Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

RUSH - Snakes & Arrows [2007]
Wydawca: Atlantic

  1. Far Cry
  2. Armor and Sword
  3. Workin' Them Angels
  4. The Larger Bowl
  5. Spindrift
  6. TheMain Monkey Business
  7. The Way The Wind Blows
  8. Hope
  9. Faithless
  10. Bravest Face
  11. Good News First
  12. Malignant Narcissism
  13. We Hold On
Snakes & Arrows

Skład: Geddy Lee - gitara basowa, gitara akustyczna, instrumenty klawiszowe, śpiew; Alex Lifeson - gitary; Neil Peart - instrumenty perkusyjne

Produkcja: Rush i Nick Raskulinecz

Jeszcze rok temu nic nie wskazywało na to, że prędko będziemy mogli posłuchać nowego dzieła Rush. Od czasu Vapor Trails, ostataniej studyjnej płyty zespołu, minęło całe 5 lat. Co prawda w między czasie dostaliśmy zbiór coverów Feedback, wydawnictwo koncertowe Rush In Rio i cały pakiet płyt DVD dokumentujących ostatnie i archiwalne nagrania z tras koncertowych, ale fani wciąż czekali na następcę Vapor Trails. Tym bardziej, że brzmienie tamtej płyty zdaniem wielu (w tym niżej podpisanego) zostało zchrzanione. Od razu powiem, że tutaj nie ma takiego dylematu, bowiem album od początku brzmi doskonale. Inna sprawa, iż zapowiadany powrót do korzeni nie jest tutaj jakiś znaczący, a dla każdego dobrze znającego dyskografię Rush od razu staje się jasne, że Snakes & Arrows to muzycznie kontynuacja ostatnich dokonań zespołu, włączając w to solowe wydawnictwa Lifesona i Lee.

Pierwszy kawałek, singlowe Far Cry, jest mocnym rockowym wykopem nawiązującym trochę do dawnego stylu. Sam początek to kopia fragmentu Hemispheres, za to poźniej można znaleźć trochę nawiązań do 2112 (partie gitary kopią tyłek nie mniej niż w Temple Of Syrinx). Cały numer jednak jest w poetyce poprzedniego krążka, zwłaszcza utworu Earthshine (podobne nakładki wokalne i akustyczna partia gitary w tle). Ponieważ Earthshine jest dla mnie najmocniejszym punktem tamtego wydawnictwa, Far Cry mnie nie rozczarowuje. Dalej zespół niestety trochę spuszcza z tonu, kawałki są nieco łagodniejsze i mniej energiczne. Nie oznacza to wcale, że złe. Drugi numer, Armor And Sword jakby na siłę ma przywołać echa Moving Pictures (riff prosty, prawie rock and rollowy jak w Red Barchetta). Nawiązania do Moving Pictures pojawiają się za to w bardziej bezpośredni sposób w Workin' Them Angels, jednak tylko w tekście (nie poraz pierwszy, bo tytuł tego klasycznego już krażka zespołu został zacytowany w utworze Available Light, 18 lat temu na płycie Presto). Sama kompozycja jest bardzo ciekawa i kojarzy się z tym, co zespół zaprezentował na albumie Test For Echo ponad dekadę temu. Co daje się zauważyć od razu, gitara akustyczna obecna jest tutaj w każdym utworze, ale raczej jako tło, bowiem kompozycjom towarzyszą dosyć ciężkie riffy. Pewnego rodzaju wyjątkiem może być numer The Larger Bowl, gdzie gitara akustyczna wysuwa się na przód. To bardzo melodyjny kawałek z przebojowym refrenem. Geddy śpiewa spokojnie, ale jednak ekspresyjnie, podkreślając kolejne sylaby tekstu (zresztą charakterystyczne dla tego wokalisty). Spindrift to jakby próba pójścia w bardziej mroczne rejony krążka Test For Echo. Moim zdaniem utwór trochę przekombinowany, ale przestrzenna partia gitary nadaje więcej melodyki. Na płycie znalazły się aż 3 utwory instrumentalne. Pierwszy z nich to The Main Monkey Business. Powiem od razu, że nie jestem zwolennikiem kompozycji instrumentalnych, ale obiektywnie rzecz biorąc nie ma się do czego przyczepić. Warto może odnotować, że Neil gra tu fantastycznie. Nie tylko w tym kawałku, ale i na całej płycie. Zresztą jego bębny brzmią chyba lepiej niż kiedykolwiek wcześniej (wyraźnie więcej przestrzeni niż na poprzednich albumach). O ile ten pierwszy instrumental można potraktować jako pełnoprawną kompozycję albumu, o tyle dwa pozsotałe (Hope i Malignant Narcissism) można sklasyfikować jako typowe wypełniacze, bo oba trwają po 2 minuty i nie wnoszą nic szczególnego do całości. Pewnym środkiem ciężkości albumu jest kawałek The Way The Wind Blows. Stonowany, wolny, z dużą ilością gitary akustycznej, zdradza pewne inklinacje bluesowe Lifesona (tam gdzie gra ostrzej, słychać już nawet Cream). Całość idealnie wpasowałaby się na poprzedni krążek obok utworów jak The Stars Look Down. Z kolei Faithless to znowu granie pod Test For Echo. Nawet identyczne pochody gitary basowej z gitarą elektryczną. To wszystko już było, ale słucha się tego z wielką przyjemnością. Mam też trochę wrażenie, że Rush nie chce zbytnio przyłożyć z grubej rury, bo poza wstępnym utworem nie ma tutaj jakiegoś czadu. W Bravest Face za to już odważniej chłopaki poszli. Przewodnim motywem w tym utworze jest zagrywka Lifesona zdradzająca jego jazzowe upodobania (fragment jak z solowej płyty Victor). Cały numer jednak jest bardziej melodyjny, głównie dlatego, że refren to po prostu mniej bezpośrednie nawiązanie do Ghost Rider z Vapor Trails. Za to Good News First wdziałbym bez problemu na solowym albumie Geddy'ego My Favorite Headache. Kawałek jest taki właśnie, mroczny z melodyjnym refrenem. Mam nawet wrażenie, że ten numer wyszedł z tamtej sesji. Płytę zamyka utwór o krzykliwym tytule We Hold On. Powiem szczerze, nie zwrócił mojej uwagi od początku, teraz po kilkunastu przesłuchaniach też nie zachwyca. Wyróżnia się napewno zagrywką gitary, która gdzieś tam się już pojawiła na Vapor Trails. Czyli zakończenie płyty mało efektowne. Czas więc wziąć się za podsumowanie.Co najważniejsze, całość brzmi o wiele lepiej niż Vapor Trails i nie jest to jakaś tam niezauważalna różnica. Gitarowo wiele tricków (głównie brzmieniowych), mało solówek (w Larger Bowl i Bravest Face są za to interesujące), perkusja doskonale wyważona, bo chyba nie muszę przekonywać o umiejętnościach Pearta. W końcu Geddy Lee, którego gitara perfektycja jak zawsze, za to wokal tym razem został podobnie zniekształcony jak ostatnio (taki już zabieg obecnie stosuje się nagminnie, ale dla usprawiedliwienia dodam, że przy tak charakterystycznym głosie, jakim dysponuje Geddy, nie razi to za bardzo). Teksty jak wiadomo głębokie (Neil opisał swoje podróże po świecie w sposób zupełnie bezpretensjonalby i osobisty) i całość bardzo profesjonalnie zrobiona. No właśnie, wydaje mi się, że tutaj nowe dzieło tria ma dużą przewagę nad chociażby ostatnim wydawnictem Marillion, Rush cały czas trzyma bardzo wysoki poziom nie tylko kompozycyjnie, ale i odtwórczo.

Snakes & Arrows trochę mnie roczarował na początku, ale po prostu nie jest to płyta, która porwie za pierwszym przesłuchaniem. W tej chwili wiem już, że będzie to jeden z moich ulubionych krążków 2007 roku. Najlepsze co chłopaki nagrali (razem czy osobno) od ponad dekady.

Oficjalna strona zespołu: www.rush.com

LSDisease
kwiecień 2007