|
Skład: Rick Hughes - śpiew; Stephane Duffour - gitary, chórki; Jesse Bradman - instrumenty klawiszowe, chórki; Martin Bolduc - gitara basowa, chórki; Jeff Salem - perkusja
Gościnnie: Aldo Nova - instrumenty klawiszowe, gitara; Michael Larocque - gitara basowa; Tim Harrington - gitara basowa; Daniel Hughes - perkusja; Peter Barbeau - perkusja; Alan Jordan - chórki
Produkcja: Aldo Nova
Na przełomie lat 80-ych i 90-ych ubiegłego stulecia w świecie melodyjnego rocka nastała swoista moda na tworzenie tzw. supergrup, złożonych z uznanych artystów o sporych umiejętnościach, znających tajniki i pułapki szołbiznesu. Być może było to skutkiem świadomości, że oto zbliża się nieuchronny koniec panowania tego typu muzyki i zastąpienie jej bardziej prymitywnymi formami rozrywki? Albo chęci poeksperymentowania i nagrania czegoś innego niż do tej pory? Na te pytania prawdopodobnie nie uzyskamy jednoznacznej odpowiedzi, faktem jest, że owe supergrupy wniosły do hardrocka pewien powiew świeżości. Dowodzi tego chociażby wydany w 1992 roku, zatytułowany eponimicznie album kanadyjskiego zespołu Saints & Sinners, powstałego na gruzach power metalowej grupy Sword (w której występowali wcześniej Rick Hughes i Jeff Salem). Skład uzupełnili gitarzysta Stephane Duffour, basista Martin Bolduc i klawiszowiec Jesse Bradman (ex- Aldo Nova, Night Ranger), a za produkcję (doskonałą!) odpowiadał Aldo Nova.
Po zapoznaniu się z zawartym na krążku materiałem słuchaczowi łomocze w głowie natrętne pytanie, brzmiące: "Jak to możliwe, że wcześniej tego nie znałem?". Jest on bowiem istną symfonią rewelacyjnych, ostrych riffów, wspaniałych harmonii, przebojowych melodii. Obdarzony mocnym, charyzmatycznym głosem wokalista stanowi jakby hybrydę Johnny'ego Gioelego i Dee Snidera. Wydobywane z gitar dźwięki zostały tu idealnie wyważone i gdzieniegdzie skontrastowane z nienachalnymi, klawiszowymi tłami. Czasami z ciężko brzmiących, hairmetalowych lub hardrockowych utworów, wyłaniają się kąśliwe solówki, smakujące niczym aromatyczne przyprawy w dobrze usmażonym mięchu (przepraszam za nadmiar kulinarnych porównań, ale płyta Kanadyjczyków kojarzy się właśnie z solidnym zestawem mięs). Jego pierwszą porcją jest Shake, który zgodnie z tytułem przy odpowiednim nagłośnieniu może zatrząść domem w posadach. Niezbyt szybki, lekko kołyszący, za to bazujący na mocarnym riffie, przypominającym te obecne w rockerach Heaven’s Edge, stanowi pierwszą odsłonę hairmetalowego dzieła. "We’re gonna make you move" - śpiewa na wielkim luzie Hughes w znakomitym, choć trochę sztampowym refrenie i rzeczywiście spełnia swoją obietnicę. Rozpoczynający się dźwiękiem policyjnych syren Rip It Up to klasyczny przykład hair metalu początku lat dziewięćdziesiąych, czyli na turbodoładowaniu, z wyeksponowanymi, agresywnymi riffami, wszelako nie rezygnujący z melodyjności. W podobny, bezkompromisowy sposób grało w owym czasie Heavy Bones, inna zagubiona perła. Strasznie mi się tu podoba solówka z elementami sweepingu. Walk That Walk, wybrany na promowany teledyskiem singiel (moim zdaniem trochę niefortunnie), właściwie powtarza patenty obecne w numerze inaugurującym, czyli też jest ciężki, choć dość powolny, opatrzony wspaniałym riffem, ale tym razem banalnym refrenem. Spokojny, akustyczny początek Takin’ My Chances nasuwa skojarzenia z Only Woman Bleed Alice Coopera. Jest to standardowa power ballada, chyba mająca za zadanie odprężyć słuchacza przed emocjami, które czekają na niego dopiero dalej. Za to Kiss The Bastards, utwór autorstwa Rachela Bolana (Skid Row) i Jona Bon Jovi, skutecznie wybudzi z letargu każdego. Mamy tu kolejny kosmiczny, poszarpany riff i zadziorny wokal, z frazowaniem przywodzącym na myśl Dee Snidera. Ścianę gitarowego dźwięku tylko na chwilę urozmaica dobrze dopasowana solówka i spokojniejszy bridge. Dynamiczny, "patatajowy" Wheels Of Fire to już reminiscencja Twisted Sister, zarówno na poziomie pracy gitar jak i barwy głosu Hughesa. Podobają mi się w nim chórki i gitarowe tremolo. Niesamowicie przebojowy Lessons Of Love brzmi trochę jak zagubiony singiel Hardline - proszę wsłuchać się w te chórki w przedrefrenach lub w brzmienie klawiszy... Cudowny refren w tej piosence przywodzi mi na myśl tak samo wysoko śpiewany Hot Nights In Africa Niemców z Roko. Ozdobą tego kawałka jest również solówka z neoklasyczną wstawką. Druga ballada na krążku, We Belong, zaskakuje kontrastami gitary akustycznej i elektrycznej oraz czyściutkim głosem wokalisty. Numer tyleż świetny, co łatwo wpadający w ucho, lekkostrawny, więc można się dziwić, dlaczego nie był obecny w repertuarze wszystkich rozgłośni radiowych. (Chyba jednak wiem, dlaczego. Wszak był to już okres odwrotu melodyjnego grania...). Na tle wcześniejszych utworów dziewiąty z kolei Frankenstein to zupełnie "insza inszość". Rozbudowany, zagrany z rozmachem aranżacyjnym, z nietypowymi harmoniami brzmieniowymi, nawiązuje do dzieł Queensryche. Ciekawe są tu partie gitary basowej, intrygująco wypada mistrzowska solówka, łącząca w sobie grę staccato z umiejętnym podciąganiem strun. Balansujący między brzmieniami akustycznymi i elektrycznymi Sleepin’ Into Darkness znów przypomina Hardline - to słychać zwłaszcza w specyficznej artykulacji w wokalu oraz podczas zmian tonacji w refrenach. Niewiele ekip pokusiło się o skomponowanie czegoś tak melodyjnego i jednocześnie niekonwencjonalnego.
Reasumując, Saints & Sinners zafundowali słuchaczom 10 utworów, z których za przeciętne można uznać zaledwie dwa, reszta jest po prostu fantastyczna. Gdyby ten album wydano jakieś pięć lat wcześniej, przypuszczalnie zespół wszedłby do panteonu gwiazd, a tak, jeśli wierzyć źródłom internetowym, skończyło się na sprzedaży 160 tysięcy egzemplarzy (co, biorąc pod uwagę rok wydania, jest niezłym wynikiem). Oczywiście album polecam w ciemno wszystkim miłośnikom hard ‘n’ heavy.
Brak oficjalnej strony zespołu
Hardlover maj 2009
|