 funtów (mniej więcej trzy razy drożej niż pierwotna cena). Nie mając dużego wyboru zakupiłem bilet z miejscem w tzw. Grand Tier, na piątej, najwyższej kondygnacji.

Wreszcie nadszedł TEN dzień. Pogoda była akurat taka sobie, nie ma to jednak dużego znaczenia dla imprezy organizowanej w zamkniętym pomieszczeniu. Na miejsce występu dotarłem więcej niż pół godziny przed czasem i z dostaniem się do środka nie było żadnych problemów. Niedaleko wejścia rozłożył się tzw. "merchandise", czyli stoisko, gdzie można było kupić np. koszulki z wizerunkiem Satrianiego (wybór mały, może ze 3-4 wzory związane z aktualną trasą koncertową) i plakaty okolicznościowe. Co więksi maniacy mogli też nabyć naciąg perkusyjny z autografem Jeffa Campitelliego, bębniarza z zespołu Joego. Po schodach wspiąłem się na górę, ulokowałem na moim siedzieniu i pilnie obserwowałem, co się wkoło dzieje. Ludzie zaczęli powoli wypełniać salę i oto wyjaśniła się druga zagadka - jak będą wyglądać fani Satcha. Okazało się, że byli to ludzie w różnym wieku, najmłodsi to nastolatkowie, lecz było ich relatywnie niewielu, sporo osób w wieku 30-40 lat i co najciekawsze, ogromna ilość ludzi koło lub po pięćdziesiątce. Wyglądem nie wyróżniali się w żaden sposób od zwyklych ludzi z ulicy, stąd moje podejrzenie, że to zbiór dość przypadkowych widzów. Zupełnie inaczej niż w Polsce, gdzie na koncerty przychodzą głównie słuchacze obeznani z materiałem grającego artysty. Sala była prawie pełna, gdzieniegdzie widać było "wyrwy", które miały zapełnić się dopiero później.

Scena była już przygotowana i koncert zaczął się punktualnie. Kiedy pogasły swiatła (przyznam się, że czekałem na ten moment niecierpliwie, bo pobliski reflektor mocno dawał mi po oczach), a scenę dla odmiany oświetlono, ludzie już zaczęli bić brawa. Na estradzie pojawiło się niepozornie wyglądające trio - to Simon McBride i jego ekipa. Przed tym koncertem nie znałem owego pana, wiedziałem tylko, że to gość specjalny podczas brytyjskiej trasy Satrianiego. Wprawdzie planowałem zapoznać się na szybkiego z kilkoma kawałkami na YouTube, w końcu jednak zrezygnowalem z tego zamiaru i nastawiłem się na niespodziankę. Sugerując się wyglądem muzyków byłem przekonany, że zaraz usłyszę jakiegoś modern rocka czy grunge, a tu proszę, zaczęli oni grać szybkiego rock'n'rolla. Kiedy doszło do solówki, okazało się, że Simon to całkiem niezły wymiatacz, nawet stylistycznie nie było mu daleko do Satcha (!). Ten irlandzki gitarzysta ma na koncie już kilka płyt, zarówno z rożnymi zespołami, jak i solowych. Ucieszył mnie fakt, że Simon gra porządnie i z pewnością zapoznam się wkrótce z jego twórczością. Kolejne utwory to były porządne bluesiory z następnymi wymiatanymi solówkami, tutaj gitarzysta dał się poznać od strony bardziej uczuciowego grania i w wielu momentach jego styl przypominał mi Gary Moore'a. Publiczność była niesamowita, po każdej skończonej piosence biła gromkie brawa. Nie zabrakło też sytuacji dla mnie dość zabawnych. Gdzieś przy trzecim lub czwartym utworze Simon obwieścił, że teraz będzie nagranie z jego pierwszej płyty. Spojrzał w publikę i zapytał: "Ilu z Was słyszało mój pierwszy album?". Odezwały się jakieś pojedyncze głosy. Po chwili dodał: "A ilu z Was zamierza kupić moją drugą płytę?". Odpowiedziała jakaś 1/5 sali... Gitarzysta zapowiedział, że będzie grał tylko około 35 minut i mniej więcej tyle też trwał jego występ. W pewnym momencie wspomniał, że zna sporo piosenek i nie wie, którą teraz zagrać. Zaczął udawać, że czegoś szuka po gryfie, a po chwili dał się rozpoznać szereg dźwięków ze.. słynnego intro do Summer Song Satrianiego! (Szkoda, że nie zagrał covera, tym bardziej że i Joe, jak się okazało, też nie ujął tego numeru w swoim secie). Niewielka część publiki rozpoznała je, ale większość chyba nie, bo nie było słychać większego entuzjazmu. McBride przerwał i kontynuował jeszcze z kilkoma innymi piosenkami, już w całości. Łatwo strawna była jedna szybka, bardziej energiczna i skoczna oraz druga, wpadająca w ucho, cover Hendrixa. Drużyna Simona nieuchronnie zeszła ze sceny żegnana gorącymi owacjami; na scenie pojawili się techniczni i zaczęli starannie zbierać z niej wszystkie kable. Nastała dluższa przerwa.

Joe Satriani Gdzieś z prawej strony sceny mrugnęła mi postać faceta niosącego gitarę-semikakustyczną i od razu pomyślalem sobie, że pewnie Joe rozpocznie swój występ od utworu Flying In A Blue Dream, który ogrywa chyba na każdym koncercie. Nic z tego, ten numer został zagrany dopiero jako trzeci w zestawie, wypadł wspaniale jak zwykle, a smaczku dodawały reflektory rzucające niebieskie światła na publiczność. Wróćmy jednak do początku. Najpierw zgasły światła, publika zaczęła witać Satrianiego brawami, wreszcie wyszli na scenę jako kwintet. Oczywiście Joe z gitarą, ze starej gwardii jeszcze perkusista Joe Campitelli, koncertujący z wirtuozem od jakiegoś czasu gitarzysta rytmiczny Galen Henson oraz dwie nowe, przynajmniej dla mnie, twarze: basista Allen Whitman i klawiszowiec Jem Godfrey. Na razie bez powitań, od razu zaczęli grać Ice 9. Dobry i dość ostry wstęp jak na początek występu. Brzmienie gitar jakoś mnie nie powaliło, ale ten akurat mankament dokuczał jeszcze podczas aparencji Simona McBride'a. Okazało się jednak, że gość od konsolety nie spoczął na laurach i gdzieś od piątego utworu wszystko zaczęło brzmieć jak należy. Dalej coś z "archaicznego" materiału - Hordes Of Locusts z pierwszej płyty Satcha, które wypadło dość ciężko pod względem brzmieniowym. Po wspomnianym już Flying In A Blue Dream Joe przywitał się z publicznością i zanim zaczął grać Light Years Away z nowej płyty, rzekł "Looks like this pic is gone" i rzucił kostką w pierwsze rzędy publiczności. Nie zauważyłem żadnych śladów walki o tę jakże cenną pamiątkę; żałowałem, że mnie tam pod sceną nie było. Podczas koncertu materiał z najnowszego albumu o tytule Black Swans And Wormhole Wizards był reprezentowany nadzwyczaj licznie, naliczyłem jakąś połowę pozycji z wydawnictwa. Publika reagowała na nie mniej żywiołowo, zapewne dlatego, że znała je słabiej lub wcale, aczkolwiek i tak każdy numer nagradzany był oklaskami. Tak więc pojawiły się wspomniane Light Years Away (klimatycznie zbliżone do czasów płyty Strange Beautiful Music), liryczne i nastrojowe Premonition, Wind In The Trees, Dream Song (przewijający się główny motyw z tego numeru będzie mi się chyba śnił po nocach), jajcarskie, skoczne Pyrrhic Victoria (podczas niego na telebimie za sceną leciały fotki z różnych wojen, była m. in. znana scena z obrazu przedstawiającego wojska Aleksandra Wielkiego walczącego z perskim królem Dariuszem pod Issos - pamiętam ją jeszcze z podstawówki), God Is Crying (świetnie wypadło na tym koncercie), Littleworth Lane i Wormhole Wizards. Mniej więcej co trzy kompozycje Joe zmieniał gitary, często też trzymał się lewej strony sceny - jak się okazało, miał tam efekt Wah-Wah, popularnie zwany kaczuszką i to wszystko tłumaczy, gitarzysta bowiem często tego efektu używa. W secie nie mogło zabraknąć przebojów z legendarnego już krążka Surfing With The Alien. Koncert otwierało Ice 9, a kończyło tytułowe "Surfing..." - ten numer Joe zagrał jako ostatni i miałem okazję zobaczyć, że ten słynny, ultraszybki tapping grany przy użyciu kostki, to nie był żaden trick studyjny i że Satriani gra to naprawdę (i po wielu latach nadal robi to swietnie). Ponadto usłyszeć można było Satch Boogie, podczas gdy na telebimie leciał teledysk do tego nagrania, no i gorąco witane przez publiczność, balladowe Always With Me Always With You. Skoro już o łagodniejszych kompozycjach mowa, słuchaczom podobała się też na wpół akustyczna Andalusia z "Satchafunkilusa". W sumie Joe zagrał ponad 20 kawałków. Pojawiały się m. in. Crystal Planet, Memories (wstęp został radośnie powitany przez widzów), nie dam głowy, ale chyba też Revelation i Why. Z tych, które jeszcze łatwo rozpoznałem i zapamiętałem najbardziej ucieszyło mnie War z płyty The Extremist, bo bardzo lubię tę ścieżkę. Było The Mystical Potato Head Groove Thing reprezentujące album Flying In A Blue Dream, gdzie Campitelliego wspomagał perkusyjnie pan Godfrey uderzając pałeczkami w jakąś część swych syntezatorów (a może miał tam jakieś bębenki - nie wiem, bo z mojej pozycji niezbyt dobrze było widać, na czym tam gra). No i trzeba koniecznie wpomnieć o Big Bad Moon, jedynym numerze w secie, gdzie Joe sięgnął również po mikrofon. Na ostatnich piętrach, po lewej stronie, znalazło się kilkunastu fanów, którzy dobrze znali twórczośc wirtuoza i w momencie zwolnienia i wyciszenia dośpiewali oni dość głośno "but I like it", choć nie jestem pewien, czy ktoś z dołu to usłyszał. Satriani zagrał też na harmonijce ustnej - obsługa tego instrumentu też mu doskonale wychodzi. Po tym utworze muzycy pożegnali się ze słuchaczami i poszli sobie... Publiczność klaskała długo, by wywołać ich na bis, trwało to chyba ze 3 minuty i sam już zacząłem tracić nadzieję, że Satriani i spółka jeszcze wyjdą i coś zagrają. W pewnym momencie, nie wiem, czy to było spontaniczne wymuszenie na wszystkich równomiernego klaskania do rytmu przez grupę fanów, czy może to jacyś wcześniej przygotowani agenci umieszczeni na sali zaczęli tak klaskać, ale muzycy wyszli i od razu zaczęli do tego rytmu grać Crowd Chant. Publika klaskała nieustannie przez cały kawałek, ja również i do tej pory bolą mnie jeszcze dłonie. Po tym numerze było jeszcze opisane już przeze mnie Surfing With The Alien i nastąpił nieuchronny koniec koncertu.

Cóż, zabrakło wielu nagrań, które chętnie bym usłyszał i zobaczył na żywo w wykonaniu mistrza, choćby takich Belly Dancer, What Breaks A Heart, Musterion, Sumer Song, czy Back To Shalla-Bal, ale nie można mieć przecież wszystkiego. Koncert musiałby trwać z 5 godzin, by Joe mógł zagrać większą cześć swoich najlepszych utworów, a sporo tego biorąc pod uwagę fakt, że gitarzysta samych solowych płyt ma na swym koncie niemało. Zauważyłem, że pewnych kawałków nie było najprawdopodobniej dlatego, iż muzyk grał je podczas swego poprzedniego występu w tym samym miejscu w 2008 r. (przegapiłem jakoś ten koncert - szkoda, bo grał wtedy też Paul Gilbert). By być w dwustu procentach zadowolonym, trzeba po prostu być na tylu koncertach Satrianiego, ilu tylko się da. Kolejnej okazji nie przepuszczę.

Guitarrizer
25.10.2010 r.

(Autor zdjęć: Robert Brzozowski)