|
Skład: Andrew "Mac" McDermott - śpiew; Kai Steffan - gitary; Olaf Grosser - gitary; Bauke De Groot - gitara basowa; Heiko Heike - perkusja
Produkcja: Sargant Fury i Tommy Newton
Przeglądając różne fora internetowe i bawiąc się od czasu do czasu w poszukiwacza zaginionych hard rockowych skarbów, dochodzę do wniosku, że to właśnie początek lat '90 był dla wielu kapel magicznym szczytem inspiracji. Niewątpliwie Sargant Fury spokojnie można zaliczyć do takiej grupy. Poza tym, wypadałoby przygotować dla nich szufladkę z napisem "złe miejsce, nie ten czas". Opinia to trochę krzywdząca, ale inaczej nie wypada pisać o muzykach, których dziewicza płyta zdobyła uznanie jedynie w ojczystym kraju, czyli Niemczech.
Osobom obracającym się w kręgach niemieckiego hard rocka zapewne w oczy rzuciła się postać Tommy'ego Newtona - współproducenta owego wydawnictwa, dzierżącego "wiosło" w Victory. Jak się okazuje, odegrał on niebagatelny wpływ na wydźwięk riffów zawartych na płycie. Przynajmniej po usłyszeniu kilku pozycji miałem nieodparte wrażenie, że to Newton wydobywa te kaskady dźwięków. Drugą personą wysuwającą się zdecydowanie na pierwszy plan jest Andrew "Mac" McDermott - gardłowy szerzej znany z udzielania się w progmetalowej załodze Threshold. Już tytułowe Still You Want More sygnalizuje, czego możemy się spodziewać po zawartości krążka. Mnie zdecydowanie wgniotło brzmienie gitar, a także kapitalne skoki po skalach zasłyszane w chórkach. Dołożę do tego jedno z lepszych sol na albumie. To wystarczy, aby szczęka znalazła się bliżej podłogi. Wraz z No. 9 przychodzi odrobina wytchnienia. Przynosi je bardziej radosny refren, przywołujący mi na myśl choćby Pretty Maids z okresu Jump The Gun. Pod trójką ewidentnie kryje się kawałek, do przekabacania na dobrą stronę mocy pseudo-emo-rockmenów i im podobnych. Zwłaszcza końcówka riffu głównego prezentuje, że Tommy Newton i Victory wywarły istotne piętno na Sargant Fury. Niesamowite jest zakończenie, gdzie solówka przywodzi retrospekcje z zakończenia I Believe In Love Lionsheart. Po takim zastrzyku furii panowie zaserwowali ścieżkę utrzymaną w konwencji nieco tajemniczej. Za sprawą delikatnych klawiszy zawiewającą szczyptą AOR-u. Jego fundamenty oparte są na ciekawej melodii gitarowej i odpowiednio mocarnych przedrefrenach. Taki przykład Heaven' s Edge z ich Hold On To Tonight granego na europejską modłę. Lekko naciągnąłem to porównanie, ale niech fani Marka Evansa i spółki wybaczą mi tę niekompetencję. W Stand Up pojawiają się minimalnie przybrudzone gitary, na całe szczęście nie psujące stworzonego dotychczas pozytywnego wrażenia. Dla widocznego urozmaicenia McDermott i pozostali muzycy bawią się zmianami tempa w zwrotkach. Refren tym razem nie wpędził mnie w ekstazę, przesadą zaś byłoby stwierdzenie uczucia niedosytu. Cóż, zawsze mogę sięgnąć po czekoladę ;). Rekompensata za poprzedni refren następuje w Me. Zaryzykuję stwierdzenie, że mógłby on konkurować na miano hardrockowego manifestu roku '91. Przynajmniej wśród kapel, które nie zdołały przekroczyć Kanału la Manche. Spodziewam się, że i Fifth Angel na nadchodzącym 3 studyjnym albumie, zastosowanymi tu smaczkami by nie pogardziło. Do You Remember nie za szczęśliwie się zaczyna. Po kilkunastu sekundach człowiek zaś może bez przeszkód wziąć głębokie wdechy. Wchodzący na wskroś melodic metalowy riff pokazuje, dlaczego warto jest hodować włosy dłuższe niż do ramion. Zdecydowanie charakter numerowi nadaje charyzmatyczny wokal Andrew. Nie pozostaje nic tylko zmarszczyć brwi i przyłączyć się do śpiewania refrenu. Zarówno Love On The Run jak i Just One Night pomimo wyeksploatowanych tytułów, zaliczyć mogę do "killerów 2-óch". Pierwszy z wyżej wymienionych, zachwyca wplatanymi minisolówkami, nietypową budową i udanym banalnym refrenem. Choć nuta trwa niespełna 3 minuty, to za każdym kolejnym przesłuchaniem nasuwa mi pytanie, dlaczego tak mało osób wielbi podobne klimaty. Jeszcze większy znak zapytania dotyczący tegoż zagadnienia pojawia się po Just One Night. Tutaj praca gitar nieodparcie kojarzy mi się z końcówką albumu Victory - Culture Killed The Native. Tysiące ton stali potrafią również skruszyć wkraczające sztuczne flażolety. Najszybszym numerem na płycie jest Loosing Control. Zmysł słuchu po raz wtóry atakowany jest przez nieśmiertelne flażolety, przyprawione nie nużącymi powermetalowymi centralkami. Duża w tym zasługa zastosowanych zwolnień po refrenach, a'la wczesne Europe. Zapomniałem o Slow 'N' Easy, który w zasadzie pełni rolę zapełniacza. Być może po 3 wieczornym piwie wreszcie się do niego przekonam. Na razie jednak ani talk box, ani bluesujący chórkowy klimat w refrenie zbytnio mnie nie porusza. W końcu mamy jeszcze post :). Na samym końcu zamieszczona została ballada z kopem, czyli Don't You Know. Muzycznym historykom nadmienię, że wraz ze Still You Want More i Me muzycy zaaplikowali ją na EP-kę wydaną w '90 roku. Akustyczne zwrotki przypominają mi jedną z ballad Transit, chórki w refrenach zaś, czerpią odrobinę manierę znaną i lubianą u Pretty Maids. Największy aplauz należy się jednak za wspaniale przemyślaną strukturę utworu.
To fakt, że o Sargant Fury prawie nikt nie słyszał. Do meteorytów kapela również nie może zostać przypisana, gdyż wydała jeszcze 2 krążki. Materiał debiutancki jest bezprzecznym przykładem, za co warto jest kochać muzykę spod znaku hard & heavy. Niesłychana przebojowość, tworzenie kreatywnych wariacji, emocjonalne wokale. Sargant Fury swą misję wypełniło cholernie dobrze i chwała im za to. Mimo że prekursorami gatunku nie byli, u mnie zapiszą się w sercu na zawsze. Stawiam ich za chwilę na półce obok Leatherwolf, Victory, Bonfire i Pretty Maids. Pospieszyłem się, niech zniszczą jeszcze membrany w głośnikach...
Oficjalna strona zespołu: www.rush.com
Człeko kwiecień 2009
|