Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

RUSH - Caress Of Steel [1975]
Wydawca: PolyGram

  1. Bastille Day
  2. I Think I'm Going Bald
  3. Lakeside Park
  4. Necromancer: Into Darkness / Under The Shadow / Return Of the Prince
  5. Fountain of Lamneth: In The Valley / Didacts And Narpets / No One At
Caress Of Steel

Skład: Geddy Lee - gitara basowa, gitara klasyczna, śpiew; Alex Lifeson - gitary; Neil Peart - instrumenty perkusyjne

Produkcja: Terry Brown

Po niewątpliwym sukcesie albumu Fly By Night (w rodzinnej Kanadzie status złotej płyty), muzycy Rush szybko wzięli się za nagrywanie jego następcy. I jeszcze w tym samym roku na rynek trafił ich trzeci longplay - Caress Of Steel. Po części jest to kontynuacja zamierzeń muzycznych płyty poprzedniej, ale tym razem postanowiono zrobić album z większym rozmachem.

Otwierający całość utwór Bastille Day przywodzi mi trochę na myśl Anthem z Fly By Night. Ta sama dawka witalnośći i przebojowości. Później mamy równie ostry, choć może nieco mniej już przebojowy I Think I'm Going Bald oraz spokojniejszy bardziej wzniosły Lakeside Park z tekstem na temat, który Neil będzie poruszał jeszcze w przyszłości, czyli dzieciństwa (utwór The Big Wheel z Roll The Bones to jakby kontynuacja tego opowiadania). Po tych trzech krótszych numerach przechodzimy już w rejony, w które to zespół zapuści się na kilka następnych lat, czyli rejony długich progresywnych kompozycji. Na wcześniejszym krążku był taki numer By Tor And The Snow Dog i tam był najdłuższym i najciekawszym utworem. Tutaj mamy trzyczęściowy Necromancer. Jest on jeszcze trochę dłuższy niż numer z Fly By Night i jeszcze bardziej zakręcony. Momentami nawet brzmi to nieco psychodelicznie. Ale prawdziwym ozdobnikiem tej płyty i wyznacznikiem na przyszłość jest 20 minutowa kompozycja The Fountain Of Lamenth. Ten epicki sześcioczęściowy utwór to bardzo osobista podróż przez życie. Tekst został tak skonstuowany, że mógłby stanowić scenariusz jakiegoś dramatu. Muzycznie wiele tu zakrętów aranżacyjnych, choć wszystko brzmi dosyć klarownie, by nie powiedzieć sterylnie. Można zaryzykować stwierdzenie, że cała kompozycja nie jest zbyt dynamiczna, choć sprawia wrażenie takiej ze względu na jak zwykle pełen pasji głos Geddy'ego. Moim zdaniem to najciekawszy utwór na płycie. Nie mogę nie wspomnieć o perfekcyjnej grze muzyków. Takowa była już wcześniej, ale w nieco prostszym materiale. Tutaj pokazali, że potrafią wejść w nieco bardziej skomplikowane formy zupełnie bezbłędnie.

Ta płyta zapoczątkowała dla zespołu erę długich ponad 10 minutowych struktur i choć w przyszłości takie ich epickie kompozycje będą lepsze niż na tym albumie, to niewątpliwie ten album był wyznacznikiem stylu.Dodam jeszcze że wówczas kiedy płyta się ukazała, rozczarowała nieco fanów zespołu i nawet sami muzycy tego albumu dziś już dobrze nie wspominają. Jednak dla mnie jest to kawał porządnej muzyki i myślę że niejeden poźniejszy progresywny wykonawca to i owo zaczerpnął z tego krążka.

Oficjalna strona zespołu: www.rush.com

LSDisease
październik 2003