Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

RUNNING WILD - Rogues En Vogue [2005]
Wydawca: BMG / Gun / Drakkar

  1. Draw The Line
  2. Angel Of Mercy
  3. Skeleton Dance
  4. Skulls & Bones
  5. Born Bad. Dying Worse
  6. Black Gold
  7. Soul Vampires
  8. Rogues En Vogue
  9. Winged & Feathered
  10. Dead Man's Road
  11. The War
  12. Cannonball Tongue [bonus w edycji z Gun]
  13. Libertalia [bonus w edycji z Gun]
Rogues En Vogue

Skład: Rock'n'Rolf - śpiew, wszystkie gitary; Peter Pichl - gitara basowa; Matthias Liebetruth - perkusja

Produkcja: Rock'n'Rolf

O grupie Running Wild można pisać długo, ale co najważniejsze pisać dobrze. Niektórzy zarzucają ekipie Kasparka dreptanie w miejscu, inni chwalą konsekwencję i nie podążanie za modą. Kariera zespołu trwa nieprzerwanie od prawie 30 lat, to naprawdę sporo biorąc pod uwagę, że ostatnimi laty tradycyjny metal zszedł raczej do podziemia (poza nielicznymi wyjątkami, vide Iron Maiden). Running Wild lata świetności mają już dawno za sobą, ostatni jak dotąd ich krążek pochodzi sprzed 3 lat i w założeniu miał być powrotem do czasów największej chwały zespołu. Powiem szczerze, nie byłem przekonany do tego, że grupie uda się powtórzyć tak wspaniałe dzieła jak choćby Port Royal czy Death Or Glory...no i nie sięgnąłem po ten album. A szkoda, bo po trzech latach od jego ukazania się wysłuchałem płytki i jestem bardzo pozytywnie zaskoczony.

Draw The Line zaczyna się niczym jakiś hard rocker z lat '80. Spokojna melodia, pełna harmonii, przywodzi na myśl lata świetności hair metalu, dalej maszyna rusza w średnio-wolnym tempie, ktore najbardziej mi odpowiada u Running Wild. Po prostu taki rock and roll, tyle że w cięższym wydaniu. Zresztą ten pierwszy numer ma więcej wspólnego z hard rockiem niż heavy metalem. Refren jest niczym wzięty od Wingera. Oczywiście każdy, kto zna styl Biegnącej Bestii (to taka ich maskotka, coś jak Eddie dla Ironów), wie, czego mniej więcej się spodziewać. Dla mnie to oczywiste, że zespół chce nawiązać do najlepszych momentów płyt jak Death Or Glory czy Blazon Stone. Następny na krążku Angel Of Mercy jest już w innym tempie i zawiera całą gamę melodyjnych gitarowych popisów. Bas cofnięto jakby w tył, co było charakterystyczne dla takiego Death Or Glory. Tak mniej więcej wygląda obraz tego kawałka. Średnio-szybko, bardzo melodyjnie, klasycznie. W Skeleton Dance powrót do rock and rolla. Grupa sobie nie żałuje, łeb sam się buja ;). Co ciekawe, myślę, że ten album może przypaść do gustu zarówno fanom starego Runninga, jak i fanom hard rocka, zwłaszcza że gitary tutaj mają brzmienie jak z jakiegoś Wicked Sensation. Tak jest w Born Bad, Dying Worse (genialny tytuł). To numer hard rockowy, cieżko mi to nazwać metalem. Oczywiście nie jest jakiś skomplikowany, raczej oparty na prostym riffie, niemniej jednak nie jest to walenie w dwie struny, a bardziej bogate brzmienie. Melodyjność niczym za starych dobrych czasów. To, czego dzisiaj wielu zespołom brakuje, na tej płycie jest w całej rozciągłości. Black Gold ma niby wszystkie potrzebne składniki, jednak w moim odczuciu to nie aż tak udana kompozycja. Grupa uprawia tutaj po prostu autoplagiat (Black Wings Of Death poszło na tapetę?), co nie było chyba konieczne biorąc pod uwagę, że większość materiału nie posiada pirackich refrenów i raczej jest mniej patetyczna. Dobrze, że następny na płycie Soul Vampires to już piękne mięsiste hard rockowe riffy. Refren znowu pokazuje, w jak świetnej formie jest Running Wild A.D. 2005. Może i trochę to schematyczne, ale dzięki temu asekuranckiemu posunięciu słuchając nie robimy częstych skipów ;). Numer tytułowy rozpoczyna się paroma zagrywkami do złudzenia przypominającymi kapelę Mr. Big, choć pewnie nie było takiego zamysłu. Bliższą inspiracją było zapewne Iron Maiden (z czasów Powerslave), ale dalej mamy już typowe Running Wild. Kawałek podobny do White Masque z Blazon Stone, czyli wszystko w najlepszym porządku. Tym razem autoplagiat wybaczam, tym bardziej że w refrenie to już prawie tytułowy kawałek z tejże płyty. Taki miks ;). Winged & Feathered również mnie nie zawodzi. To dobry numer łączący w sobie zadziorność metalu ze sporą melodyką. Przy tej okazji dodam, że partie perkusji na całej płycie brzmią rewelacyjnie, to jest naprawdę profesjonalne podejście, żadne tam pukanie w gary. Brzmienie stopy mnie rozwala i jeszcze dodam, że Winged & Feathered mógłby znaleźć się na Black Hand Inn w zupełnie niezmienionej postaci. Dead Man's Road jak poprzednie, dobrze, równo, melodyjnie, dynamicznie, rock and rollowo. Bez niespodzianek i na szczęście bez znudzenia. Na płycie są jeszcze dwa kawałki na wczęśniejszej pozycji - Skulls & Bones, niepotrzebny incydent, no chyba że panowie chcieli urozmaicić album. Kawałek brzmi podobnie jak Tsar z płyty Victory, niestety powielanie tych samych patentów i popadanie w ten monumentalizm mnie się już nie podoba, aczkolwiek może spodoba się juniorom ;). Ostatni na płycie jest 11 minutowy The War. Nie wiem, jaki był tego cel, gdyż kawałek mógł trwać spokojnie 5 minut. Na poprzednich krążkach Bestie proponowały nam zazwyczaj po 1-2 takie epickie utwory, ale to akurat wcale nie jest epickie. Wygląda to jak nieudolny zlepek różnych tematów, melodyjki niczym z Wojny Secesyjnej (tak, wiem, było to w przypadku Little Big Horn, ale tam był też rock and roll i w sumie niezła jazda) i co ciekawe, na tle takich wesołych melodyjek party rocka wokal Kasparka wypada mało przekonywująco. Oczywiście kawałek mógłby się obronić, gdyby go skrócono, a tymczasem zabawa trwa w najlepsze.

Ostatni numer nie zmienia oczywiście ogólnego obrazu płyty, która jest wyjątkowo dobra. Jak dla mnie znacznie lepsza niż wcześniejszy album Brotherhood. Czy dorównuje dziełom sprzed 15 lat? Pewnie nie, ale co to ma za znaczenie, skoro w XXI wieku takich płyt jest jak na lekarstwo. Dla mnie jeden z najlepszych albumów tej dekady. Aha, tak na marginesie, wraz z nastaniem 5 minuty The War chce się jeszcze raz założyć koszulkę Under Jolly Roger i wyskoczyć tak na miasto ;). Polecam.

Oficjalna strona zespołu: www.running-wild.net

LSDisease
czerwiec 2008