|
Zespół Rush, uznawany jest przez wielu za najbardziej inspirujący zespół świata. Na ich muzyce wzorowało się wielu wykonawców, zarówno tych progresywnych jak i klasycznych hard rockowych. Potrafią zagrać z niesamowitą precyzją, ale też bardzo witalnie, ze sporą dawką emocji. Może na wstępie warto jeszcze dodać że basista tego tria, ma bądź co bądź polskie korzenie. Tak. Rodzice Geddy'ego Lee pochodzą ze Starachowic (Kielecczyzna), jednak nie dane było nam dotychczas zobaczyć Rush w Polsce. Choć w 1995 Geddy wraz z rodziną zawitał do naszego kraju w celach turystycznych.
Historia zespołu sięga 1968 roku, kiedy to dwóch mieszkańców Willowdale (dzielnica Toronto), John Rustley oraz Alex Lifeson (ur. 27.08.1953 w Fernie, Kanada) z pełną determinacją postanowiło że będzie muzykami rockowymi. Wielką inspiracją dla Alexa Lifesona był wówczas gitarzysta Cream - Eric Clapton. Analizował więc jego styl grania, a ponadto stwierdził, że tak jak Cream dobrze by było grać jako trio. Rustley zasiadł za bębnami a zespół uzupełnił basista i wokalista Jeff Jones, zastąpiony wkrótce przez Geddy'ego Lee (właściwe nazwisko >Gary Lee Weinrib, ur 29.07.1953 w Toronto).
Początkowo koncerty zespołu ograniczały się do podrzędnych knajp, a ponieważ muzycy byli wówczas jeszcze bardzo młodzi i mieli zakaz wstępu do wszystkich nocnych klubów Toronto, nie było szansy szybkiego wybicia się. Jednak w 1973 roku własnym nakładem postanowili wydać singiel. Była to piosenka z repertuaru Buddy Holly'ego Not Fade Away. Na stronie B tego singla znalazło się już nagranie autorstwa Rush - You Can't Fight It. Singiel przeszedł bez echa, ale niezniechęceni tym niepowodzeniem muzycy nagrali całą dużą płytę i wydali przez własną wytwórnię Moon Records. Na album trafiło osiem numerów, z których na szczególną uwagę zasługuje z pewnością Working Man, zdradzający już pewne ambicje do tworzenia bardziej skomplikowanych form.
Płyta może przeszłaby niezauważona gdyby nie pewna prezenterka radiowa z Cleveland. Przez pewien okres puszczała na antenie utwory zespołu i tak zainteresowała się nim wytwórnia Mercury. Debiut miał się już ukazać w Stanach nakładem nowej wytwórni, kiedy z zespołu odszedł John Rustley. Ponoć przyczyną tej niespodziewanej decyzji była choroba (mówiono że ma cukrzycę), ale nie jest też tajemnicą, że John byłzainteresowany graniem jedynie prostego rock and rolla, podczas gdy Lee i Lifeson myśleli o bardziej złożonych kompozycjach. Po stracie Rustleya zespół zaczął rozpaczliwe poszukiwania perkusisty. W końcu udało się. Do grupy dołączył niepozorny ale obdarzony nieprzeciętnymi umiejętnościami Neil Peart (ur. 12.09.1952 w Toronto). Jego przyjście najwyraźniej scementowało zespół i zdecydowanie przyczyniło się do rozwoju Rush.
Już wydany na początku 1975 roku drugi longplay Fly By Night okazał się przełomowym. Produkcją tego albumu zajął się Terry Brown (który już zresztą pomagał muzykom wcześniej). Całość po dziś dzień robi olbrzymie wrażenie. Od początku ostre hard rockowe riffy Anthem, wprowadzają nas w muzykę obdarzoną niesamowitą witalnością i energią. Najciekawszym tu momentem jest oczywiście dłuższy By Tor And The Snow Dog, czteroczęściowe dramatyczne opowiadanie o walce dobra ze złem, ze świetnie wyważonymi partiami instrumentalnymi i rzecz jasna ekspresyjnym śpiewem Geddy'ego. Zespół dużo koncertował i zyskał już spore uznanie (głównie w Kanadzie gdzie Fly By Night pokryło się złotem).
Idąc za ciosem, jesienią 1975 roku grupa wydała trzeci album Caress Of Steel. Jednak tym razem szczęście nie uśmiechnęło się do zespołu. Płyta została ledwie dostrzeżona, a nieprzychylna prasa tylko potęgowała ten efekt. Chociaż zawartość tego longplaya jest naprawdę udana, np. Bastille Day ma w sobie coś z tej energii Anthem, a prawdziwe opus magnum całości, suita Fountain Of Lamneth, brzmi naprawdę okazale, jednak z powodu słabej sprzedaży płyty, grupa ograniczyła działalność koncertową, a przyszłość stała się bardzo niepewna.
Trójka Kanadyjczyków postanowiła jednak spróbować jeszcze raz, i tym razem był to strzał w dziesiątkę. W 1976 na rynek trafił album o niecodziennym tytule 2112 i od razu stał się komercyjnym sukcesem. Nie tylko zresztą komercyjnym, ale i artystycznym. Grupa nie zrezygnowała z rozbudowanych form i już na początek mamy 20 minutową tytułową suitę, opowiadającą o walce jednostki przeciwko systemowi. Muzycznie dużo tu zawiłych wątków tak charakterystycznych dla zespołu. Po dzień dzisiejszy robi to piorunujące wrażenie.
Trasa koncertowa promująca wspomniany album stała się pretekstem do wydania pierwszego historii Rush wydawnictwa live. All The World's A Stage ukazał się jeszcze w 1976 roku i zawierał nagrania koncertowe zarejestrowane w Toronto. Wyraźnie słychać na tym longplayu, że muzycy grają bardzo precyzyjnie, a zarazem porywająco i po dzień dzisiejszy uważani są zresztą za najbardziej perfekcyjny zespół koncertowy w historii rocka.
Wszystko szło nadzwyczaj dobrze, choć w tym okresie zespół był posądzany o tendencje prawicowe i faszystowskie, gdyż Neil oparł swoje opowiadanie 2112 na książce prawicowej ekstremistki Ayn Rand pt. "Anthem". Tak naprawdę w tej książce nie było nic faszystowskiego, ale lewicowa brytyjska prasa ochrzciła już Rush mianem nazistów i muzycy byli atakowani jeszcze przez dwa lata przez muzyczną prasę z Wysp. Jednak ten incydent nie przeszkodził w karierze zespołu. Fani nie przejmowali się takim bajdurzeniem i koncerty były wyprzedawane do ostatnich miejsc. Grupa zdobyła Stary Kontynent..
Po udanym roku zespół nie ma zamiaru odpoczywać. Efektem jest płyta A Farewell To Kings z 1977 roku. To moim zdaniem najlepszy album jaki Kanadyjczycy wydali w latach '70. Mamy tu elementy wszystkiego co w zespole najlepsze, a ponadto dalszy progres (użycie po raz pierwszy syntezatorów oraz różnych nieobecnych dotąd instrumentów perkusyjnych). Grupa brzmi jak zwykle doskonale. Najlepszym moim zdaniem tu numerem jest jedenastominutowe Xanadu. Zabarwione momentami orientalnie, raz spokojne raz szybkie, z poetyckim tekstem Parta opowiadającym o nieśmiertelności. Na A Farewell To Kings pojawił się też pierwszy duży singlowy przebój zespołu - Closer To The Heart (grany do dzisiaj na koncertach).
Wyraźne powodzenie wspomnianego albumu sprawiło że zespół postanowił rozwinąć jego formułę. Na wydanym w 1978 r longu, Hemispheres, znajduje się jakby dokończenie płyty poprzedniej. Pierwszy numer to bowiem rozwinięcie ostatniego utworu z albumu "Farewell..." - Cygnus X -1. Tu ma on tytuł analogicznie Cygnus X - 1 Book II Hemispheres. Ale cała płyta nie jest już tak udana jak jej poprzednik. Zamieszczono na niej tylko cztery kompozycje, w czym ostatnia instrumentalna La Villa Strangiato, to krótkie połączone w prawie 10 minutową całość gitarowe temaciki inspirowane koszmarami Alexa Lifesona.
Po wydaniu Hemispheres zespół ruszył w trasę by promować album, jednak w porę zorientował się że album daleki jest od ich ambicji. Geddy zresztą wspominał tą płytę jako artystyczne niepowodzenie wyróżniając jedynie Prelude (pierwszą część Cygnus X -1 Book II) oraz The Trees, a Alex Lifeson uważał że formuła którą przyjeli została już maksymalnie wyeksploatowana na tym albumie. Grupa po zakończeniu trasy zrobiła sobie dłuższą przerwę i w studiu pojawiła się dopiero w drugiej połowie 1979 roku.
Efektem pracy była płyta Permanent Waves wydana dokładnie pierwszego stycznia 1980. Muzycy wspominają że chcieli aby ich album był pierwszym longplayem lat '80. Muzyka nieco się tu zmieniła i rzeczywiście brzmienie jest bardziej klarowne. Formuła albumu przypomina A Farewell To Kings. 6 kompozycji w tym dwie dłuższe, rozbudowane - Jacob's Ladder i Natural Science. Nie zabrakło przeboju co najmniej na miarę Closer To The Heart (The Spirit Of Radio), ale pojawia się też ballada (Different Strings). Płyta brzmi świetnie, a utwory są naprawdę udane.
To, co zapoczątkowano na tym albumie zostało kontynuowane na następnym, uważanym przez wielu (także samych muzyków) za najlepszy. Moving Pictures, bo o nim mowa, ukazał się na początku 1981 roku i po dzień dzisiejszy jest najlepiej sprzedającym się albumem Rush. Znalazło się tam siedem wyśmienitych numerów, które oprócz jak zwykle doskonałego brzmienia wyróżniają się przebojowością. Tom Sawyer dotarł nawet do 16 miejsca na liście przebojów. Na tej płycie znalazły się także Red Barchetta i Limelight które niewątpliwie należą do jednych z największych hitów w karierze zespołu. Dla mnie ten ostatni stanowi kwintesencję stylu Rush. i jest prawdziwym majstersztykiem warstwie muzycznej.
Ponieważ album sprzedawał się świetnie trasa okazała się także sporym sukcesem. Grupa postanowiła nagrać drugi w karierze album koncertowy. Exit...Stage Left pojawił się na rynku jeszcze w tym samym roku co Moving Pictures. Jego tytuł zaczerpnięto z kreskówki o psie Huckelberrym. Nie jest to zapis jednego koncertu a zbiór utworów z całej trasy koncertowej, nie ma więc mowy o czymś w rodzaju dramaturgii koncertu. Ale utwory zagrane są z oczywistą dla zespołu precyzją, a brzmienie jest naprawdę dobre. Najciekawiej wypadają tu Red Barchetta oraz długi Xanadu, zagrany trochę wolniej niż na płycie studyjnej. Jednak poważnym moim zdaniem uchybieniem jest brak numeru Limelight. A był to przecież jeden z przebojów zespołu do którego zrealizowano nawet wideo.
Po udanym roku muzycy Rush postanowili po raz kolejny odświeżyć styl. Efektem ich pacy był wydany w 1982 roku album Signals. Dla fanów był on ogromnym zaskoczeniem. Tym razem bowiem syntezatory wysunięte zostały na pierwszy plan a struktura kompozycji uległa dalszej transformacji. Ale Signals to niewątpliwie płyta Rush i słychać to od samego początku. Subdivisions wprowadza nas w klimat nocy w wielkim mieście. Muzyka jest tu ciekawie zaaranżowana i przestrzenna. Dotyczy to zresztą całego albumu. W ogóle Subdivisions to moim zdaniem jeden z najlepszych utworów Rush jakie nagrali. Dynamiczne The Analog Kid, jest natomiast zrobione według schematu, który będzie wykorzystywany także w przyszłości. Szybka zwrotka i spokojny refren. Cały album jest bardzo udany, niestety spora część dawnych fanów zespołu była tym wydawnictwem zawiedziona.
Album sprzedawał się gorzej od poprzednika i w końcu sami muzycy zaczęli dopatrywać się uchybień na płycie. Efektem tego od współpracy odsunięto Terry'ego Browna, który był producentem wszystkich dotychczasowych albumów zespołu. Długie poszukiwania odpowiedniego producenta zakończyły się wreszcie zatrudnieniem Petera Hendersona. Współpraca z nim nie ukłądała się łątwo. Sesja była ciężka i zapędziła muzyków w psychiczny dołek. Niemniej jednak Grace Under Pressure wydany w 1984 roku to dzieło wyśmienite i być może najlepszy album Rush w ogóle. Tym razem syntezatory i gitara współgrają ze sobą na równi. Moim zdaniem to w ogóle najlepszy gitarowy album jaki słyszałem. Progresje akordowe są tu niesamowite. Brzmienie przestrzenne i także dynamika kreowana jest nie tylko przez sekcję rytmiczną. Każdy utwór odkrywa przed nami jakieś ciekawostki aranżacyjne. Mamy więc szybkie frazy, nietypowe rytmiki, zabarwienia bluesowe, czasem muzyka brzmi orkiestrowo. Ten album to jedno z arcydzieł rocka. Płyta oczywiście spodobała się fanom i była jakby sygnałem że zespół wraca do wcześniejszych ostrzejszych gitarowych brzmień.
Jednak tuż po zakończeniu trasy promującej, zespół pamiętając trudy ostatniej sesji nagraniowej postanowił zaprosić bardziej doświadczonego producenta. Wybór padł na Petera Collinsa, który wcześniej pracował m in . z Gary Moorem (nawiasem mówiąc Collins pracował później jeszcze z Queensrÿche, czego owocem było m in. słynne dzieło Operation: Mindcrime). Collins miał swój system pracy i ogólny zarys faktury brzmienia na nowy album Rush. To znowu nie przypadło zbyt do gustu Alexowi, który musiał przekomponować większość partii gitarowych, żeby zrobić miejsce dla obfitych partii syntezatorowych.
Power Windows, bo taki tytuł album otrzymał, ukazało się jesienią 1985 roku i było kolejnym etapem rozwoju grupy. Syntezatory ponownie tak jak za czasów Signals wyszły na pierwszy plan ale ich brzmienie było już zdecydowanie inne. Płyta brzmiała nowocześnie ale i nie da się ukryć - porywająco. Rytmika na całym albumie może przypominać zabiegi z poprzednich dwóch płyt, nie zabrakło też podniosłych orkiestrowych aranżacji. Moim faworytem z tego albumu jest utwór Middletown Dreams. Zresztą tak się akurat składa że to chyba najbardziej przebojowy album Rush (Na koncertach ogrywano z niego niemal wszystko). Genialne sola Lifesona, w niemal każdym utworze, stały się chyba główną inspiracją Adriana Smitha z Iron Maiden, kiedy to nagrywali Somewhere In Time, przeze mnie najbardziej ceniona płyta Maiden), album sprzedawał się całkiem nieźle, a i muzycy byli najwyraźniej zadowoleni.
Na początku 1987 zespół ponownie z tym samym producentem pracował już nad kolejną płytą. Płytą, która w opinii Geddyego miała być punktem zwrotnym w karierze grupy - Hold Your Fire. Największym przebojem z tego albumu stał się utwór Time Stand Still, gdzie gościnnie obok Geddy'ego zaśpiewała Aimee Mann z grupy Til Tuesday. To także mój ulubiony numer z tej płyty, choć doskonałych kompozycji na całym albumie nie brakuje. Mamy bardziej spokojne utwory jak Second Nature, i znów tak charakterystyczne w warstwie rytmicznej jak Prime Mover. Do tego należy dodać że płyta ogólnie jest nie mniej przebojowa niż poprzednia, może jedynie trochę spokojniejsza. Za to produkcyjnie uważam że to najlepszy album Rush. Bardzo przestrzenny i słychać to może dlatego, że tempa nieco zwolniły. Po wydaniu tego albumu zespół pomimo niechęci Geddy'ego do koncertów ruszył w trasę, która zaowocowała kolejnym wydawnictwem live.
W 1988 roku pojawił się w sklepach trzeci album koncertowy zatytułowany Show Of Hands. Utwory pozbierano z różnych koncertów, ale "zlepiono" je w całość tak że mamy uczucie jakbyśmy słuchali jednego koncertu. Na płycie znalazły się wyłącznie numery z czterech ostatnich albumów studyjnych. Wyjątek stanowi Witch Hunt który pochodzi jeszcze z Moving Pictures oraz Closer To The Heart grany na każdym koncercie tu w trochę zmienionej wersji. Bo ogólnie poszczególne kompozycje nie różnią się tu zbytnio od wykonań studyjnych.
Po ukazaniu się tego wydawnictwa, zespół poczuł się wypalony. Muzycy zdawali sobie sprawę jak ciężko jest być zespołem progresywnym. W przeddzień nagrania kolejnej płyty, zdecydowano że album będzie miał prostsze rockowe brzmienie. Zatrudniono nowego producenta Ruperta Hine'a, a na dodatek miał to być album dla nowej wytwórni. Po wygaśnięciu zobowiązań wobec wytwórni Mercury muzycy związali się z Atlanticiem. Rupert Hine nie pracował wcześniej z żadnym wykonawcą rockowym co też odbiło się po części na materiale zaprezentowanym w 1989 roku. Na albumie Presto rzeczywiście syntezatory cofnięto w tło, ale nie spowodowało to zaostrzenia brzmienia. Zresztą w wielu momentach płyta przypomina poprzedniczkę. Nie jest to bynajmniej zarzut bo np. takie The Pass to jeden z najciekawszych tu numerów. Niestety kiedy Presto pojawiło się w listopadzie 1989 przeszło wówczas niezauważone. Zespół nie przejął się tym i zapraszając ponownie Hine'a do współpracy rozpoczął nagrywanie kolejnej płyty.
Roll The Bones ukazał się w 1991 roku i zyskał sporo pochlebnych recenzji. Pewien brytyjski krytyk muzyczny stwierdził nawet że Rush na nowo odkrył rock and rolla i zagrał go z pasją. Płyta emanuje energią. Obok szybkich dynamicznych kompozycji jak Dreamline, Face Up czy The Big Wheel znalazło się miejsce dla spokojniejszych numerów jak Bravado czy Heresy. Moim faworytem jest tu The Big Wheel, utwór zaaranżowany w starym stylu i chyba najbardziej sięgający do korzeni i oczywiście bardzo melodyjny. Muzycy byli wyjątkowo zadowoleni ze swego dzieła. Geddy uważa ten album za jeden z lepszych, jakie nagrali. Jednak płyta niestety podobnie jak jej poprzedniczka nie zyskała raczej szerszego uznania.
Po pewnym czasie zespół zapragnął zabrzmieć ostrzej i kiedy wszedł do studia by nagrać następcę Roll The Bones, wizję tą miał spełnić nie kto inny jak Peter Collins. Peter pracował już z zespołem nad Power Windows i Hold Your Fire, ale tym razem muzycy oczekiwali od niego czegoś innego. Kiedy w 1993 na rynek trafił Counterparts, okazał się sporym zaskoczeniem. Grupa zagrała nie tylko ostrzej ale i momentami alternatywnie. Stick It Out czy Cut To The Chase mają brzmienie niczym zespoły z Seattle. Nie są to złe kompozycje ale kompletnie nie w stylu zespołu. Na domiar tego to właśnie do Stick It Out zrobiono promocyjne wideo. Na szczęście nie zabrakło klasycznych dla Rush kompozycji. Np. przebojowe Nobody's Hero, dynamiczne Alien Shore, przestrzenne Speed Of Love, również przebojowe Cold Fire z niebanalnym tekstem o miłości, czy pełne nadziei Everyday Glory. Album spodobał się fanom, jednak nie stał się bestsellerem. Mimo że zaostrzono brzmienie, wcale nie sprzedał się lepiej niż dwa poprzednie.
Po trasie koncertowej zespół postanowił zrobić sobie dłuższą przerwę. Geddy odpoczywał na łonie rodziny, Neil mógł nadrobić zaległości w lekturze (jego pasją jest czytanie), mógł też sobie w końcu pozwolić na dłuższe przejażdżki rowerowe które również są jego pasją. W przerwie między tymi zajęciami zajmował się projektem poświęconym Buddy'emu Richowi. Alex nagrał swój pierwszy solowy album zatytułowany Victor. Był on niewątpliwie odległy od dokonań macierzystego zespołu, jednak całkiem dobry i na pewno interesujący. Muzycy Rush zostali jeszcze odznaczeni nagrodą "Toronto Arts Award" za pobudzające do myślenia teksty i ambitna muzykę, która wyznaczyła nową skale w hard rocku.
Przerwa trwała i trwała i nic nie zapowiadało rychłego powrotu do studia. A jednak muzycy się pozbierali żeby nagrać kolejny album. Produkcją ponownie zajął się Peter Collins. Muzycy wybrali sobie nawet motto, które miało im towarzyszyć podczas pracy w studio: Pojedynczo jesteśmy dupkami, lecz razem jesteśmy geniuszami. Praca przebiegała w wyjątkowo wyluzowanej atmosferze i zaowocowała płytą, której nadano tytuł Test For Echo. Zespół nie zrezygnował z kierunku obranego 3 lata wcześniej. Gitary są tu dalej ostre, a momentami muzyka nabiera niespotykanego dotąd klimatu. Dobrym przykładem może być Driven, gdzie gitara gra płynnie i zarazem ostro, co daje efekt spłycenia dźwięku. Różnego rodzaju smaczki mamy również w innych utworach, a jeśli chodzi o syntezatory, to jest ich na tej płycie raczej mało. Gitara wypełnia przestrzenie. Moim zdaniem Test For Echo to bardzo udany album. Zyskał sobie zresztą ogólnie sporą sympatię.
Zespół ruszył w trasę i wszystko układało się dobrze. Do czasu. Latem 1997 roku wydarzyła się tragedia. Selena, córka Neila, zginęła w wypadku samochodowym, a jakby tego było mało rok później na raka umarła żona perkusisty. Dla Neila ten podwójny cios był tak ogromny, że doprowadził go niemal do załamania psychicznego. W celu terapii perkusista podróżował po Ameryce, opisując swoje przygody na trasie. Do domu wrócił dopiero we wrześniu 2000 roku.
Dwa lata wcześniej pojawił się jeszcze trzypłytowy album koncertowy Different Stages zawierający przede wszystkim materiał z ostatniej trasy, ale także fragmenty występów podczas "Countertour" i specjalny dysk z koncertem z 1978 roku. W końcu pojawił się też solowy album Geddy'ego. Jesienią 2000 roku do sklepów trafił My Favorite Headache. Na płycie oprócz samego Geddy'ego możemy również usłyszeć m. in. Bena Minka z formacji FM (Ben zagrał już w przeszłości na wiolonczeli na płycie Rush Signals, w utworze Losing It). Nie jest to jednak muzyka w stylu Rush, lecz niewątpliwie (głównie dzięki wokalom) interesująca.
Muzycy Rush długo odpoczywali od siebie, ale postanowili powrócić do studia. Na początku 2001 roku rozpoczęto pracę nad nowym albumem. Trwała ona tym razem bardzo długo, bo przeszło rok. Muzyka na wydanym w maju 2002 roku Vapor Trails nie jest jednak różnorodna. Od razu uwagę zwraca ciężkie niemal industrialne brzmienie, choć nie zabrakło oczywiście momentów charakterystycznych dla zespołu. Najlepszym dla mnie utworem jest Earthshine, który w zwrotce brzmi nieco mrocznie, natomiast w refrenie przeradza się w klasyczne "ruchowe" witalne granie. Sweet Miracle, najkrótsze i bardzo melodyjne, najbardziej nadaje się na przebój. Brzmienie jednak ogólnie jest spójne i zabrudzone. Elementy charakterystyczne dla grupy przebijają się jednak przez gitarową ścianę dźwięku i albumu słucha się z prawdziwą przyjemnością.
Rush postanowiło promować Vapor Trails, czego owocem jest zapis koncertu z Rio De Janeiro. Chyba pozazdrościli trochę wydawnictwa DVD Iron Maiden, właśnie z Rio i sami postanowili takie wydać. Miejmy tylko nadzieję że to wydawnictwo nie okaże się łabędzim śpiewem zespołu i że jeszcze usłyszymy Rush, na płycie studyjnej. Oby...
Oficjalna strona zespołu: www.rush.com
LSDisease wrzesień 2003
|