|
Skład: Sid Fletcher - gitary elektryczne i akustyczne, chórki; Todd Poole - śpiew, chórki, gitara akustyczna; Scotty T - perkusja i instrumenty perkusyjne, chórki; Josh Weil - gitara basowa, chórki
Gościnnie: Jim Jamison, Jani Lane, Tommy Funderburk
Produkcja: Mike Clink
Na początek okładka. Ubrany w niebieski garniak i cylinder mężczyzna w sile wieku wydaje mi się być parodią słynnych plakatów zachęcających Amerykanów do zaciągnięcia się do armii. Nawet tytuł płyty nawiązuje do znanego "I want YOU for U.S. Army". Wszystko jest na miejscu. Tylko skąd ta panienka? Przyznam, pomysł całkiem ciekawy i oryginalny. Kontrast zawsze działa.
Otworzywszy wkładkę odkrywamy mini plakat z zespołem. Chłopaki wyglądają dokładnie tak jak powinni na początku lat '90, zanim jeszcze grunge zalał scenę muzyczną. Mamy również skoczka, który swoimi akrobacjami mógłby konkurować z Davidem Lee Rothem. Czterej tworzący kapelę panowie nie należą do znanych, ale na longplayu pojawiło się gościnnie kilka sław. Wymieńmy chociażby Jimiego Jamisona oraz Jani Lane'a. Pierwszy utwór, czyli Too Hot To Handle od razu ustawia całą płytę. Tak właśnie powinno być! Roxy Blue nie popełnili częstego błędu polegającego na otwarciu krążka przez słabszy kawałek, tylko od razu rzucili słuchaczom na pożarcie to co mają najlepsze do zaoferowania. Jest żywiołowo, melodyjnie, momentami dość szorstko, a wszystko kojarzy mi się z Warrantem z najlepszych lat. Refreny wbijają się z taką łatwością, że nie mogę w pierwszej chwili uwierzyć, że zespół nigdy nie zrobił kariery. Po chwili patrzę jednak na datę wydania krążka i widzę odpowiedź, płyta po prostu została wydana zbyt późno, muzycy spóźnili się kilka lat. Po tak szalonej dawce energii kapela przechodzi do spokojniejszych rytmów, usypiając słuchacza hair metalową melodią. Pewne maniery wokalne gardłowego przywołują mi na myśl Teslę i śpiewającego w niej Jeffa Keitha. Tak, te zespoły zdecydowanie coś łączy. Sister Sister sygnalizowało spowolnienie tempa do średnich prędkości, a Times Are Changin' zwalnia jeszcze bardziej, wpadając w balladową stylistykę. Cóż to jest za wyciskacz łez... Jeżeli chodzi o typowe hair metalowe bujańce, to jest to jeden z lepszych, jakie słyszałem. Przewidywalny do bólu, nie posiadający w sobie żadnej oryginalności, ale zarazem tak niezwykły. It's So Easy to rocker, który określiłbym jako skrzyżowanie Warranta z Teslą. Dobrze się go słucha, szczególnie refrenów, ale większe wrażenie robi na mnie numer piąty, czyli Rob The Cradle. Instrumentalnie bez zarzutu, zaczyna się od długiego gitarowego wstępu w stylu Eddiego Van Halena, przechodząc dalej w rock and rollowe szaleństwo. Jest to bardzo dobrze zagrany, niebanalny utwór pełny rozmaitych smaczków. Polecam. Cover The Who, czyli Squeeze Box wyszedł panom rewelacyjnie, można się przy nim świetnie bawić, a zachwycać może energia i zaangażowanie, które Roxy Blue włożyło w ten kawałek. Można odnieść wrażenie, że nie jest to przeróbka, ale oryginalny numer kapeli. Lubię takie covery, a opisywany utwór doceniam tym bardziej, że na co dzień nie szaleję za The Who. Talk Of The Town oraz Rock-A-Bye Baby wpisują się w graną przez zespół muzykę, ale nie pobudzają mojej wyobraźni tak bardzo jak inne nagrania. Nie zmienia to faktu, że słucham tych dwóch kawałków z przyjemnością i nigdy nie uważałem ich za słabe. Przechodzimy następnie do kolejnej, drugiej już ballady, która w ocenie wielu osób jest najlepszym bujańcem na płycie. Luv On Me korzysta właściwie z tych samych patentów, które kapela odkrywała przy okazji Times Are Changin', ale dosypano do tego trochę hmm, Tyketto? Wysunę się pewnie przed szereg ze stwierdzeniem, że Times Are Changin' zrobiło na mnie większe wrażenie, ale co tam. Nobody Knows jest jeszcze delikatniejsze i przywołuje mi początkowo na myśl Teslę, z czasów Great Radio Controversy. Roxy Blue są świetni w tym, co robią. Umieścili na płycie trzy ballady, z czego dwie rewelacyjne, a trzecia jest całkiem dobra. Godny pochwały wynik. Do końca krążka pozostają dwa rockowe numery. Love's Got A Hold On Me jest typową dla formacji kompozycją, natomiast Main Attraction to wspięcie się o jeden szczebel wyżej i zakończenie płyty mocnym akcentem. Zespół próbuje sił w repertuarze, który mógłby pasować do Skid Row, gdyby tylko zagrać go z trochę większą agresją.
Nie ukrywam, że mamy do czynienia z płytą niezwykłą. Jest to jedna z lepiej ukrywanych tajemnic końcówki ery hair metalu i pewnie banałem wyda się stwierdzenie, że szkoda losu kapeli, która zakończyła swój żywot po tym jednym krążku. Warto wyglądać za nim na allegro. Swój egzemplarz zdobyłem właśnie w taki sposób. Czwórka nieznanych muzyków, niezwykły longplay. Polecam.
Oficjalna strona zespolu na MySpace: www.myspace.com/roxyblueroxs
Guciomir styczeń 2010
|