|
Skład: Warrel Dane - śpiew; Dave Budbill - perkusja; Jim Sheppard - gitara basowa; Lenny Rutledge - gitary; Sean Blosl - gitary
Produkcja: Howard Benson
Zanim jeszcze zalew muzyki grunge zdążył opanować Seattle, była tam grupa kilku bardzo dobrych i ambitniej grających zespołów. Poza Queensryche, które już zajęło należne miejsce w panteonie muzyki elitarnej, ze Seattle pochodziły jeszcze takie formacje jak Fifth Angel i Sanctuary. Ta ostatnia grupa grała techniczny i dojrzały thrash metal, choć w dzisiejszych czasach
pojawiają się głosy nazywające twórczość Sanctuary power metalem. Mniejsza o nazwy gatunkowe, faktem pozostaje jednak, że
zespół miał własny styl, czym wyróżniał się spośród innych kapel.
Into The Mirror Black jest drugą i zarazem ostatnią płytą kwintetu, która pochodzi z 1990 r. Jej producentem został Howard Benson, współpracujący wcześniej z Bang Tango i Pretty Boy Floyd. Benson wywiązał się znakomicie z powierzonego mu zadania, bowiem brzmienie krążka jest dużo lepsze od tego, jakie zaprezentowane zostało na debiucie. Stało się bardziej wyraziste, lepiej pasowało do zawartego na CD materiału, dzięki czemu grupa mogła pokazać, na co naprawdę ją stać. Co do samego albumu, to takich ze świecą szukać. Zespół obdarzony był ogromnym potencjałem twórczym, toteż wszystkie kompozycje różnią się od siebie. Mało tego, nie ma tutaj żadnego zapychacza, wszystkie kawałki są bardzo ambitne, co może sprawić, że płyta nie będzie łatwo strawna przy pierwszym przesłuchaniu. Za to wystarczy posłuchać jej kilka razy, a po prostu pokocha się to wydawnictwo. Przede wszystkim jest tu sporo zmian tempa, gitary grają raz prościej, a raz wykonują bardziej skomplikowane figury. Wszystkie utwory zaczynają się od swoistych wstępów, potem ewoluują, w każdym z nich zespół przemyca jakiś smaczek. Na tle tego wszystkiego doskonale wypada wspaniały głos Warrela Dane'a (później występował też z formacją Nevermore). Nie jest on już tak piskliwy jak na debiutanckim albumie, znikły wcześniejsze drżenia i Warrel potrafi już płynnie wykorzystywać możliwości, które dała mu natura. Do tego dochodzi jeszcze fakt, że teksty grupy nie są o byle czym, a poruszają ważkie tematy. Warto wspomnieć również o okładce, która jest może nie tyle tajemnicza, co raczej podwójnie symboliczna. Przyznam się szczerze, że różne skojarzenia przychodziły mi do głowy. Z jednej strony widzimy drogę, a na niej odwróconych do siebie tyłem młodzieńca i starca (na froncie). Tył okładki z kolei ukazuje ten sam obrazek, ale w negatywie. Jest to niewątpliwie jakieś nawiązanie do tytułu albumu, a wszystko razem naprawdę daje do myślenia. Całość tworzy urzekającą atmosferę i sprawia, że sięga się po tę płytę bardzo często. Każdemu zapewne spodoba się inny zestaw utworów, na mnie największe wrażenie zrobiły Future Tense (w teledysku można zobaczyć, jak dłuuuugie włosy mają członkowie zespołu), Taste Revenge, Epitaph, Eden Lies Obscured i Communion.
Album powinien przypaść do gustu szerokim rzeszom słuchaczy. Miłośnikom thrash i power metalu z racji swej ostrości, fanom hard rocka i melodic rocka z racji swej melodyjności, a także ludziom lubiącym nieco bardziej melancholijne, smutne i tajemnicze klimaty. Według mojej
subiektywnej oceny jest to jedna z najlepszych płyt, jakie kiedykolwiek nagrano, a już na pewno jedna z najlepszych w swoim gatunku i
ponadczasowa. Krążek nie jest łatwy do dostania w "kraju nad Wisłą", ale warto zadać sobie trochę trudu, by go sprowadzić chociażby za
pośrednictwem internetu.
Brak oficjalnej strony zespołu
Guitarrizer kwiecień 2004
|